Już wiosną zadawano sobie pytanie, czy w Szwecji wiedzą, co robią, nie wprowadzając żadnych poważnych obostrzeń związanych z epidemią koronawirusa i nie zamrażając gospodarki. Pytanie pozostaje wciąż otwarte, jednak po tych kilku miesiącach coraz więcej osób przekonuje się, że strategia no-lockdown wcale nie spowodowała masowej śmiertelności wśród Szwedów, a przy okazji uchroniła tamtejszą gospodarkę od katastrofy, u progu której stoi dziś większość europejskich państw, które tak bardzo Szwecję krytykowały.

Gdy wiosną tego roku cały świat mierzył się z niezrozumiałą, bo nieznaną dotychczas, epidemią koronawirusa poprzez nakładanie restrykcji czy zamrażanie gospodarki, Szwecja wybrała inną drogę. Sposób ten podzielił szwedzkie społeczeństwo. Uzyskał on spore grono zwolenników, ale i tyle samo wrogów. Kontrowersyjna strategia skandynawskiego rządu zakładała wprowadzenie wielu zaleceń, ale prawie żadnych restrykcji.

Szwedom zalecało się pozostanie w domu, pracę zdalną, niespotykanie się w większych grupach i niezbyt częste robienie zakupów w zatłoczonych centrach handlowych. Ani razu nie wprowadzono tam także nakazu noszenia maseczek w miejscach publicznych, co zresztą nie zmieniło się do tej pory.

Jedyną restrykcją, którą obarczono szwedzkie społeczeństwo, był limit do 8 osób, które mogły siedzieć przy stoliku w lokalu gastronomicznym. To jednak nie mogło nikogo sfrustrować, skoro w wielu innych europejskich krajach do restauracji wejść nie można było ani jednej osobie.

Mówiąc o szwedzkiej strategii, znanej pod nazwą no-lockdown, warto przytoczyć też postać Andersa Tegnella, głównego epidemiologa Szwecji, który tę zaskakującą taktykę zaproponował rządowi Stefana Lofvena już na początku epidemii. Przez wielu okrzyknięty został… mordercą, przez innych geniuszem. Zagorzały przeciwnik idei lockdownu wypowiedział się w tej sprawie na łamach „Financial Times”: – To jak używanie młotka do zabicia muchy (…) Trzeba wierzyć w długoterminowe efekty swojej pracy i nie podawać ich w wątpliwość zbyt wcześnie.

W tym czasie wiele innych europejskich rządów rozpatrywało taktykę szwedzką, lecz większość nie zaryzykowała jej wdrożenia i co za tym idzie, skrytykowała strategię. Na jej temat wypowiedział się także polski ówczesny minister zdrowia Łukasz Szumowski podczas majowej konferencji: – To model darwinistyczny, czyli słabi, starsi odpadają. My o nich dbamy.

Przyjęta przez Szwedów strategia miała spowodować wytworzenie naturalnej odporności populacyjnej – osiągnięcie stanu, w którym osoby nieuodpornione są chronione dzięki temu, że większa część społeczeństwa już wytworzyła przeciwciała (jest to możliwe dzięki zaszczepieniu jak największej liczby osób lub – i to w pojęciu naturalnej odporności zbiorowej jest kluczowe – poprzez to, że liczna grupa przeszła daną chorobę, w tym przypadku COVID-19). Innymi słowy, dzięki obecności osób uodpornionych w danej populacji zmniejsza się ryzyko zachorowania wśród osób nieuodpornionych. Ta taktyka szwedzkiego rządu przyniosła oczekiwane rezultaty, gdy wiosną szwedzka kursywa zarażeń była jeśli nie lepsza, to z pewnością nie gorsza od pozostałych krajów.

We wrześniu duński epidemiolog Kim Sneppen powiedział w wywiadzie dla gazety „Politiken”: – Istnieją dowody na to, że Szwedzi zbudowali już taki poziom odporności, który w połączeniu z dodatkowymi środkami zapobiegawczymi powstrzyma transmisję. Jest wystarczający, by kontrolować COVID-19 (…) Najprawdopodobniej epidemia w Szwecji wygasła. Wirus zanika. Przynajmniej takie doszły mnie wieści.

I rzeczywiście, we wrześniu Szwecja razem z Danią, która również trzyma się strategii no-lockdown, odnotowywała zaskakująco małe liczby dziennych przypadków COVID-19: średnio 23 zakażeń na milion mieszkańców. Wtedy wydawać by się mogło, że Szwecja swoją kontrowersyjną, lecz skuteczną strategią, odniosła sukces. Gdy większość pozostałych europejskich państw zamrażała gospodarkę i zatrzymywała całe życie społeczne, Skandynawia nie zmieniając funkcjonowania państwa, nie ucierpiała tak bardzo. Dwa miesiące później wszystko jednak uległo zmianie.

Szwecja, nie spodziewając się drugiej, znacznie trudniejszej fali epidemii, żyła w dalszym ciągu bez restrykcji, z coraz mniejszą liczbą zaleceń i coraz bardziej pobłażliwie do wirusa podchodzącym społeczeństwem. W listopadzie skandynawskie państwo przeżyło jednak epidemiczny szok, gdy nagle zarażeń dramatycznie przybyło. Najwięcej odnotowanych przypadków pokazał dzień 19 listopada, gdy liczba zakażonych przekroczyła 7 tysięcy. Szwecja po raz pierwszy stykająca się z tak wysokimi liczbami była zmuszona do podjęcia dodatkowych działań. W związku ze znacznym wzrostem infekcji już w listopadzie cztery regiony: Dalarna, Vaermland, Vaestmanland oraz Gotlandia ogłosiły zaostrzenie restrykcji, które w Szwecji polegają na zaleceniach. Na tym obszarze rekomenduje się pozostawanie w domu, unikanie komunikacji miejskiej oraz centrów handlowych. Wcześniej podobne zalecenia wprowadziły już prawie wszystkie regiony. Mimo że rząd wciąż stara się nie wprowadzać poważniejszych restrykcji, wzrastające liczby mogą zmienić nastawienie szwedzkiego społeczeństwa, a co za tym idzie rządu i ich działań.

Patrząc jednak na tak samo dramatyczną sytuację pozostałych europejskich krajów, nasuwają się pytania o rzeczywisty sens blokowania całej gospodarki i wprowadzania dodatkowych, obciążających restrykcji. Polska bowiem boryka się z równie trudną sytuacją epidemiczną, a epidemia nieporównywalnie bardziej dotknęła polską niż szwedzką gospodarkę właśnie przez rządowe zamrażanie kolejnych branż. Zamknięte restauracje, kawiarnie, kina, muzea czy siłownie coraz bardziej wpływają na stan portfela obywateli.

W Szwecji natomiast obowiązują pewne ograniczenia w tym aspekcie, na przykład liczba gości w restauracjach, lecz poza tymi drobnymi zmianami większość obiektów kulturalnych, lokali gastronomicznych czy sklepów pozostała otwarta. Co więcej, Polska wydaje się być wyjątkowym przypadkiem w aspekcie zamkniętych szkół. Niewiele państw zdecydowało się na taki ruch. Dzieci, młodzież uważane są za grupę niskiego zagrożenia i dlatego większość Europy, w tym Szwecja, nie widzi powodów w zamykaniu placówek. W Polsce natomiast nawet najmłodsze dzieci nie chodzą do szkół, a co za tym idzie, ich rodzice także zostają zmuszeni do pozostania w domach i często niemożliwej pracy zdalnej. Co więcej, poziom nauczania zdalnego bez wątpienia jest znacznie gorszy od tego stacjonarnego. Wirtualna nauka przykładowego pisania czy czytania w większości przypadków jest istną pracą syzyfową.

Tak zwana szwedzka strategia no-lockdown z pewnością wywołała i wciąż wywołuje wiele sprzecznych emocji. Nie wszyscy Szwedzi są przekonani do tak ryzykownej taktyki. Bezsprzeczne natomiast jest to, że strategia ta nie osłabia na tyle już i tak pokrzywdzonej gospodarki, a ludziom pozostawia więcej swobody.