Światowe Forum Ekonomiczne (WEF), poza swoją agendą dotyczącą kwestii gospodarczych i finansowych, porusza także tematy, które delikatnie można nazwać – „kontrowersyjnymi”. Hodowcy zwierząt dzikich, pośrednicy w handlu artykułami żywnościowymi i handlowcy mają czego się obawiać. Trwają bowiem przymiarki do zakazu sprzedaży i konsumpcji dziczyzny.

cocoparisienne/Pixabay

Histeryczne – wręcz agresywne – wezwania do globalnego zakazu sprzedaży i konsumpcji mięsa z dzikich zwierząt nasiliły się już na początku 2020 roku, gdy ponad dwieście organizacji ekologicznych podpisało list otwarty do WHO, domagając się wprowadzenia bezwzględnego zakazu „zabijania żywej dzikiej fauny” oraz zaprzestania stosowania produktów pochodzących od dzikich zwierząt.

Ten zaraźliwy nietoperz

Pretekstem, a zarazem głównym argumentem przemawiającym za wprowadzeniem takiego zakazu przez rządy, była informacja o charakterze naukowo-medycznej hipotezy, że COVID-19 pochodzi od pewnego gatunku chińskich nietoperzy. To, że szybko została zdezawuowana przez naukowców, a potem niechętnie – ale jednak – zdementowana przez media, nie przeszkodziło ekologistom kontynuować wrzawę wokół tematu. Straszono rozlaniem się już nie tylko epidemii COVID-19, ale i wielu innych chorób, w wyniku spożycia „dzikiego” mięsa.
W kilku krajach ekologistom udało się nawet zmusić władze do wprowadzenia zakazu spożycia dziczyzny oraz handlu dzikimi zwierzętami. Powoływano się na adekwatne zakazy wprowadzone po wybuchu ptasiej grypy i wirusa Ebola w Wietnamie Północnym i w niektórych krajach Afryki Zachodniej. Miały te zakazy redukować ryzyko wybuchów epidemii chorób „odzwierzęcych”. Wywołały natomiast ogromne i stanowcze (tym razem, niestety, nie nagłośnione przez główne media) protesty całych społeczności w tych krajach, których egzystencja wręcz zależy od handlu dziczyzną.

W toku obszernych badań – obejmujących okres od lat 40. XX w. praktycznie do dziś – wykazano, że zaledwie 3 proc. chorób zakaźnych (słownie: trzy procent!), jakie nawiedziły świat w latach 1940-2004, można przypisać dzikiemu mięsu (na dowód: badania).

Komu na tym zależy?

Nie to jest jednak w tej sprawie najważniejsze. Coraz silniejszy nacisk organizacji ekologistycznych na zakaz uboju i obrotu mięsem podpierany jest wszelkimi możliwymi, nawet najbardziej bzdurnymi argumentami odwołującymi się, przede wszystkim, do emocji konsumentów. Odbywa się to przy co najmniej pasywnej postawie głównych mediów – jeśli nie wręcz sprzyjaniu przez nie tym zakazom. Żałować tylko należy, że pomijane są także głosy tych ekspertów, którzy ostrzegają, że zakaz spożywania mięsa z dzikich zwierząt grozi zepchnięciem konsumpcji i całego obrotu nim do podziemia.

Na tym jednak ekologiści nie spoczną. Po zakazie obejmującym dziczyznę przyjdzie czas na przeforsowanie zakazu hodowli zwierząt i obrotu wszelkim innym mięsem.

Co w zamian? Owszem – wybór zostanie. Pomiędzy jedzeniem roślinnym a sztucznym mięsem, do którego masowej produkcji i zbytu przygotowują się już od dłuższego czasu niektóre koncerny. A że po drodze zniszczonych zostanie setki tysięcy gospodarstw rolnych i pozbawionych pracy miliony rolników, dystrybutorów i innych drobnych przedsiębiorców? To już nie jest zmartwienie globalistów. To zmartwienie rządów. Dadzą pospólstwu dochód podstawowy. To na butelczynę wystarczy.

Poprzedni artykułZobacz, w jaki sposób Microsoft wesprze PGE Polską Grupę Energetyczną
Następny artykułChiny poszerzają w ramach BRISC współpracę z „krajami wschodzącymi”