Co Polski Ład ma wspólnego z dopłatą do telewizorów i błogosławieństwem dla cara? O tym w najnowszym felietonie Łukasz Warzecha.

Fot. PAP/Artur Reszko

Socjalizm to system, który bohatersko walczy z trudnościami, które sam stwarza” – to bodaj najbardziej znane słowa Stefana Kisielewskiego. Słowa genialne, bo poprzez nie można socjalizm nie tylko lakonicznie zdefiniować, ale nawet wykryć, gdzie występuje. Jeśli zatem zdarza się gdzieś, że państwo najpierw generuje problem, a potem zawzięcie z nim walczy – możemy być pewni, że mamy do czynienia z socjalizmem w jakiejś postaci.

To zjawisko może mieć różną skalę. Ogromną miało, gdy został zaprezentowany Polski Ład. Tu mamy do czynienia z zabawnym zwrotem akcji. Oto gdy najpierw zaprezentowano program zmian w podatkach, okazało się, że jest on tak skrojony, że traci na nim praktycznie każdy, kto zarabia tylko trochę ponad średnią. To właśnie było powodem, dla którego powstał pomysł stworzenia ulgi dla klasy średniej.

(Trzeba tu przy okazji zauważyć – choć jest to temat na osobne, większe rozważania – że opisywanie klasy średniej wyłącznie albo nawet głównie przez pryzmat średniego wynagrodzenia w danym kraju jest fundamentalnym błędem. Osoba zarabiająca w Polsce średnią krajową bynajmniej nie ląduje automatycznie w klasie średniej, a nawet na ogół w niej nie ląduje, bo klasę średnią należy opisywać przede wszystkim przez możliwości życiowe, również związane z finansami – a średnia krajowa możliwości związanych z przynależnością do klasy średniej nie daje – a także przez jej rolę społeczną.)

Wspomniany zwrot akcji polega na tym, że to, co miało Polski Ład ratować przed wizerunkową klęską, dziś jest prezentowane jako istota jego wad. Jarosław Kaczyński oznajmia mianowicie, że Polski Ład poniósł porażkę przez Jarosława Gowina, który ulgę dla klasy średniej miał wymyślić – co oznacza pomieszanie skutku z przyczyną. Tak, faktycznie ulga była absurdalnie skomplikowana. Lecz, po pierwsze, powstała z powodu tego, jaki miał kształt Polski Ład pierwotnie, a po drugie – nie była jedyną komplikacją w całym pakiecie. Może najbardziej widoczną, ale przecież księgowi narzekali na mnóstwo innych rzeczy. I narzekają zresztą do teraz. Ulga zniknęła, zasady zmieniły się ponownie – to następna komplikacja i to już z całą pewnością nie jest winą Jarosława Gowina, bo nie ma go w rządzie od miesięcy.

W mniejszej skali podobna historia dotyczy dopłat do telewizorów. Ich wymianę przynajmniej dla części użytkowników wymusza zmiana standardu nadawania cyfrowej telewizji naziemnej. Nie wnikając w szczegóły techniczne – aby odbierać telewizję inaczej niż po kablu, trzeba wymienić stary telewizor na nowy z wbudowanym odpowiednim dekoderem, ewentualnie kupić sam dekoder. Na telewizor można była dostać dofinansowanie od naszego szczodrego państwa w wysokości 250 zł. Wziąwszy pod uwagę, że naprawdę trudno kupić dzisiaj cokolwiek w miarę przyzwoitego za mniej niż 1500 zł, nie jest to dopłata porażająca, ale zawsze coś.

Wyszło jak zwykle. Furorę zrobiła historia starszej pani, która za swój nowy sprzęt zapłaciła 4500 zł. Dostała dofinansowania, ale niedługo później dostała także pismo z żądaniem wyjaśnień, ponieważ zdaniem urzędników kupiła telewizor „za drogi”: „Uzyskane przez Panią świadczenie zostało przeznaczone na zakup telewizora w cenie co najmniej czterokrotnie wyższej niż telewizor posiadający podstawowe funkcjonalności i również umożliwiający dalszy odbiór bezpłatnej naziemnej telewizji cyfrowej”. Jeśli podzielimy 4500 zł przez 4, uzyskamy 1125 zł. Może coś bardzo, ale to bardzo podstawowego faktycznie za te pieniądze da się kupić, ale sęk w tym, że tworząc przepisy, nie zawarto w nich żadnej konkretnej granicy ceny kupowanego sprzętu. Zawarto za to sformułowania bardzo nieprecyzyjne.

Ustawa z 23 marca tego roku „o zmianie ustawy o wsparciu gospodarstw domowych w ponoszeniu kosztów związanych ze zmianą standardu nadawania naziemnej telewizji cyfrowej” zawiera przepis, zmieniający brzmienie art. 3 ustawy pierwotnej następująco:

Świadczenie na zakup odbiornika cyfrowego przysługuje jednej pełnoletniej osobie, zameldowanej na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej na pobyt stały lub czasowy powyżej 30 dni, jeżeli trudna sytuacja materialna gospodarstwa domowego tej osoby uniemożliwia samodzielne poniesienie kosztów nabycia odbiornika cyfrowego, zwanej dalej „osobą uprawnioną”, w celu zapewnienia odbioru przez to gospodarstwo domowe naziemnej telewizji cyfrowej w standardzie DVB-T2/HEVC, bez uszczerbku dla podstawowych potrzeb życiowych gospodarstwa domowego tej osoby.

Dalej jest mowa o tym, że o wspomnianej „trudnej sytuacji materialnej” „osoba uprawniona” informuje poprzez złożenie oświadczenia.

Proszę zauważyć, z jak w istocie skomplikowaną konstrukcją mamy tu do czynienia. Najpierw trzeba by ustalić, czym są podstawowe potrzeby życiowe, które nie mogą być naruszone poprzez kupno nowego telewizora. Ale już tutaj mamy problem, bo co w sytuacji, jeśli ktoś zarabiający sporo powyżej przeciętnej zdecyduje się kupić sprzęt za, powiedzmy, 20 tys. zł i będzie dowodził, że to jednak stanowi już uszczerbek dla jego podstawowych potrzeb życiowych, więc przysługuje mu dofinansowanie? Dalej jest też kwestia definicji „trudnej sytuacji materialnej”, co jest terminem skrajnie nieprecyzyjnym i kompletnie relatywnym. W trudnej sytuacji materialnej z tygodnia na tydzień mogło się znaleźć na przykład gospodarstwo domowe, do którego należą nieźle zarabiające osoby, ale którym podwyższono radykalnie koszty złotówkowego kredytu z powodu wzrostu stóp procentowych.

Do kontroli tych nieprecyzyjnych parametrów należałoby zatrudnić jakąś grupę urzędników – i faktycznie, ktoś się przecież tym musi zajmować, skoro do ludzi zaczynają docierać monity o wyjaśnienia – do czego zresztą nie ma podstawy prawnej.

Tak to właśnie wygląda, gdy państwo zabiera się za ułatwianie ludziom życia reformami podatkowymi, dopłatami, dotacjami.

W słynnym musicalu „Skrzypek na dachu” jest sporo mądrych myśli. Jedna z kwestii należy do moich ulubionych cytatów. Żydzi w Anatewce (leżącej w Rosji, tam dzieje się akcja) pytają swojego rabina, czy istnieje jakieś specjalne błogosławieństwo dla cara. Rebe odpowiada:

– Tak jest! Niech Bóg ma w opiece cara i zachowa go – jak najdalej od nas!

Jest to, jak się okazuje, błogosławieństwo uniwersalne. Wystarczy podmienić „cara” na „państwo”.

Łukasz Warzecha

Poprzedni artykułEnea włącza się w budowę elektrowni atomowych w Polsce
Następny artykułNorwegia zwiększa wydobycie gazu. Czy to pomoże Europie?