Sprawiedliwy system podatkowy to taki, w którym każdy obywatel oddaje część swoich pieniędzy na wspólne cele stosownie do swoich możliwości finansowych, a nie taki, w którym określone grupy płacą wysokie podatki po to, aby część obywateli mogła nie płacić ich wcale. Podatki nie służą też realizacji celów społecznych, ale do zbierania środków na realizację wspólnych celów – w tym zapewnienia bezpieczeństwa socjalnego ludziom, którzy nie są sobie w stanie poradzić samodzielnie.

polski ład składka zdrowotna 3 procent - grafika wpisu
Pixabay

Reforma podatkowa przeprowadzana w ramach pakietu nazwanego Polskim Ładem ma, zdaniem rządu, zapewnić w kraju bardziej sprawiedliwy system podatkowy. Z grubsza rzecz biorąc ma polegać na tym, by bogaci (w rozumieniu rządu) płacili więcej, a biedniejsi – mniej. Założeniem reformy ma być bowiem wzmocnienie tzw. progresji podatkowej. Ta zaś polega na tym, że im wyższe dochody (przychody) podatnika, tym większy procent swoich zarobków musi on oddawać fiskusowi.

Podatki sprawiedliwe, czyli jakie?

Czy jednak nowy system będzie sprawiedliwy? I co to w ogóle znaczy: sprawiedliwe podatki? Z logicznego punktu widzenia wydawać by się mogło, że sprawiedliwie jest wtedy, gdy wszyscy w równym stopniu płacimy na wspólne cele, do realizacji których upoważniamy rząd poprzez podejmowane w demokratycznych wyborach decyzje.

Z tej perspektywy nasz system nie jest, a po zmianach będzie jeszcze mniej, sprawiedliwy. Po pierwsze dlatego, że – jak przekonuje sam rząd – duża część Polaków przestanie w ogóle PIT płacić (już dziś nie płaci go zresztą spora grupa osób korzystających z ulgi na dzieci). A ma to być nawet kilka z niemal 28 milionów podatników.
Po drugie, sporo różnego rodzaju dochodów jest z opodatkowania zwolnionych. A lista ta z roku na rok się wydłuża obdarzając kolejne grupy podatników przywilejem niepłacenia podatku. Są zatem takie dochody, od których podatek trzeba płacić i takie, od których się go nie płaci. Są też podatnicy, którzy podatek płacić muszą i tacy, którzy mimo osiągania dochodów go nie płacą.
Po trzecie, nie wszyscy jesteśmy równo opodatkowani. I nie chodzi w tym przypadku o wyolbrzymianą rozbieżność w obciążeniach między skalą podatkową i podatkiem liniowym.
Lepiej spojrzeć na to, co rząd wyczynia w promowanym przez siebie ryczałcie. Tu dla różnych rodzajów działalności przewidziano inne stawki. Pierwotnie dlatego, że różny jest stopień dochodowości różnych biznesów. A ryczałt płaci się od przychodów.

Teraz jednak rząd ten schemat chce złamać wprowadzając niskie stawki dla zawodów, które wcale mało dochodowe nie są (jak np. przy sprzedaży oprogramowania). Jakoś wewnętrznie trudno mi się pogodzić z tym, że jest to rozwiązanie sprawiedliwe.

Tak jak trudno pogodzić mi się z tym, że drobny przedsiębiorca wkrótce ma płacić znacznie wyższe podatki, podczas gdy pracujący z politycznego nadania członek rady nadzorczej państwowej spółki, tylko z racji tego, że ma czwórkę dzieci, może – zgodnie z najnowszymi pomysłami – nie zapłacić ani grosza podatku od rocznych dochodów do 170 tys. zł (czyli gdy zarabia nieco ponad 14 tys. zł miesięcznie). Można by powiedzieć – kto by tak nie chciał.

Dziwnych zbiegów okoliczności jest zresztą więcej. Takich na przykład jak to, że hojna (bo 50-procentowa) podwyżka dla polityków została skalkulowana tak, że dziwnym trafem mieści się w limitach ulgi dla klasy średniej. A to oznacza, że mimo podwyżki nasi politycy na zmianach podatkowych Polskiego Ładu nie stracą nic, albo bardzo niewiele.

Wydaje mi się, że sprawiedliwie jest jednak tylko wtedy, gdy każdy obywatel, stosowanie do swoich możliwości finansowych dokłada się do wspólnej kasy, nawet jeśli robiłby to jedynie symbolicznie.

Odwrócić system, nagradzać aktywnych

I tu dochodzimy do drugiego elementu, który w przekazach politycznych jest zupełnie zakłamany. Zmiany, które ma wprowadzić Polski Ład, wcale nie sprawią, że im ktoś jest bogatszy, tym większą część zarobków odda na wspólne cele. Nadal będzie tak, że im więcej zarabiamy, tym mniej procentowo będziemy oddawać fiskusowi. Bo i też koncepcja progresji podatkowej, do której tak niezwykle przywiązani są politycy i spore grono naukowców, jest zupełnie z innej epoki. Może już pora na system podatkowy spojrzeć z zupełnie innej strony.

Dziś jest tak, że najwyżej opodatkowane są tzw. aktywne źródła dochodów: praca, własny biznes etc. A zatem wszystko to, co wymaga rzeczywistego wysiłku i zaangażowania. Za to dochody bierne, a zatem czerpane np. z majątku, inwestycji etc. opodatkowane są znacznie niżej lub na preferencyjnych warunkach. Tak jest oczywiście prościej dla polityków. Już chociażby dlatego, że żyjących z aktywnego zarabiania jest więcej. Taki system preferuje jednak nie podatników o niższych, ale właśnie o wyższych dochodach. I ani Polski Ład, ani też żadna inna propozycja w obszarze reform podatkowych tego nie zmienia. A powinna.

To właśnie nasza aktywność zawodowa – czy to na podstawie umów, czy w formie własnego biznesu – powinna być nisko opodatkowana. Dziś nowoczesny system podatkowy powinien skupiać się przede wszystkim na opodatkowaniu dochodów biernych (dochody z majątku i praw) oraz nadmiernej konsumpcji. Nietrudno sobie przecież wyobrazić system, w którym obok obniżonych i podstawowych stawek VAT, byłaby także stawka podwyższona np. dla towarów, których jednostkowa cena przekracza dwukrotnie wysokość płacy minimalnej. Przecież takich towarów nie kupują osoby o niskich dochodach, a raczej odpowiednio majętne. Dlaczego by zatem nie opodatkować tych bogaczy właśnie w ten sposób? Owszem, wymagałoby to odwagi i przebudowania myślenia o systemie podatkowym, a także szerokiego, wykraczającego poza granice kraju, porozumienia. W dłuższej perspektywie mogłoby się jednak opłacić i wcale nie musiałoby oznaczać znaczącego spadku środków, którymi dysponuje budżet.

Kłopot jest jednak w tym, że politykom wydaje się, że za pomocą podatków mogą osiągać zakładane przez siebie cele społeczne, zmuszając społeczeństwo do takich lub innych zachowań. A do tego system taki, jaki mamy obecnie, nadaje się najbardziej. Proste podatki nie są w interesie ani rządzących, ani polityków w ogóle.

Podatki nie są narzędziem polityki społecznej

Powiedzmy też sobie jasno: podatki nie są od tego, by rozwiązywać problemy społeczne. Nigdy do tego nie służyły i zupełnie się w takiej roli nie sprawdzają, czego dowody rządzący mają w przypadku zupełnie niedziałającej ulgi na dzieci, która miała rozwiązać polskie problemy demograficzne. Oczywiście nie rozwiązała. Bo i nie mogła.

Myślenie, że mogłoby być inaczej jest albo próbą oszukiwania samych siebie, albo zwyczajną głupotą polityków. Podatki zawsze były, są i zawsze będą przede wszystkim sposobem na zapewnienie pieniędzy w budżecie po to, by za ich pomocą realizować cele państwowe. A zatem cele, które – przynajmniej z założenia – powinny być wspólne dla danego społeczeństwa. Tyle. I tylko tyle.

Każda próba wykorzystania podatków w innych celach, prowadzi zazwyczaj do różnego rodzaju patologii i irracjonalnych zachowań podatników. Rzadko natomiast daje efekt pożądany przez tych, którzy jakiś cel chcieliby przez rozwiązania podatkowe realizować.