Szwajcaria nie tylko nie chce być członkiem Unii Europejskiej, ale ostatnio zrezygnowała nawet z umowy ramowej, która miała zwieńczyć wieloletnie dwustronne negocjacje.

fot. Pixabay

W referendum w 1992 r. Szwajcarzy odrzucili przystąpienie do Europejskiego Obszaru Gospodarczego, a w inicjatywie ludowej 1997 r. i w referendum 2001 r. sprzeciwili się żądaniu rozpoczęcia negocjacji w sprawie pełnej integracji europejskiej. Dla odmiany w referendum w 2005 r. opowiedzieli się za wejściem w życie układu z Schengen, dzięki czemu od 2008 r. kraj ma otwarte granice z państwami, które podpisały tę umowę.

Twarde negocjacje

Otoczona ze wszystkich stron krajami członkowskimi Unii Europejskiej Szwajcaria zawarła z nią około 120 sektorowych traktatów dwustronnych. Zawierają one te same przepisy, co prawodawstwa przyjęte przez państwa Europejskiego Obszaru Gospodarczego w zakresie swobody przepływu osób, towarów, usług i kapitału. Dzięki temu kraj ma nieskrępowany dostęp do wspólnego unijnego rynku, a unijne firmy mogą działać na jego terenie. Unia jest największym partnerem handlowym alpejskiego państwa – odpowiada za 60 proc. wartości handlu zagranicznego Szwajcarii. Około połowa całego szwajcarskiego eksportu trafia do UE, podczas gdy dwie trzecie szwajcarskiego importu pochodzi z Unii. Mimo to próby sformalizowania relacji obu partnerów od wielu lat nie mogą dojść do skutku.

Eurokraci od 2008 r. naciskają na Szwajcarię, aby podpisała traktat ramowy przed zawarciem jakichkolwiek nowych umów dwustronnych. Negocjacje rozpoczęły się w 2014 r. Projekt porozumienia formalizował relacje dotyczące pięciu obszarów, a de facto zmuszał Szwajcarię do przyjęcia unijnych regulacji w tych sferach: swobodny przepływ ludzi, standardy przemysłowe, rolne, transportu lotniczego i lądowego oraz utworzenie wspólnego sądu arbitrażowego, który rozstrzygałby spory handlowe. Umowa ramowa miała umożliwić także automatyczne wprowadzanie bieżących zmian zgodnych z prawem unijnym.

Zdaniem unijnych urzędników rozmowy zakończyły się w 2018 r., ale szwajcarscy politycy domagali się renegocjacji porozumienia w trzech obszarach: swobodzie przemieszczania się ludzi z państw Unii Europejskiej (obawiając się zalewu własnego rynku pracy przez tańszą siłę roboczą), dostępu obywateli Unii do szwajcarskich świadczeń społecznych i kwestii regulacji pomocy publicznej. Dlatego też wielokrotnie odkładali podpisanie umowy. Eurokraci nie zgadzają się na renegocjowanie projektu traktatu i nie kryją rosnącego zniecierpliwienia. Są bardzo nachalni i kiedy wraz z końcem czerwca 2019 r. wygasał dostęp giełd i traderów ze Szwajcarii do unijnego rynku finansowego, Komisja Europejska nie przedłużyła go. Brukseli nie spodobało się to, że szwajcarskie władze w grudniu 2018 r. poddały sprawę porozumienia półrocznym konsultacjom społecznym. W odwecie szwajcarski rząd zakazał giełdom w Unii Europejskiej handlowania szwajcarskimi akcjami.

Nie chcą „dyktatu z Brukseli”

Niechętne traktatowi są szwajcarskie związki zawodowe i przeciwnicy nielegalnej imigracji. Oponentów porozumienia można spotkać i wśród centrolewicowych socjaldemokratów, i w prawicowej, największej w kraju partii politycznej, Szwajcarskiej Partii Ludowej. Ci pierwsi odrzucają osłabienie szwajcarskich przepisów chroniących najwyższe płace w Europie przed transgraniczną konkurencją i nie zgadzają się na poddanie tych przepisów kontroli unijnych sędziów. Ci drudzy od lat starają się przeciwstawiać zacieśnianiu związków z Unią, a omawiany traktat nazywają niedopuszczalnym naruszeniem suwerenności i oceniają go jako „dyktat z Brukseli”.

Z kolei sektor gospodarczy i finansowy oraz organizacje pracodawców domagały się, by nie ulegać naciskom, które wstrzymują podpisanie umowy – według jednego z badań opinii publicznej w 2019 r. dwie trzecie szwajcarskich firm opowiadało się za podpisaniem traktatu z UE, a tylko 20 proc. firm było przeciwnych umowie. Inny sondaż wskazywał jednak, że 20 proc. firm jest za podpisaniem traktatu, 26 proc. jest przeciwna, a 41 proc. chce zmian w umowie.

Pod koniec maja 2021 r. obie strony znalazły się w impasie po tym, jak Bruksela odmówiła żądaniom strony szwajcarskiej, aby wykluczyć z traktatu kluczowe kwestie dotyczące pomocy państwa, ochrony płac i swobody przemieszczania się. Wtedy Szwajcarska Rada Związkowa (organ pełniący funkcję rządu) oświadczyła, że „pozostają znaczne różnice między Szwajcarią a UE w kluczowych aspektach. […] Nie są więc spełnione warunki do podpisania umowy”. Podkreślono, że ten ruch kończy negocjacje. – Nasze stanowisko jest inne – to oczywiste, że nie można wydzielić z umowy trzech tak podstawowych obszarów – powiedział z kolei rzecznik UE Eric Mamer.

Zawsze jest alternatywa

Dla wielu obserwatorów problem z Unią Europejską polega na tym, że za dostęp do wspólnego rynku próbuje wcisnąć Szwajcarii regulacje, które nie mają nic wspólnego z handlem. – Jesteśmy zmuszeni szukać alternatyw, być może z Wielką Brytanią, jeśli UE pozostanie dogmatyczna – mówił w 2019 r. Guy Parmelin, ówczesny członek Szwajcarskiej Rady Związkowej, a obecnie prezydent Konfederacji Szwajcarskiej ze Szwajcarskiej Partii Ludowej.

Postbrexitowa umowa handlowa pomiędzy Szwajcarią a Wielką Brytanią, kontynuująca preferencyjne warunki współpracy gospodarczej, została podpisana w lutym 2019 r. Pojawiły się także pomysły, by traktat poddać pod ogólnokrajowe referendum. Krytycy twierdzą, że porozumienie tak bardzo narusza suwerenność Szwajcarii, że nigdy nie zostałoby zaakceptowane w głosowaniu.

W Szwajcarii demokracja traktowana jest poważnie. Widać ewidentne różnice pomiędzy tamtejszymi a polskimi politykami. Ci pierwsi, kierując się interesem kraju, twardo negocjują z Brukselą i nie poddają się płynącym stamtąd naciskom. Nie są podnoszone, mniej lub bardziej wyimaginowane, argumenty o niebezpieczeństwie całkowitej izolacji kraju. Ci drudzy jako alternatywą dla Unii najpierw straszą Białorusią i białymi niedźwiedziami, a potem w pośpiechu i bez debaty publicznej – o zorganizowaniu referendum nie wspominając – przyklepują katastrofalny dla polskiej gospodarki Europejski Zielony Ład i eufemistycznie nazwany tzw. Fundusz Odbudowy, mimo że oznacza to jednocześnie dalsze przenoszenie krajowych kompetencji do Brukseli (zaciąganie długu, nakładanie podatków). Co więcej, nie było tego w negocjowanym traktacie akcesyjnym, na podstawie którego Polacy akceptowali w 2003 r. akces w unijnym referendum.

Poza Unią jest życie

Jakie będą konsekwencje oporu Szwajcarów? Unia Europejska oświadczyła, że istniejące umowy dwustronne z alpejskim krajem nie zostaną rozwiązane, ale z czasem nastąpi „powolna erozja” ich skuteczności. Ponadto brak porozumienia zablokuje Szwajcarii nowy dostęp do jednolitego rynku, np. do unii energetycznej czy współpracy w dziedzinie ochrony zdrowia. Jak długo Szwajcaria będzie w stanie bronić swojej suwerenności przed znacznie silniejszym partnerem, który stawia alternatywę na zasadzie: „albo będzie tak, jak my chcemy, albo nie będzie w ogóle”? Nie wydaje się, aby w przyszłości tamtejsi politycy nagle zaczęli działać wbrew szwajcarskiemu interesowi narodowemu.

W tym miejscu warto przypomnieć, że nie tylko Szwajcarzy odrzucają możliwość członkostwa w Unii Europejskiej. Są w Europie także inne kraje, które dbają o własny interes narodowy. W sprawie przystąpienia do Unii Europejskiej w Norwegii odbyły się dwa referenda: w 1972 i 1994 r. i oba zostały przegrane przez zwolenników integracji. Z kolei, po kilku latach negocjacji akcesyjnych z Brukselą, w 2013 r. prawicowy rząd Islandii wstrzymał je, a dwa lata później kraj oficjalnie wycofał swoją kandydaturę. Niektóre państwa, będąc członkami Unii, wolą nie pozbywać się własnej waluty na rzecz unijnej. W 2000 r. w referendum konsultacyjnym większość Duńczyków zagłosowała przeciwko wprowadzeniu euro. Trzy lata później to samo zrobili Szwedzi. Wbrew temu, co twierdzą euroentuzjaści, w Europie także poza Unią Europejską i sferą euro jest życie. W przypadku Szwajcarii, Norwegii i Islandii trzeba dodać: i to jakie!