NULL

Wśród przedsiębiorców głos na obóz rządzący oddało niecałe 30 proc. To mniej niż co trzeci właściciel, czy współwłaściciel jakiejś firmy. Taki wynik powinien być dla obecnej władzy powodem do głębokiego rachunku sumienia. Niezależnie od rekordowych ponad 8 mln głosów, jakie Zjednoczona Prawica dostała w skali całego kraju. Warto więc poszukać odpowiedzi na pytanie, dlaczego ten obóz, mając za sobą cztery lata samodzielnych rządów, nie potrafił przekonać do siebie większości ludzi biznesu.

Zacznijmy od tego, co w sferze ekonomicznej Prawo i Sprawiedliwość zostawiło po swojej pierwszej samodzielnej kadencji. Wzrost gospodarczy, który sięgnął 4,4 proc. PKB i rekordowo niskie bezrobocie na poziomie 5,1 proc. To niepodważalne fakty. Do takich wskaźników poprzednia władza nawet się nie zbliżyła. Gospodarka Polski rzeczywiście rozwija się w bardzo przyzwoitym tempie – szczególnie na tle całej Unii Europejskiej.

Udało się przygotować i przy poparciu wszystkich klubów i kół poselskich, czyli ponad politycznymi podziałami, uchwalić tzw. Konstytucję Biznesu, czyli pięć ustaw mających realnie wpłynąć na poprawę funkcjonowania firm z sektora MŚP. Na straży tej konstytucji stanął Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców, wywodzący się z PiS Adam Abramowicz. I robi, co może, by wspomagać przedsiębiorców. Inna sprawa, że kompetencje, w jakie został wyposażony, nie pozwalają mu w pełni realizować swojej aktywności. Nie może na przykład wspierać przedsiębiorców przed sądami powszechnymi w sporach z ZUS-em, tak jak to robi przed Sądem Administracyjnym (być może to się wkrótce zmieni, bo na wniosek samego rzecznika został nadany bieg w tej sprawie). Może co prawda wnioskować o ukaranie urzędników skarbowych jawnie łamiących Konstytucję Biznesu, tyle że… dotychczas ani jeden wniosek złożony w tym trybie nie spotkał się z faktyczną karą. Zresztą Abramowicz nie ukrywa, że w tej kwestii jest bezradny i ze swoimi wnioskami odbija się od ściany. Podobnie jak ze szlagierową propozycją, czyli dobrowolnością płacenia składek na ZUS wśród przedsiębiorców. Do przyjęcia tego rozwiązania nie było i wciąż nie ma politycznej woli ze strony rządu.

Co jeszcze? W poprzedniej kadencji wprowadzoną nową, 9-procentową stawkę CIT, obniżono PIT, wprowadzono mały ZUS, ulgę na start, zerowy PIT dla osób do 26. roku życia, uchwalono ustawę przeciwdziałającą zatorom płatniczym, nowe Prawo Zamówień Publicznych (przygotowane w taki sposób, by 200-miliardowy rynek otworzył się wreszcie na sektor MŚP), a także przyjęto Strategię Rozwoju Rynku Kapitałowego. To najważniejsze rozwiązania z punktu widzenia przedsiębiorców. Dlaczego zatem nie poparli oni obozu władzy przynajmniej na poziomie całościowego wyniku dla Zjednoczonej Prawicy (ponad 43 proc.)? 

Po pierwsze, dlatego, że nie jest to elektorat, którego można skusić „500+” na kolejne dziecko, trzynastą, czy czternastą emeryturą albo dopłatą do wymiany kotła w ramach programu „Czyste Powietrze”. Po drugie, to elektorat, który doskonale widzi, że przez 30 lat od czasów tzw. transformacji ustrojowej żadnej władzy, również obecnej, nie udało się radykalnie zmienić opresyjnego i całkowicie niedopasowanego do potrzeb sektora MŚP systemu podatkowego. Po trzecie, to elektorat który z własnego doświadczenia wie, że od lat przez urzędników państwowych traktowany jest albo jak krowa, którą należy nieustannie doić, albo jak wilk, którego trzeba jak najszybciej odstrzelić. Relacje urzędnik – przedsiębiorca wciąż nie są relacjami na zasadach partnerskich. Po czwarte wreszcie, to elektorat, który na hasło „państwo dobrobytu” reaguje alergią, bo wie, że ten cały dobrobyt będzie musiał sfinansować z własnych, ciężko zarobionych pieniędzy.

Przedsiębiorcy to grupa wyborców, którzy nie dostali od PiS-u takiego swoistego „500+”. I nie chodzi tu oczywiście o żadne dodatkowe transfery socjalne, ale o coś, co stanowiłoby pieczęć, co byłoby takim prawdziwym wyznacznikiem podejścia PiS-u do przedsiębiorców. Mocnym i niepodważalnym gestem dobrej woli. Słowa minister przedsiębiorczości i technologii Jadwigi Emilewicz o tym, że wzrost gospodarczy Polski nie jest zasługą rządu, tylko milionów przedsiębiorców, są oczywiście prawdą i miłym połechtaniem próżności ciężko pracujących ludzi, ale to jednak za mało. Bo tak naprawdę kluczową sprawą, która dotyka wszystkich przedsiębiorców bez wyjątku, niezależnie od tego, w jakiej branży działają, są podatki. A z polskim systemem podatkowym, niestety, nie dzieje się najlepiej.

PiS za wielki sukces poprzedniej kadencji uznało uszczelnienie systemu podatkowego. Efektem były likwidacja mafii wyłudzającej VAT oraz pozyskanie środków na wyjątkowo rozbudowane programy społeczne. Środków, które w większości wróciły na rynek i napędziły koniunkturę gospodarczą. Ale jest też druga strona tego medalu, której absolutnie nie wolno pomijać. Zaostrzenie regulacji sprawiło, że polskie przepisy o VAT stały się najbardziej skomplikowane i czasochłonne w całej Unii Europejskiej. Polski przedsiębiorca poświęca przeciętnie na rozliczenie podatku VAT 172 (!!!) godziny rocznie, ponad trzy razy więcej niż wynosi średnia w UE. Tak wynika z raportu International Tax Competitiveness Index, przygotowywanego przez amerykańską Tax Foundation. Gdy porówna się te wyniki już nie tylko ze Szwajcarią (8 godzin rocznie!), ale nawet z Czechami (102), Słowacją (84), czy Litwą (47), to włos jeży się na głowie. W Polsce mamy fakturę bez VAT, ale faktura z 0% VAT to co innego, niż faktura „VAT nie podlega”, a czym innym jest jeszcze faktura „VAT zwolniony”. Zwolnionym można być z VAT podmiotowo i przedmiotowo, co ma oczywiście różne konsekwencje. Trudno się więc dziwić przedsiębiorcom, szczególnie tym drobnym, których nie stać na wynajęcie armii doradców podatkowych, że w gąszczu tych wszystkich regulacji czują się jak w domu wariatów.

Zresztą inne zestawienia dotyczące podatków i przedsiębiorczości również nie pozostawiają na polskich rozwiązaniach suchej nitki. Według najnowszego rankingu Doing Business publikowanego przez Bank Światowy, aby rozliczyć się z fiskusem, polski przedsiębiorca musi poświęcić w ciągu roku 334 godziny!!! W zestawieniu konkurencyjności systemów podatkowych wspomnianej Tax Foundation zajmujemy 35. miejsce (przedostatnie) w OECD. W rankingu wolności gospodarczej Heritage spadliśmy na 46. miejsce. Jesteśmy za Rwandą, Bułgaria i Botswaną, niewykluczone, że niedługo przeskoczą nas Kosowo i Albania. Za rządów PiS ustawa o PIT urosła z 250 do 320 stron, a ustawa o CIT z 204 do 264 stron. Mamy białe listy, czarne listy, Exit Tax i MDR (raportowanie schematów podatkowych), których najwyraźniej nie rozumie nawet samo Ministerstwo Finansów, bo do rozwiązań przez siebie stworzonych napisało odrębne, ponad stustronicowe objaśnienia tych regulacji, z których finalnie i tak nic nie wynika.

To jest właśnie ta druga strona medalu uszczelniania systemu podatkowego. I jak w tym wszystkim normalnie i uczciwie funkcjonować ma polski przedsiębiorca? Trzeba mieć albo nie lada odwagę, decydując się na samotne starcie z organizującą te wszystkie regulacje machiną polityczno-urzędniczą, albo być… niespełna rozumu.

Dlatego absolutnym priorytetem na kolejną kadencję dla obozu rządzącego powinno być uporządkowanie tej chaotycznej rzeczywistości i możliwie jak największe uproszczenie systemu podatkowego, a co za tym idzie uproszczenie prowadzenia działalności gospodarczej. Dopiero na takim fundamencie w pełni będą mogli rozwinąć skrzydła przedsiębiorcy, którzy aspirują do tego, by tworzyć nową elitę ekonomiczną naszego kraju.

Z dnia na dzień zrobić się tego oczywiście nie da, warto jednak rozważyć wprowadzenie rozwiązań, które sprawdzają się w innych krajach i przynoszą tam pozytywne efekty. Jak chociażby w Estonii, która nie bez przyczyny nazywana jest „bałtyckim tygrysem”. Twórcy tamtejszego systemu podatkowego zdecydowanie wyszli naprzeciw oczekiwaniom swoich przedsiębiorców. W Estonii moment powstania opodatkowania dochodów osób prawnych powstaje dopiero z momentem faktycznej dystrybucji tego zysku w postaci dywidendy! To oznacza de facto efektywną stawkę 0% podatku CIT do momentu wypłacenia wygenerowanego dochodu przez spółkę. Konsekwentnie, pomnażając środki poprzez ciągłe reinwestycje, bogaci się dzięki temu i przedsiębiorca, i budżet państwa. Wysokość dochodu, który podlega opodatkowaniu w Estonii, ustalana jest na zasadzie kasowej. Co ważne, Estonia rozwiązała też odwieczny problem podwójnego opodatkowania spółek będących podatnikami – dywidenda wypłacana wspólnikowi nie podlega opodatkowaniu podatkiem PIT, gdyż wcześniej została opodatkowana podatkiem CIT. Podstawowa stawka podatku VAT w Estonii to 18%, a obniżona 5% (m.in. książki, niektóre leki, sprzęt medyczny czy energia cieplna dla osób fizycznych do użytku osobistego) i 0% (m.in. eksport towarów i usług, wewnątrzwspólnotowy obrót towarami i usługami, statki międzynarodowej żeglugi morskiej, środki transportu powietrznego na liniach międzynarodowych, czy międzynarodowe ekspresowe usługi pocztowe). Od kilku lat we wszystkich rankingach konkurencyjności systemów podatkowych ten nieduży nadbałtycki kraj zajmuje miejsce albo na samym szczycie zestawienia, albo w pierwszej trójce. Naprawdę warto przyjrzeć się tamtejszym rozwiązaniom i poważnie rozważyć kwestię zaszczepienia ich na polski grunt.

A skoro już przy Estonii jesteśmy, warto również wspomnieć, że ma ona kwotę wolną od podatku ponad 8 razy wyższą niż Polska (w przeliczeniu – 25 680 zł). U nas ta kwota dla większości podatników wynosi 3091 zł. Jak pod tym względem prezentujemy się na tle innych europejskich krajów? Wielka Brytania – 57 709 zł, Finlandia – 73 983 zł, Holandia – 10 622 zł, Dania – 26 507 zł, Chorwacja – 26 465 zł, Belgia – 31 952 zł, Grecja – 21 507 zł, Hiszpania – 23 868 zł, Portugalia – 30 495 zł, Słowenia – 14 203 zł. To kolejna kwestia, którą bardzo szybko można, i trzeba, zmienić.

Warto również wprowadzić znaną z VAT metodę kasową do podatku dochodowego (więcej o tej kwestii piszemy w oddzielnym artykule na str. 20). Polscy przedsiębiorcy powinni być zobligowani do zapłaty podatku dopiero wówczas, gdy sami otrzymają płatność od swojego klienta. Dlaczego mają uiszczać podatek, kiedy faktycznie nie osiągnęli przychodu, i w ten sposób kredytować budżet państwa?

Prowadzenie działalności gospodarczej trzeba w Polsce uprościć. Im szybciej obóz rządzący zda sobie z tego sprawę, tym będzie lepiej dla całej naszej gospodarki. Zacząć trzeba już, od radykalnych zmian w ordynacji podatkowej. Każda inna droga, być może wydająca się dziś drogą atrakcyjniejszą i szybszą, wyprowadzi nas na manowce i sprawi, że hasło o budowie nowej elity gospodarczej pozostanie pustym sloganem.