fbpx
niedziela, 21 kwietnia, 2024
Strona głównaHistoriaTajemniczy filantrop i pierwsze zimowe wejście na Everest

Tajemniczy filantrop i pierwsze zimowe wejście na Everest

44 lata temu polska wyprawa jako pierwsza na świecie zdobyła Mount Everest zimą. Mało kto wie, że wyprawa na najwyższą górę świata była możliwa dzięki nieoczekiwanej pomocy tajemniczego sponsora, którym okazał się zasłużony weteran 1 Dywizji Pancernej gen. Stanisława Maczka.

Swoim niespodziewanym dokonaniem Polacy wprawili w osłupienie całe himalaistyczne środowisko – tym bardziej, że o próbie zdobycia najwyższego szczytu na ziemskim globie praktycznie nikt nie wiedział. Nikt też nie zdawał sobie sprawy z tego, jakie były kulisy zdobycia Mount Everestu przez Polaków, a szczególnie, jak trudno było tę wyprawę przygotować.

Himalaiści z całego świata byli zaszokowani wyczynem Polaków, gdyż do tej pory nikt nie skusił się na zimową wyprawę w Himalaje. Sezon w Himalajach i Karakorum trwał wówczas do 15 lutego – dalsza część zimy miała być poza zasięgiem człowieka.

Mount Everest, widok z Wyżyny Tybetańskiej/Wikimedia Commons

Polacy, zanim pokonali Mount Everest (tyb. Czomolungma) musieli jeszcze wcześniej pokonać peerelowską rzeczywistość. Innymi słowy musieli w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej (gdzie brakowało pieniędzy na wszystko, a niebawem i wszystkiego) zdobyć potężne pieniądze na wyprawę. Na szczęście drzwi do ekskluzywnego świata zdobywców Mount Everestu wcześniej otworzyła już Wanda Rutkiewicz, zdobywając tę górę 16 października 1978 r. jako pierwsza Europejka i jako trzecia kobieta na świecie (w tym też dniu Karol Wojtyła został wybrany na papieża). Rutkiewicz zdobyła Everest dołączając do zagranicznej wyprawy. Tym razem miało być jednak inaczej – miała to być w całości polska wyprawa. Tyle że od słów do czynów, jak zawsze, wiedzie daleka droga, a w rzeczywistości PRL pierwszą przeszkodą do pokonania było zdobycie odpowiednich funduszy. Sęk w tym, że koszty miały być ogromne, a od tego należało zacząć. Wyprawa miała kosztować 3,5 mln złotych i 50 tys. dolarów (sam transport lotniczy kosztował 1250 tys. złotych). Dotacja Głównego Komitetu Kultury Fizycznej i Sportu wynosiła 30 tys. dolarów, brakowało więc bardzo dużej kwoty. Na szczęście znaleźli się prywatni sponsorzy, a zwłaszcza (nieoczekiwanie) jeden. Kim był tajemniczy sponsor polskich himalaistów?

Julian Godlewski – od weterana wojennego do milionera

Julian Godlewski 1982 r./Wikimedia Commons

Julian Godlewski był postacią nietuzinkową. Gorący patriota, urodzony w prawniczej rodzinie we Lwowie, który za Polskę bił się już jako nastolatek w wojnie polsko-bolszewickiej. Podczas II wojny światowej także nie szczędził swojej krwi (w bitwie pod Falaise, w 1944 r., został poważnie ranny), a po wojnie, gdy stał się niemal milionerem, nie skąpił Polsce twardych dewiz. Dokładniej rzecz ujmując ogrom swojego majątku przekazywał na utrzymanie polskich instytucji kulturalnych za granicą. To on reaktywował przecież Muzeum Polskie w Rapperswilu w Szwajcarii, wspierał też wiele instytucji w Polsce. O tym, w jaki sposób zasłużony weteran 1 Dywizji Pancernej generała Stanisława Maczka stał się milionerem i jak po wojnie pomagał Polsce i Polakom będziemy jeszcze pisać na łamach „Forum Polskiej Gospodarki” i FPG24. Dzisiaj o tej zasłużonej dla Polski – i de facto zapomnianej – postaci chcieliśmy przypomnieć pierwszy raz. A dzieje się tak dlatego, że w okolicznościowych materiałach medialnych (z okazji 44-lecia zdobycia przez Polaków Mount Everestu w 1980 r.) o Julianie Godlewskim wspomina się bardzo mało lub wcale. A jest to postać po prostu niezwykła. Mieszkający w Szwajcarii polski weteran wojenny z własnej kieszeni wyłożył na polską wyprawę aż… 15 tys. dolarów – naówczas kwotę wręcz astronomiczną. Nasza ekspedycja w końcu mogła wylecieć do Nepalu.

Dramatyczne okoliczności zdobycia Bogini Matki Ziemi

Krzysztof Wielicki, Leszek Cichy, celebracja sukcesu w bazie, 1980 r./Wikimedia Commons

Zdobycie Everestu w czasach siermiężnego PRL-u już było nie lada wyczynem, a pomysł wejścia zimą stał się dodatkowym, potężnym wyzwaniem. Było to ogromne przedsięwzięcie sportowe i logistyczne. Polaków nie było stać na drogi zachodni sprzęt, toteż niemal wszystko na potrzeby wyprawy powstawało w kraju. Dodatkowo nasi himalaiści musieli oszczędzać nawet na żywności. Członek wyprawy Leszek Cichy tak wspominał tamten czas w książce „Gdyby to nie był Everest”: „Teraz wydaje się to śmieszne, ale wieźliśmy do Nepalu nawet ryż i cukier, kawę i herbatę. Mimo że cały region był wielkim producentem ryżu, bardziej opłacało nam się wysłać go tam, niż kupować na miejscu”.

W takich warunkach dokonała się rzecz niemalże niemożliwa: pierwsze na świecie zdobycie Mount Everestu zimą. Odbyło się to w dramatycznych, pełnych napięcia okolicznościach. Polscy himalaiści zdobywali Czomolungmę (w języku tybetańskim: Bogini Matka Śniegu lub Bogini Matka Ziemi) 1,5 miesiąca, z graniczną datą wyznaczoną przez Nepalczyków na 15 lutego. Jeszcze dzień wcześniej wydawało się, że nie uda się im zdobyć Everestu i większa część wyprawy postanowiła udać się w drogę powrotną. Dopiero 15 lutego wieczorem Nepalczycy poinformowali, że przedłużają Polakom termin o dwa dni.

Rozpoczął się wyścig z czasem. Dwaj polscy himalaiści – Krzysztof Wielicki (29-letni inżynier geodeta z Warszawy) i Leszek Cichy (30-letni inżynier elektronik z Wrocławia) postanowili zdobyć szczyt mimo przedburzowej pogody.

17 lutego 1980 r. o godz. 14.40 czasu miejscowego Polacy zdobyli Mount Everest. Himalaistom pogratulował I sekretarz PZPR Edward Gierek, o czym szeroko informowały peerelowskie media. List gratulacyjny przesłał także papież Jan Paweł II (o tym media zapomniały już wspomnieć).
Dzień ten stał się swego rodzaju otwarciem złotego czasu polskiego himalaizmu, w którym złotymi zgłoskami zapisało się wielu polskich miłośników najwyższych gór, a wśród nich Wanda Rutkiewicz i Jerzy Kukuczka.

Jarosław Mańka
Jarosław Mańka
Dziennikarz, reżyser, scenarzysta i producent, autor kilkunastu filmów dokumentalnych i reportaży (kilka z nich nagrodzonych). Absolwent historii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pasjonat podróży i tajemnic historii. Propagator patriotyzmu gospodarczego. Współpracownik magazynu „Nasza Historia”.

INNE Z TEJ KATEGORII

1058. rocznica Chrztu Polski i… Narodowy Marsz Życia

14 kwietnia 966 r. książę Mieszko I przyjął chrzest, który stał się początkiem naszej państwowości. W dniu kolejnej rocznicy tego wydarzenia odbył się w Warszawie Narodowy Marsz Życia pod hasłem „Niech żyje Polska” .
4 MIN CZYTANIA

Mistrz inżynierii mostowej i wielki polski filantrop

W tym roku mija 160 lat od otwarcia pierwszego warszawskiego stalowego mostu na Wiśle. Zaprojektował go Stanisław Kierbedź. Inny jego słynny most, zbudowany w Petersburgu, tak bardzo spodobał się carowi, że monarcha – jak głosi anegdota – spacerując po nim z Kierbedziem, z każdym mijanym przęsłem awansował konstruktora. Tym sposobem na końcu mostu Kierbedź był już generał-majorem.
10 MIN CZYTANIA

Gorzkie żale – historia arcydzieła o męce Boga-Człowieka

W polskiej tradycji nieodłącznym elementem Wielkiego Postu są Gorzkie Żale – popularne nabożeństwo i polskie arcydzieło zbioru pieśni o Męce Pańskiej.
4 MIN CZYTANIA

INNE TEGO AUTORA

1058. rocznica Chrztu Polski i… Narodowy Marsz Życia

14 kwietnia 966 r. książę Mieszko I przyjął chrzest, który stał się początkiem naszej państwowości. W dniu kolejnej rocznicy tego wydarzenia odbył się w Warszawie Narodowy Marsz Życia pod hasłem „Niech żyje Polska” .
4 MIN CZYTANIA

Po co nam samorządy [WYWIAD]

Samorządy mają już (po przełomie w 1989 r.) ponad 30 lat. Dobiega końca 8. – wydłużona o pół roku – kadencja. O pracy samorządowca opowiada nam Jerzy Zięty – krakowski radny, dziennikarz, organizator targów zdrowej żywności i koncertów muzycznych.
5 MIN CZYTANIA

Mistrz inżynierii mostowej i wielki polski filantrop

W tym roku mija 160 lat od otwarcia pierwszego warszawskiego stalowego mostu na Wiśle. Zaprojektował go Stanisław Kierbedź. Inny jego słynny most, zbudowany w Petersburgu, tak bardzo spodobał się carowi, że monarcha – jak głosi anegdota – spacerując po nim z Kierbedziem, z każdym mijanym przęsłem awansował konstruktora. Tym sposobem na końcu mostu Kierbedź był już generał-majorem.
10 MIN CZYTANIA