Fot. Pixabay

Miało być tak pięknie. Wspólne, hurtowe zakupy środków do produkcji, więc tańsze dla grupy: nawozy, środki ochrony roślin, transport itd. Wspólne przygotowanie odpowiednich partii produktów – magazynowanie, suszenie, konfekcjonowanie, pakowanie i oznakowanie. Potem wspólna sprzedaż produktów lub grup produktów wyprodukowanych w gospodarstwach członków grupy, za jej pośrednictwem. Znacznie lepszy kontakt z odbiorcami gotowymi zapłacić wyższą cenę za towary o ustalonych standardach jakościowych poprzez zapewnienie ciągłości dostaw określonej wielkości partii towaru, wspólne inwestycje oraz wprowadzanie nowych technologii. Tak wygląda grupa producencka rolników. Modelowa.

Z dotacjami z ARiMR

Niby to wszystko jest. W Polsce działa ok. 350 takich grup, z czego prawie 3/4 zajmuje się produkcją i sprzedażą owoców. Ta forma zrzeszania się rolników jednak kuleje. Rolnicy nie bardzo garną się do grup producenckich. Dlaczego?

Bo widzą nie tylko wynikające z tego korzyści, ale i porażki. Ci więksi padają często ofiarami zmowy cenowej. Gdy np. chcą sprzedać jednorazowo znaczącą partię towaru, odbiorcy proponują im niską cenę. Zmowa cenowa zawiązywana jest przez pośredników, którzy nie zamierzają tracić zysków.

Są i problemy natury – nazwijmy to – formalnej. Od momentu zarejestrowania grupy do uzyskania dotacji z ARiMR, upływa min. 1,5 roku. Dopiero po zamknięciu roku obrotowego grupa może złożyć wniosek o dotację. Wiele grup też tworzono, ale padały po okresie dotowania.

– Przychodzą do nas rolnicy, którzy byli już zorganizowani w grupę, ale niestety po okresie dotacyjnym nie udało im się jej utrzymać, bo np. ktoś zrezygnował z produkcji albo grupa była źle prowadzona – mówi Sławomir Kaczor, jeden z założycieli grupy producenckiej „Bizon” skupiającej producentów bydła w Wielkopolsce.

Często też rolnicy patrzą na doświadczenia swoich rodziców ze spółdzielniami w PRL, gdy ci byli zmuszani do członkostwa, co miało stanowić w oczach władzy ludowej substytut dozwolonej, wspólnej inicjatywy prywatnej. – Grupy producenckie nie spełniły pokładanych w nich nadziei. Tworzą ją rolnicy przyzwyczajeni do tego, żeby w pełni zarządzać swoimi gospodarstwami, marżą, wynikiem, dochodowością, wszystkim tym, co się wiąże z takim planowaniem rolnym – ocenił w radiowej Jedynce Krzysztof Dresler, ekspert z Biura Analiz Aplikacji Kredytowych.

Trochę historii

W latach 2004-2013 propagowanie idei grup producenckich w skali ogólnokrajowej przyniosło ograniczony efekt, w zasadzie tylko w środkowej i północnej części Polski. W 2012 r. zaszły na dodatek różne niekorzystne zmiany w zakresie regulacji dotyczących ich funkcjonowania. Sytuacja uległa poprawie, gdy 28 grudnia 2015 r. weszła w życie znowelizowana ustawa o grupach producentów rolnych i ich związkach oraz o zmianie innych ustaw oraz ustawa o wspieraniu rozwoju obszarów wiejskich z udziałem środków Europejskiego Funduszu Rolnego – na rzecz rozwoju tych obszarów w ramach Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich na lata 2014-2020 (PROW 2014-2020). Regulowała ona kwestie zakładania i funkcjonowania grup producentów rolnych i ich związków, zarysowując nowe zasady rejestracji i nadzoru nad ich działalnością. Od września 2017 r. te funkcje przejęła ARiMR. W planie finansowym PROW 2014-2020 na wsparcie grup producentów rolnych przewidziano 402, 9 mln euro, w tym ok. 110 mln euro na realizację zobowiązań wynikających z PROW 2007-2013.

Samym grupom producentów korzystającym z dofinansowania pozostawiono decyzje, na co chcą wydawać dotacje. Projekty, także inwestycyjne, np. wspólnej budowy hal produkcyjnych, zawiązująca się grupa przedstawiła do zatwierdzenia ARiMR – w specjalnym planie biznesowym. Na rozliczenie się z wykonania tego planu grupa dostawała 5 lat. Dotąd zrealizowano 5 programów dotacyjnych pod nazwą "Tworzenie grup producentów i organizacji producentów”.

O przyznanie dofinansowania na tworzenie nowych grup producentów rolnych mogli ubiegać się przedsiębiorcy prowadzący mikro, małe lub średnie przedsiębiorstwo. Tacy, którzy łączą producentów jednego produktu lub grupy produktów. ARiMR oceniała potem realizację planu biznesowego na podstawie sprawozdań lub kontroli na miejscu, biorąc pod uwagę stopień realizacji zamierzonych przedsięwzięć – w podziale na poszczególne lata realizacji planu biznesowego. Ze wsparcia wyłączeni byli producenci drobiu oraz mięsa lub jadalnych podrobów drobiowych. Wysokość pomocy finansowej, jaką mogła otrzymać grupa, zależała od wartości przychodów netto uzyskanych ze sprzedaży produktów lub grupy produktów, wytworzonych przez jej członków w poszczególnych latach. Odbiorcami produktów nie mogły być osoby należące do grupy producentów, współmałżonkowie takich osób, podmioty powiązane kapitałowo lub osobowo w sposób bezpośredni lub pośredni z beneficjentem lub jego współmałżonkiem. Limit wsparcia wynosił 100 tys. euro w każdym roku pięcioletniego okresu przyznawania pomocy i pozostawał na niezmienionym poziomie w kolejnych latach.

Czas na zmiany?

Niewątpliwie grupy producenckie stały się znaczącymi beneficjentami środków unijnych. Dzięki nim mogły wypracować różne formą współpracy rolników, a dobrze zarządzane (co niestety nie zawsze się udawało), przynosić swoim udziałowcom korzyści. Jednak wnikliwsza obserwacja i ocena ich dokonań w minionych kilkunastu latach daje podstawy do mocnego przypuszczenia, że to nie one stanowią przyszłość spółdzielczości rolnej.

– Wspólne działanie to także eliminacja rzeszy pośredników, naszej zmory w całym łańcuchu żywnościowym. Podejmujemy szereg działań zachęcających do wspólnego gospodarowania, ale są to dobrowolne decyzje poszczególnych rolników. Oni sami muszą tego chcieć. Im szybciej pozbędą się obaw przed wspólnym działaniem, tym szybciej odczują korzyści (…). Potrzeba nam odrodzenia dawnego ducha prawdziwej spółdzielczości, której byliśmy współtwórcami – powiedział nam w wywiadzie Jan Krzysztof Ardanowski, minister rolnictwa.