„Tak więc książka, to w istocie naładowany pistolet, który sąsiad trzyma w domu. Spal ją. Wystrzel z tego pistoletu. Rozłup tamtemu mózg. Nikt nie wie, kto mógłby się stać celem człowieka oczytanego” – Ray Bradbury, 451 stopni Fahrenheita.

PanevManoel/Pixabay

Rada szkolna kanadyjskiego okręgu Ontario rozpoczęła właśnie identyfikowanie i usuwanie ze szkolnych zbiorów bibliotecznych książek, które mogą być „szkodliwe” dla umysłów młodych ludzi. Chodzi o treści uważane (z dzisiejszej perspektywy) za złe i krzywdzące wrażliwe mniejszości. To jest zaskakujące i bolesne, że kraje, które uchodziły za ostoje wolności – takie jak Nowa Zelandia, Australia czy Kanada – stają się szczególnie zaciekłymi ośrodkami tłumienia myśli i demokracji.

Terror poprawności politycznej przybiera zinstytucjonalizowaną formę. Tym razem celem agresji są nieprawomyślne książki. Nowa polityka Okręgowego Zarządu Szkół Regionu Waterloo (WRDSB) postawiła sobie za cel „osiągnięcie kultury organizacyjnej zakorzenionej w prawach człowieka i równości”. WRDSB, będący odpowiednikiem polskiego Kuratorium Oświaty, ma pod swoimi skrzydłami 64 tysiące uczniów uczęszczających do 121 szkół. Właśnie zainicjowano tam dogłębne badanie zawartości każdej ze szkolnych bibliotek – zarówno zasobów papierowych, jak i cyfrowych. Na ich oczyszczenie z „nienowoczesnych”, nieprawomyślnych książek kanadyjskie władze dały sobie trzy lata.

Usuniemy wszystkie szkodliwe teksty

Graham Shantz jest koordynatorem ds. zasobów ludzkich i usług kapitałowych WRDSB. Na spotkaniu z dyrektorami szkół i rodzicami przekonywał, że świadomość w kwestiach równości i rasistowskich nierówności w pracy i w życiu publicznym na tyle wzrosła, że niektóre książki w bibliotecznych zbiorach obecnie nie są już odpowiednie.
– W ciągu najbliższych kilku lat przeprowadzimy przegląd każdej z naszych kolekcji bibliotecznych w każdej szkole i usuniemy wszelkie teksty, które mogą być szkodliwe dla nauczycieli lub uczniów – zapowiedział. Chwaląc pracę opiekunów bibliotek w zapewnieniu różnorodności zbiorów jednocześnie stwierdził, że szkoły nie dołożyły staranności w „usuwaniu nieodpowiednich tekstów, które są wątpliwe i nie mają potrzebnych ram pedagogicznych”.

Spełnia się wizja palenia książek

Działania kanadyjskich władz ożywiają antyutopijną wizję amerykańskiego pisarza Raya Bradbury’ego, jednego z najbardziej popularnych pisarzy science fiction XX wieku. Do jego głęboko humanistycznych książek, wyrażających uniwersalne i ponadczasowe prawdy o człowieku (w fantastycznej jedynie oprawie) wraca się i dziś, robiąc coraz to nowsze ekranizacje np. legendarnej już książki 451 stopni Fahrenheita. Jaka jest to temperatura? Jak twierdzi sam pisarz, to jest temperatura, w której „papier zaczyna się tlić i płonie”.

W dystopijnym świecie neokomunistycznej mrzonki 451 stopni Fahrenheita, gdzie wszyscy mają być tak samo szczęśliwi wierząc w to samo i pobierając biernie rozrywkę oraz informację z telewizji, strażak Montag i jego koledzy tropią niepoprawne myśli. Budynków nie gaszą, bo te już nie płoną. Miotaczami ognia palą za to wygarnięte z prywatnych biblioteczek książki: te już niepotrzebne, niepokojące, jątrzące.
Montag początkowo pali je z radością. Wsłuchuje się w słowa swego szefa: „Kolorowi ludzie nie lubią Little Black Sambo. Spalić ją. Biali ludzie są skrępowani Chatą wuja Toma. Spalmy ją. Ktoś napisał książkę o tytoniu i raku płuc? Fabrykanci papierosów płaczą? Spal tę książkę”. Szef wyjaśnia mu także, że decyzja likwidowania niewłaściwych treści nie wyszła od rządu, tylko od… samych ludzi: „Początkowo nie było żadnego nakazu, deklaracji, cenzury. Nie! Technologia, eksploatacja masowa i nacisk mniejszości załatwiły całą sprawę. Bogu dzięki” – cieszy się szef nowoczesnych strażaków.

Członków nowego społeczeństwa uwrażliwia się, by broń Boże „nie dotknęli czymś sympatyków psów, kotów, doktorów, adwokatów, kupców, dyrektorów, mormonów, baptystów, unitarystów, potomków Chińczyków, Szwedów, Włochów, Niemców, Teksańczyków, brooklińczyków, Irlandczyków, mieszkańców Oregonu czy Meksyku” – pisał Bradbury w 1953 roku. Dziś ten katalog wrażliwców wydłużył się o członków wiecznie niezadowolonej i krzywdzonej społeczności LGBTQI (gdzie literki określające różne grupy „orientacyjne” dewiacji można dodawać dowolnie i bez końca), o miłośników wszelkich żuczków, klimatycznych szamanów i zaklinaczy globalnego ocieplenia, o dbających nadzwyczaj o zdrowie i walczących z jakoby chorymi na covid itd. itp.

To już nie jest jedynie fikcyjny świat Raya Bradbury’ego. Różne grupy ludzi coraz częściej narzekają na język i koncepcje zawarte w starych książkach. Te nagle stały się obraźliwe, wypaczając przecież spojrzenie młodych, edukowanych ludzi. I jako takie powinny zniknąć z bibliotek i zostać wymazane z historii myśli i ludzkich dokonań.

Nie dawać ludziom wyboru

Tworzony w Kanadzie indeks książek „szkodliwych” jest w rzeczywistości cenzurą wprowadzaną pod przykrywką doboru słusznych lektur. Nie wiadomo, czy wyłuskane z bibliotek „nieprawomyślne” książki pójdą do jakiś magazynów, gdzie z czasem spleśnieją i zgniją, czy może zostaną wydane na spalenie. Ważne, że nie będą już wrażliwców niepokoić i irytować swoimi „obraźliwymi” treściami, a przekaz skierowany do społeczeństwa będzie nie tylko właściwy, ale spójny i bezdyskusyjny. Oddajmy na koniec raz jeszcze głos Rayowi Bradbury’emu:

„Jeśli nie chcesz, by człowiek był niezadowolony z sytuacji politycznej, nie dawaj mu do wyboru dwóch odpowiedzi na jedno pytanie: podaj na tacy jedną jasną opcję. Albo jeszcze lepiej, nie podawaj żadnej”.