Trzeba przeczytać. Autor doskonale trafia w sedno sprawy. Nie jest co prawda publicystą ekonomicznym, ale bez wątpienia jest znakomitym politycznym komentatorem. Przede wszystkim zaś – czego dowodzi tą książką kolejny raz – doskonałym obserwatorem zachodzących na naszych oczach gwałtownych zmian kulturowych. Tych zaplanowanych, wymuszanych przez emocjonalny szantaż i rozgrywanych przez środowiska ubierające maski humanizmu i wrażliwości.

Pod tymi maskami wrażliwości na sprawy ludzkie kryje się twarz nowego despotyzmu. Zaprawionego nihilizmem i poczuciem wyższości wobec wszystkiego, co tradycyjne. A przede wszystkim nacechowanego chęcią odwetu za prawdziwe, czy domniemane, krzywdy historyczne oraz ogromną agresją w stosunku do tych, którzy nie podzielają wszystkich nowych mód i trendów w postrzeganiu świata.

Każdy pretekst jest dobry

W dobie najczęściej jednostronnego jazgotu medialnego oraz absorbowania wyłącznie pożądanych informacji przez społecznościowe grajdoły informacyjne, mądra książka Douglasa Murraya nabiera szczególnego znaczenia. Prowadząc czytelnika przez 366 stron zrównoważonej, uargumentowanej i nasączonej licznymi przykładami narracji, zrywa jedną po drugiej maski poprawności politycznej. Ta – niczym ohydny potwór – miażdży społeczeństwa zachodnie. Zachodząca właśnie na naszych oczach dewastacja dorobku kulturowego świata zachodniego porywa swoim szaleństwem tłumy, bo w tzw. demokracji podobno wszystko wolno, chociaż jakże często zapomina się, że nie wszystko jest pożyteczne.

Rozkręcająca się wojna kulturowa jest totalna. Dotyczy nas wszystkich i wszędzie. Kształtując zdeformowane postawy pośrednio wpływa także na postawy jednostek uczestniczących w życiu politycznym i gospodarczym. Odciąć się od niej nie da. Paliwem tej wojny są coraz częściej wydumane przekonania, a frontami walk tzw. gender, kwestie rasowe czy poszukiwanie „sprawiedliwości społecznej”.
– Ludzie zachowują się coraz bardziej irracjonalnie, jak rozgorączkowane stado i po prostu nieprzyjemnie, szukając sensu w wojnie z każdym, kto myśli nie tak, jak należy – pisze autor wskazując, że interpretacja świata z punktu widzenia „sprawiedliwości społecznej, „polityki tożsamości” i „intersekcjonalności” jest prawdopodobnie najśmielszą i najbardziej ambitną od zakończenia zimnej wojny próbą stworzenia nowej ideologii.
Szczególnie paskudna jest koncepcja tzw. intersekcjonalności. Jak pisze Murray: „zachęca ona do nieustannych prób wyszukiwania u siebie i innych każdej możliwej tożsamości i wrażliwości, a następnie organizowania się według systemu sprawiedliwości, jaki wyłoni się z wiecznie przemieszczającej się hierarchii, którą odkryjemy”.

Ad absurdum

W czasie tych poszukiwań i usilnego kreowania nowych ideologii rodzą się potwory chętnie i szybko wyciągane na światło dzienne przez media. Jeden z czarnoskórych autorów popełnia tekst w „New York Times” pt. „Czy moje dzieci mogą się przyjaźnić z białymi”, samym postawieniem w ten sposób pytania gruntując rasistowską postawę (rasizm czarnych wobec białych). Inny artykuł, o śmiertelnych wypadkach rowerzystów w Londynie, dostaje nagłówek: „Drogi projektowane przez mężczyzn zabijają kobiety”.
Szczególnie zacięta i pełna furii jest obecnie walka o prawa „trans”, pomimo że ten problem dotyczy bardzo niewielkiej liczby osób. Kto jednak w to powątpiewa i wskazuje inne, ważniejsze w jego opinii tematy (jak np. głodujące dzieci, narkotyzacja przez Big Pharma czy handel ludźmi), szybko zyskuje miano oszołoma, homofoba, seksisty, mizogina, transfoba, albo przynajmniej rasisty czy antysemity. Środowiska, które wyszły na wojnę kulturową nie tolerują debaty. Nie biorą jeńców, a wszędzie już mają swoje przyczółki i swoich „żołnierzy”.

W 2015 roku Nicky Morgan, konserwatywna brytyjska minister edukacji powiedziała, że na „ucznia uważającego homoseksualność za „zło” trzeba od razu donieść na policję”. Od silnej sympatii dla rodzin hetero kultura przeszła na modne pozycje faworyzowania bohaterskich gejów, którzy dokonali „coming outu”. Trudno powiedzieć w czym upatruje się tego bohaterstwa, gdyż czyjaś orientacja seksualna jest jej/jego prywatną sprawą, obchodząc tak naprawdę tylko nielicznych. „Eksperci” i rozliczni publicyści poszukują „gejowskiego genu”, jak dotąd – bez powodzenia.
Szerzy się poprawnościowy ekstremizm: warto wspomnieć, że w 2010 roku BBC wyemitowała krótki film „pastorki” Sharon Ferguson, która wyraziła opinię, że lesbijki nie tylko są równie dobrymi rodzicami, co pary heteroseksualne, ale są „wręcz lepszymi”. W „Daily Telegraph” dyrektorka zasobów ludzkich w globalbanku J.P. Morgan z dumą donosi, że w jej firmie zaprowadzono przymusowe „szkolenia z nieuświadomionych uprzedzeń”. No bo przecież gdzieś w głębi ducha każdy z nas jest mizoginem, rasistą lub przynajmniej antysemitą, prawda?
Na tym podłożu kwitnie już cała, nowa branża szkoleniowa. W 2015 roku Royal Society of Arts ogłosiło, że szkoli osoby zasiadające w komitetach sekcji i mianowania, jak zająć się swoimi „nieuświadomionymi uprzedzeniami”. Przy rekrutacjach do takich firm jak Google poddaje się kandydatów testom mającym wykryć „niewłaściwe inklinacje ideologiczne”. Lewacki faszyzm wszedł więc już szerokim frontem nawet do teoretycznie nieupolitycznionych, prywatnych firm.

Złowrogie oblicza neomarksizmu

Murray opisuje na konkretnych przykładach, jak zmodyfikowane fundamenty marksistowskiej ideologii, ubrane w nowe tematy polityczne (kobiet, mniejszości narodowych, rasowych i seksualnych, ruchów przeciwko broni jądrowej i przeciwko wszelkim instytucjom) w fanatyczny sposób podkopują fundamenty zachodnich uniwersytetów. Tam „wroga definiuje nie funkcja wyzysku, tylko posiadana władza”, a konflikt społeczny jest rozjątrzany wciąż na nowo i na nowo.
Zyskują na znaczeniu syntetyczne, nowe kierunki, takie jak studia queerowe, studia kobiece czy studia nad kulturą czarnoskórych, a półki biblioteczne mają nowe kategoryzacje, takie jak „czarna literatura”, czy „literatura gejów” oraz „literatura kobieca”, będąca obecnie apoteozą roli kobiet w dziejach – przy maksymalnym umniejszaniu znaczenia mężczyzn.
W 2018 roku setki brytyjskich nauczycieli akademickich musiało wziąć udział w warsztatach, podczas których kazano im się przyznawać do „uprzywilejowania białych” i nieustannie bić w piersi za kolonialną przeszłość. Doszło nawet do tego, że w jednym z college’ów czarnoskórzy studenci zablokowali w gabinecie rektora, wyzywając go i grożąc mu „dekolonizacją”, bo śmiał zaproponować spokojną i rzeczową debatę na temat granic wolności słowa.

Wahadło wychyliło się w drugą stronę. Murray pisze, że prawa mniejszości i prawa kobiet należą, co prawda, do najlepszych wytworów liberalizmu, ale stanowią one niezwykle chwiejne fundamenty. Opieranie się na nich przypomina odwrócenie barowego stołka i próby siadania na nim. „Wytwory systemu nie mogą bowiem odtworzyć stabilności systemu, który je wytworzył” – pisze Douglas Murray.
Miejmy to wszystko na (krytycznej) uwadze. Właśnie po to, by nie dać się zwariować.

Douglas Murray, „Szaleństwo tłumów”, Zysk i S-Ka, 2020, przekład Jacek Spólny