Dlaczego podatki można bezkarnie podnosić tylko do pewnej granicy? O tym najnowszy felieton Stanisława Michalkiewicza.

Beniamin Franklin powiedział, że są na świecie dwie rzeczy pewne: śmierć i podatki. Jeśli chodzi o śmierć, to chyba nie jest to już takie pewne, przynajmniej dla kobiet płci obojga, demonstrujących pod hasłem: „ani jedna więcej”. Najwyraźniej mają one nadzieję, że kiedy tylko zmieni się rząd i skład Trybunału Konstytucyjnego, to nie umrze już żadna kobieta, choćby nawet nie wiem co. Nawiasem mówiąc, skwapliwość, z jaką nieprzejednana opozycja z Donaldem Tuskiem na czele rzuciła się na nieboszczkę z Pszczyny z żarłocznością hien, skłania mnie do podejrzeń, iż w pszczyńskim szpitalu nie mieliśmy do czynienia z żadnym „błędem w sztuce lekarskiej”, tylko z działaniem na obstalunek. Z nieboszczyka bowiem mamy same korzyści: polityczne i propagandowe. Taki nieboszczyk nic już nie powie, więc można mu włożyć w usta wszystko, w zależności od politycznego zapotrzebowania. Ale za czasów Beniamina Franklina chyba jeszcze o tym nie wiedziano i dlatego powiedział on to, co powiedział.

Zresztą za śmiercią mamy też inne zgryzoty. Do niedawna jeszcze każdy umierał po swojemu, z czego wynikał ogromny bałagan w papierach. Teraz próbuje się ten chaos jakoś uporządkować i znam kilka przypadków, gdy zbolała wdowa po śmierci męża udała się do doktora po akt zgonu, bez którego nikt nie może być pochowany. Doktor powiada jej tak: – Proszę pani, ale wpiszmy, że mąż umarł na COVID-19. – Ale on nie umarł na COVID – powiada wdowa. – No tak, ale jak wpiszemy, że na COVID, to mamy za to różne dodatki.

Okazuje się, że nie ma takiej bramy, której nie przeszedłby osioł obładowany złotem, no i że Beniamin Disraeli miał sto procent racji, gdy mówił, że są „kłamstwa, ohydne kłamstwa i statystyka”. Właśnie z kół rządowych dobiegają fałszywe pogłoski o zamiarze nacjonalizacji cmentarzy i nagrobków. W takiej sytuacji na cmentarzach mogliby być pochowani tylko nieboszczycy zaszczepieni, którzy zmarli zgodnie z zasadami sztuki lekarskiej. Uporządkowałoby to wreszcie panujący dotychczas chaos, zwłaszcza że każdy nieboszczyk musiałby mieć założoną maseczkę.

Ale – chociaż ze śmiercią też nie jest taka prosta sprawa – to jeszcze nic w porównaniu z podatkami. Te zgryzoty podatkowe mają bardzo stary rodowód. W takim na przykład Rzymie w okresie republiki konsulowie i inni urzędnicy magistratury nie tylko nie pobierali żadnych pensji, ale jeszcze musieli własnym sumptem wyprawić igrzyska i tym podobne imprezy. Toteż kiedy po zakończeniu kadencji zostawali gubernatorami prowincji, to sobie te koszty odbijali do tego stopnia, że delegacje przyjeżdżały stamtąd ze skargami, ale odjeżdżały z kwitkiem, bo urzędujący konsul wiedział, że nie może podcinać gałęzi, na której sam zaraz usiądzie. Wydawało się tedy, że nie ma takiej bariery, która mogłaby powstrzymać ździerstwo podatkowe. Okazało się jednak, że aż tak źle nie jest. Czy to Stwórca Wszechświata, czy też litościwa natura stworzyła barierę, która nazywa się efektem Laffera.

Polega on na tym, że podatki można bezkarnie podnosić tylko do pewnej granicy. Przekroczenie tej granicy kończy się tym, że wpływy z podatków zamiast rosnąć, maleją. Nietrudno to wyjaśnić. W każdej gospodarce są podmioty bardzo rentowne, średnio rentowne – i tych jest najwięcej – oraz znajdujące się na granicy rentowności. Ale tak jest przy założeniu, że stopa podatkowa się nie zmienia. Jeśli rząd podwyższy podatki, to podmioty będące na granicy rentowności bankrutują i od nich nie ma nie tylko wyższych podatków, ale w ogóle żadnych. Podobnie podmioty znajdujące się poprzednio na średnim poziomie rentowności, spadają na jej granicę i w odruchu samoobrony zaczynają oszukiwać. Powstaje szara strefa, z której też nie ma wyższych podatków, tylko nawet niższe. Wreszcie podmioty najbardziej rentowne spadają do poziomu średniego i płacą podatki na niższym poziomie niż przedtem. W rezultacie dochody z podatków spadają.

Doświadczył tego rząd bojdajże premiera Millera, kiedy podniósł akcyzę na alkohol. Gorzelnie musiały ograniczyć produkcję tym bardziej, że z zagranicy zaczęła wlewać się do kraju rzeka tańszego spirytusu. W rezultacie dochody budżetowe z akcyzy spadły. Na szczęście rząd skapował, co się stało i przywrócił akcyzę do poprzedniego poziomu. Gorzelnie znowu zaczęły produkować, a rzeka spirytusu popłynęła, ale w kierunku odwrotnym.

Ale i rządy mają różne sposoby, żeby efekt Laffera obejść. Na przykład inflacja, zwana przez Miltona Friedmana „podatkiem emisyjnym”. Inflacja wyraża się w nieustannym wzroście cen. Tymczasem podatki pośrednie, takie jak VAT i akcyza, wyrażone są w postaci procentu od ceny. Im wyższe ceny, tym wyższy podatek w liczbach bezwzględnych, chociaż rząd, a za nim również rządowa telewizja, może tłumaczyć, że nie wie, co się dzieje, bo przecież stawka podatkowa jest taka sama jak przedtem. Ponieważ podatkami pośrednimi obciążone są towary i usługi, z których nie można nie korzystać, to wpływy budżetowe z podatków rosną. Warto jednak zwrócić uwagę, że ten wzrost dokonuje się za cenę drenażu zasobów finansowych obywateli. Tak to już bowiem jest na tym świecie, że w gospodarce wszystko musi się bilansować, a – jak śpiewał Jan Kaczmarek – „pero, pero, bilans musi wyjść na zero!”.

Na tym tle lepiej rozumiemy, dlaczego występują ograniczenia nie tylko w demokracji przedstawicielskiej, ale i bezpośredniej, z którą takie nadzieje wiąże pan Paweł Kukiz. Domaga się on, by wyniki referendum były dla rządu wiążące. Ale w referendum można pozwalać – albo nie pozwalać – na różne posunięcia, ale nie na wszystkie. Możemy wybierać sobie prezydenta, senatorów i posłów – ale nie wolno urządzić referendum na temat podatków. Ma to swoje konsekwencje również w dziedzinie filozofii. Oto Jan Jakub Rousseau wykombinował teorię umowy społecznej, która wyjaśniała proces powstawania państwa umową między poszczególnymi członkami społeczności. Co prawda nigdzie nie ma żadnego śladu po takiej umowie, ale nie wymagajmy zbyt wiele od filozofów, którzy nie tyle objaśniają, co się dzieje, a tylko opowiadają nam o sobie i swoich urojeniach. Ta teoria umowy społecznej spotkała się ze zjadliwą krytyką ze strony amerykańskiego ekonomisty Murraya Rothbarda. – Jest umowa społeczna? Naprawdę? – drwił Rothbard. – To znieśmy przymus płacenia podatków i zobaczymy, czy jest jakaś umowa, czy nie.

Jak dotąd nikt takiego eksperymentu nie zaryzykował, chociaż teoria umowy społecznej jest zupełnie poważnie wykładana przez filozofów na uniwersytetach. Ale niechęć do przeprowadzenia eksperymentu proponowanego przez Rothbarda pokazuje, że i zwolennicy umowy społecznej nie są do końca przekonani, czy ta teoria jest prawdziwa.

Stanisław Michalkiewicz