Jakie wnioski wyciąga menadżer, dyrektor, prezes, gdy jego partner ze strony rządu albo skarbu państwa po prostu się, ot tak, nie pojawia, choć wcześniej na spotkanie się umówił? Najłagodniejszy wniosek może być taki, że ma się do czynienia z całkowicie niepoważnymi ludźmi… – pisze w najnowszym felietonie Łukasz Warzecha.

Fot. PAP/Artur Reszko

Spośród różnych anegdot, spostrzeżeń i informacji, jakie dotarły do mnie w czasie Forum Ekonomicznego w Karpaczu, największe wrażenie zrobiła na mnie ta o nagłych nieobecnościach przedstawicieli władzy na umówionych spotkaniach czy dyskusjach. Mało tego – nieobecnościach niezapowiedzianych i nieusprawiedliwionych. A już szczególnie uderzyło mnie, że gdy tę historię usłyszałem, w pierwszym momencie uznałem to za normalne. Normalne w sensie – zdarzające się regularnie, a więc już niegodne aż tak wielkiej uwagi. W wielu przypadkach partnerami niedoszłej dyskusji z nieobecnymi, liczącymi na dodatkowe spotkania w kuluarach, byli przedstawiciele dużych firm, którzy do Karpacza przybyli z daleka. Czasem specjalnie po to, żeby odbyć to jedno spotkanie.

Proszę sobie teraz wyobrazić, jakie wnioski z takiej sytuacji wyciąga menadżer, dyrektor, prezes, gdy jego partner ze strony rządu albo skarbu państwa po prostu się, ot tak, nie pojawia. Najłagodniejszy wniosek może być taki, że ma się do czynienia z całkowicie niepoważnymi ludźmi. W ostateczności można także uznać, że nie warto z nimi w ogóle wchodzić w jakiekolwiek układy, a jeśli już się wchodzi, to trzeba ich traktować z najwyższą nieufnością.

Nie pełnię rządowej funkcji, nie kieruję żadną firmą, ale wiem jedno: jeśli się z kimś umawiam, choćby tylko na luźne spotkanie, ale także na udział w dyskusji czy napisanie tekstu, to muszę się wywiązać właśnie dlatego, że w przeciwnym wypadku zostanę uznany za kogoś niepoważnego. Ucierpi moja reputacja. Jeśli natomiast z jakiegoś obiektywnego powodu muszę odwołać to, na co się umówiłem, czuję się w obowiązku należycie z tego wytłumaczyć. I oczywiście przeprosić. To jest całkowicie oczywiste, jest jak odruch bezwarunkowy.

Jak to możliwe, że takiego odruchu bezwarunkowego nie mają ludzie, którzy nie reprezentują jedynie samych siebie, ale także polskie państwo? Gdyby jeszcze ów brak powagi dotyczył tylko ich, można by na to ewentualnie machnąć ręką. Wszak jego konsekwencje odczuwaliby sami, w tym poprzez obniżenie własnej wartości na rynku (słynne pytanie, czy w warunkach rynkowych mianowani przez państwo szefowie i nadzorcy firm by sobie poradzili). Jednak gdy występują w imieniu naszego państwa, ich zachowanie wpływa na opinię o nim. Wykazują się niefrasobliwością, lekkomyślnością i zwykłym brakiem kultury nie tylko na własny, ale na rachunek nas wszystkich.

Największą dla mnie zagadką jest motywacja takiego postępowania. Nie ma tutaj prostej odpowiedzi – nie umiem jej znaleźć. Jeden z moich rozmówców podczas forum zasugerował, że to jakieś infantylne napawanie się posiadaną władzą: mogę nie przyjść, to sobie nie przyjdę, niech zobaczą! Być może tak jest. Przede wszystkim jednak to brak poczucia obowiązku wobec państwa, któremu taka osoba teoretycznie służy.

Może to zresztą cecha bardziej uniwersalna, jakoś wkomponowana w nasz sposób bycia? Na zawsze zapadła mi w pamięć opowieść nieodżałowanego Janusza Kochanowskiego sprzed lat, zanim jeszcze został rzecznikiem praw obywatelskich. Pan Janusz był w latach 90. konsulem generalnym RP w Londynie. Zdarzało mu się tam organizować spotkania czy przyjęcia. Gdy wysyłano zaproszenia – wówczas jeszcze właściwie wyłącznie pocztą tradycyjną – widniała na nich zrozumiała dla wszystkich formułka RSVP – répondez s’il vous plaît – prosimy o odpowiedź, czyli o potwierdzenie przybycia. Czasami zdarza się prośba o informację w razie nieobecności. Janusz Kochanowski opowiadał, że dla każdego było oczywiste, iż w takiej sytuacji obecność należy potwierdzić, ułatwia to bowiem organizatorom zaplanowanie spotkania. Wówczas wymagało to jednego krótkiego telefonu na podany numer, dzisiaj na ogół wysłania mejla z jednym zdaniem. Otóż było to, jako się rzekło, oczywiste dla każdego – poza Polakami, którzy notorycznie obecności nie potwierdzali lub też ewentualnie nie informowali o nieobecności. Był to oczywisty brak szacunku dla organizatorów wydarzeń i zwykłej kultury osobistej. Janusz Kochanowski, dżentelmen w każdym calu, nie umiał tego pojąć.

Od czasu, gdy usłyszałem tę opowieść od pana Janusza, obsesyjnie wręcz dbam o to, aby zawsze potwierdzać obecność na spotkaniach, jeżeli pojawia się taka prośba. Jak jednak widać, dla wielu ta prosta kwestia jest zbyt trudna. Lub też służy im jako dziwaczny sposób na podwyższenie we własnym mniemaniu swojej wartości. W oczach innych natomiast ta wartość zostaje mocno obniżona.

Łukasz Warzecha

Poprzedni artykułRynek nawozów to dziś problem nas wszystkich
Następny artykułDobre wieści z polskich pól uprawnych. Będzie rekord?