Fot. Pixabay

Taki los spotkał m.in. Li Zehua. Ten reporter po ukończeniu jednego z najbardziej prestiżowych uniwersytetów w Chinach zaczął pracować jako prezenter wiadomości dla wiodącej chińskiej stacji telewizyjnej CCTV. Dopóki jego wypowiedzi byłby zgodne z tym, co chce przekazać władza, nie było problemu Sytuacja zmieniła się po wybuchu epidemii koronawirusa. Przynajmniej dla Li i wielu podobnie myślących młodych chińskich dziennikarzy.

W przeciwieństwie do pokoleń rodziców i dziadków, dzisiejsi młodzi Chińczycy nie pamiętają już o okrucieństwach, które od 1949 roku popełniła Komunistyczna Partia Chin. Ogromny głód i ubóstwo, niewielkie racje żywnościowe i miliony ludzi, którzy zginęli, są teraz częścią historii, o której nie można mówić. Władze chińskie upewniły się, że historia komunistycznych Chin, od 1949 do 1989, została prawie całkiem zatuszowana. Dzisiejsi młodzi Chińczycy dorastają bez świadomości tego, co się stało, nie wiedząc, że chwalebne komunistyczne Chiny mają na rękach krew milionów ludzi.
 

Nie mając ani żywych wspomnień, ani wiedzy historycznej, młodzi Chińczycy nie postrzegają dziś Komunistycznej Partii Chin jako zbrodniarza. Dorastali w Chinach, które są rosnącą potęgą światową, wszędzie widać oznaki dobrobytu i nowoczesności. „Umowa społeczna”, którą zaoferował im rząd chiński – ograniczona swoboda w zamian za stabilność i dobrobyt – pasuje większości.

Jednak rozprzestrzenienie się koronawirusa odsłoniło piętę achillesową tego systemu. W obliczu groźby zarażenia się śmiertelnym wirusem, gdy na każdym kroku słyszy się o ludziach, którzy godzinami szukali pomocy medycznej, kiedy ogląda się filmy o przeludnionych szpitalach i przepracowanym personelu, widać fasadę tej stabilności i tego dobrobytu, która rozpada się na naszych oczach. Tacy ludzie głodni są prawdziwych informacji, a nie propagandy. Chcą wiedzieć, jak chronić siebie i swoje rodziny.

Śmierć doktora Li Wenlianga obudziła z letargu wielu Chińczyków, zwłaszcza młodych. W końcu zdali sobie sprawę, że stabilność i dobrobyt, które im obiecano i dla których zrezygnowali z wolności, były jednym wielkim blefem.

26 lutego, gdy Li wracał z Instytutu Wirusologii w Wuhan, który zdaniem wielu teoretyków konspiracji był odpowiedzialny za tworzenie i rozprzestrzenianie się koronawirusa, opublikował krótki film wideo, gdzie widzowie mogą usłyszeć, jak krzyczy: „Gonią mnie. . . . Jestem pewien, że chcą mnie trzymać w izolacji. Proszę pomóż mi!"
Li wrócił do swojego mieszkania i znów rozpoczął transmisję na żywo. Wiedząc, że zostanie aresztowany i siłą poddany kwarantannie, upewnił, że ma wyposażenie ochronne i że jest zdrowy w momencie aresztowania. Jeśli chiński rząd stwierdziłby, że Li jest chory i umarł na koronawirusa, reszta świata, a zwłaszcza rodzina Li, wiedziałaby, że to kłamstwo.

Dzisiaj wielu młodych Chińczyków „prawdopodobnie nie ma pojęcia, co wydarzyło się w naszej przeszłości” – kontynuował Li. „Uważają, że historia, którą mają teraz, jest tą, na którą zasługują”. Li miał nadzieję, że więcej młodych ludzi przyłączy się do niego w obronie prawdy. Po tych słowach otworzył drzwi. Weszło dwóch mężczyzn w maskach i ubranych na czarno. Aparat został nagle wyłączony, a transmisja zatrzymana. Od tego dnia nikt nie słyszał o Li. Dzięki China Media Project ostatnie przemówienie tego reprotera zostało przetłumaczone na angielski.

Li jest trzecim chińskim dziennikarzem zatrzymanym przez władze od początku epidemii koronawirusa w Wuhan. Pozostali dwaj to Fang Bin i Chen Qiushi.

W tym tygodniu chińscy cenzorzy usunęli wywiad z lekarzem z Wuhan, który omawiał ukrywanie problemu koronawirusa przez lokalne władze. Według BuzzFeed chińscy internauci robią wszystko, by udostępnić ten wywiad. Pekin popełnia duży błąd, jeśli nadal wierzy, że represje i ucisk skłonią Chińczyków do poddania się propagandzie. Ludzie na całym świecie mają prawo do poznania prawdy. Dotyczy to także obywateli Chin.

DL/ National Review