Wciąż ważą się losy wyborów prezydenckich w USA. Prawdopodobnie decydujący będzie wynik w stanie Nevada, gdzie do zdobycia jest 6 głosów elektorskich. Jeśli Donald Trump odrobi tam kilkutysięczną stratę, nadal będzie miał szansę na reelekcję. Najpewniej jednak i tak nie obejdzie się bez sądowej interwencji. Ktokolwiek przegra, będzie chciał dowieść, że padł ofiarą oszustwa.

Tyle że z oszustwem mieliśmy najpewniej do czynienia znacznie wcześniej. Przy okazji wyborów prezydenckich w USA publikuje się mnóstwo sondaży, największe stacje i gazety ogłaszają co jakiś czas, kto ma większe szanse na zwycięstwo. I gdyby wierzyć właśnie sondażom, Joe Biden wygrałby wybory w cuglach, miażdżąc Donalda Trumpa zarówno w głosowaniu powszechnym, jak i w kolegium elektorskim. Jego przewaga w popular vote oscylowała w przedziale od 7 do 10 proc. Jak na amerykańska elekcję jest to różnica bardzo dużo, i przy takich notowaniach kontrkandydat nie ma w zasadzie szans na odrobienie strat.

Tymczasem Trump w głosowaniu powszechnym przegrał nie o 10, ale o ok. 2 proc., w kolegium elektorskim zaś wciąż ważą się losy tego, kto będzie przywódcą Ameryki. Pytanie zatem, jak to możliwe, że pracownie badawcze, mające do dyspozycji najnowocześniejsze metody wnioskowania statystycznego, aż tak bardzo się pomyliły. I proszę nie mówić, że to dlatego, że wyborcy Trumpa nie chcieli się przyznać, na kogo głosują. Współczesne narzędzia analizy danych radzą sobie z takimi sytuacjami, szczególnie, że podobnie było cztery lata temu, kiedy to wskazywano na wyraźnie zwycięstwo Hilary Clinton. Profesjonalni badacze potrafią wyłapać i walidować takie błędy pomiaru. I co, nagle zapomnieli, jak to się robi? A może mieliśmy do czynienia z perfidną grą, której celem była demobilizacja elektoratu urzędującego prezydenta i w efekcie zwiększenie szans na wygraną jego rywala?

Sondaże mówiące o przewadze Bidena mocno przestrzeliły i najpewniej miały poważny wpływ na wynik wyborów. Jaki, tego być może nie dowiemy się nigdy. Wiele wskazuje jednak na to, że mogły wypaczyć rezultat demokratycznego procesu, tak istotnego przecież nie tylko dla Ameryki. To sprawia, że tą kwestią interesować się powinien cały świat. Ale to przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych muszą się poważne zastanowić nad tym, jak to jest możliwe, że w tak jawny sposób mogło dojść do manipulowania opinią publiczną.