Niektórzy wychodzą z jednym pomysłem, zbijają fortunę i zyskują wpływy, jak Mark Zuckerberg, inni zakładają ich na pęczki, licząc, że któryś odniesie wymarzony sukces. Mowa o startupach, które na całym świecie zdobywają coraz większe znaczenie i popularność.

Startup staje się synonimem czystej przedsiębiorczości. Rządy większości państw starają się, by powstawało ich jak najwięcej i upraszczają dla nich regulacje podatkowe i administracyjne. W sieci pojawiają się nowe nagłówki głośno krzyczące „Kraj/miasto (można wpisać dosłownie każde) jest rajem dla startupów”. Nie chodzi tu już tylko o ulgi podatkowe, czy dofinansowania, jak na przykład to oferowane przez PARP na pomoc prawną. Państwo polskie zbudowało także szeroką gamę instrumentów wsparcia pod nazwą „od pomysłu do przemysłu”. Mimo to z badań stworzonych przez Startup Poland wynika, że 60 proc. sektora oczekuje większego wsparcia ze strony rządu.

Pytanie jednak, dla kogo przeznaczone są te wszystkie pieniądze z kieszeni podatnika? Dlaczego wszelkie fundusze i wehikuły inwestycyjne oraz gro innych instrumentów są dedykowane właśnie startupowi? W najściślejszej polskiej definicji użytej w badaniach PARP startup jest „podmiotem reprezentowanym przez osobę będącą na etapie zakładania firmy lub prowadzącą ją przez okres do 3,5 roku i wykorzystującą do wytwarzania swoich produktów/usług technologie/metody pracy dostępne na rynku nie dłużej niż 5 lat”. Kluczowym elementem jest także przejściowa forma organizacyjna. Startup ma dwie ścieżki rozwoju. Jedną jest szansa, że pomysł zaskoczy i przejdzie w pełnoprawny biznes, drugą jest porażka i rozwiązanie działalności. Tych drugich jest znacznie więcej, bo w 2019 roku było to aż 90 proc. Startupem nie jest się wiecznie.

W przytoczonej definicji znajdziemy jeszcze drugi kluczowy punkt startupu, który dużo więcej mówi nam o tym, dlaczego ekonomistom na nich tak bardzo zależy. Sercem każdego startupu mają być nowe technologie, głównie związane z sektorem IT. W 2019 roku sektor IT/ICT był odpowiedzialny za 3,62 proc. PKB, w lepiej rozwiniętych Niemczech stanowiło to 4,37 proc., a wśród innych rozwijających się krajów, jak Węgry, Litwa, czy Estonia wynosiło to odpowiednio: 6,13 proc., 5,41 proc. i 5,98 proc.

Te wartości są jednak pokłosiem czegoś znacznie ważniejszego. Wskaźnikiem, który każdy kraj chce zwiększyć, są inwestycje w tzw. B+R, czyli badania i rozwój. Poza ogromnymi koncernami mogącym pozwolić sobie na dofinansowanie badań naukowych, to te małe, jeszcze nawet często nie do końca przedsiębiorstwa, tworzą nowe, niezależne pomysły, które pchają świat do przodu.

Startupy łączą więc to, co liczy się w XXI wieku najbardziej – naukę i biznes. Dodatkowo dają ogromne możliwości rozwoju ludziom młodym, którzy mogą być blisko poważnych decyzji. Środowisko to stymuluje kreatywność i pozwala dzięki rozwojowi networkingu na sprawne tworzenie kolejnych odważnych idei. Nowe technologie więc działają jak kula śnieżna, bo przyciągają inwestorów, ale też zwracają uwagę na region i kraj, poprawiając konkurencyjność gospodarki. Ponadto analizy statystyczne wskazują wprost korelację liczby mikroprzedsiębiorców oraz liczby polskich patentów, które zwiększają wzrost PKB per capita.

Wystarczy zajrzeć do pierwszego lepszego podręcznika do makroekonomii, by zauważyć, że większość dzisiejszych modeli wzrostu uwzględnia go w dużej mierze właśnie od innowacji. Schumpeterowska twórcza destrukcja ciągnie za sobą to, co nazywamy dobrobytem. Przedsiębiorczość, która jest jej siłą napędową, najlepiej ukazuje się właśnie w startupach. Słowa tego wybitnego ekonomisty praktycznie przewidują cały problem, który leży obecnie w tym, czy startupy staną się przyszłością gospodarki, czy nie: „Innowacja to wprowadzenie na rynek nowości technicznej lub organizacyjnej, a nie tylko jej wynalezienie”.

Jak więc zbudować otoczenie, w którym nie będą to wynalazki, ale innowacje dające początek nowym firmom, czy nawet całym sektorom gospodarki? Ta zagwozdka spędza ekonomistom sen z powiek. Sama idea jest często związana z jedną osobą. W Polsce startup-owcami są przeważnie osoby w wieku 25–34 lata oraz 18–24 z wyższym wykształceniem. Prawie zawsze przedsięwzięcia te łączą się chęcią wykorzystania możliwości biznesowej związaną z niezależnością i zwiększeniem dochodu poprzez ciekawy pomysł. Dla 18 proc. przedsiębiorców tego typu jest to też spełnianie marzeń!

Problemem podstawowym jest finansowanie, bo od idei do pieniędzy jest daleka droga, która wiedzie przez tzw. „dolinę śmierci”, czyli okres między wdrożeniem innowacji, a jego udaną komercjalizacją. Większość osób wykorzystuje środki własne do tego etapu, a dopiero potem przychodzą inwestorzy, banki czy dotacje. Dodatkowym problemem w Polsce są już typowo skomplikowane podatki i biurokracja.

Pieniądze jednak to nie wszystko, bo jak wyjaśnić fenomen Doliny Krzemowej, czasem nazywanej kuźnią startupów? Jest to dom dla ponad 40 tys. startupów. Dzieje się tak nie tylko dzięki wydajnym prawu własności (także intelektualnej), ale także dzięki efektowi sieciowemu. „Sukces rodzi sukces”, to odpowiedź na zagadkę, dlaczego właśnie tam zaczynały firmy przodujące w dzisiejszych rankingach najwięcej wartych przedsiębiorstw. Networking daje możliwości związane z kooperacją i łączeniem mocno wyspecjalizowanych branż. Mnóstwo kreatywnych i przedsiębiorczych ludzi w jednym miejscu wręcz „pachnie” innowacjami i okazją biznesową, które inwestorzy „czują” z daleka.

Tak przyjazne środowisko trudno jest stworzyć odgórnie. Strefy ekonomiczne tworzone przy uniwersytetach, programy akceleracyjne, czy wszelkiego rodzaju mentoringi mogą zdać się na nic, jeśli popełnimy jeden zły ruch. Wielkie koncerny (jak Facebook, sam będący przecież niegdyś startupem) stale pilnują rynku i kupują firmy wraz z ich rozwiązaniami. Nie wiadomo nigdy, czy okaże się ono kopalnią złota, czy zakończy fiaskiem, ale aktualna oferta na stole jest jedynym pewnym, a do tego płacą za pomysł w gotówce.

Poprzedni artykułPiotr Kalemba – warto korzystać z profesjonalnego wsparcia przy rozliczaniu inwestycji [WYWIAD]
Następny artykułWalka deweloperów