Fot. Twitter

„Pokój, parytet, demokracja i dialog” – prezydent Tsai Ing-wen, 20 maja, a więc u progu swojej drugiej kadencji jako przywódczyni Tajwanu, przedstawiła swoje warunki władzom „Wielkich Chin”, ściągając tym samym na siebie groźnie brzmiącą odpowiedź drugiego największego mocarstwa świata. Ta przewodniczka demokratycznej tożsamości na „wyspie rebeliantów” podczas ceremonii inaugurującej objęcie urzędu prezydenta na kolejną kadencję, uchyliła drzwi do dialogu z władzami Chin, domagając się jednocześnie szacunku dla historycznego rywala.

– Obie strony mają obowiązek znaleźć sposób na koegzystowanie w dłuższej perspektywie czasu oraz na zapobieganie nasilaniu się antagonizmów – stwierdziła 63-letnia przywódczyni. Wszystko to miało miejsce w okresie eskalacji napięć między Tajwanem i Chinami, które wzmocnione zostały dodatkowo przez pandemię koronawirusa oraz chińsko-amerykańskie „przeciąganie liny”.

– Chińczycy ostatecznie utracili Tajwan w okresie kryzysu wywołanego koronawirusem – ocenia Kerry Brown, sinolog z londyńskiego King’s College. I rzeczywiście, mówiąc o „historycznym punkcie zwrotnym” prezydent Tsai Ing-wen po ponownym triumfie w wyborach prezydenckich w styczniu tego roku, dzięki programowi, który opierał się na afirmacji tajwańskiej tożsamości, wyciągnęła gałązkę oliwną do prezydenta Xi Jinpinga, ale pod pewnymi warunkami. A wszystko pod opiekuńczym okiem Stanów Zjednoczonych.

Wzmocniona swoim zwycięstwem z 11 stycznia, a także sukcesem w walce z epidemią koronawirusa, Tsai próbuje teraz rozładować napięcia Tajpej a Pekinem, nie rezygnując ze strategii autonomii, dzięki której zyskała przecież ogromną popularność. Z zaledwie 440 chorymi i 7 zmarłymi administracja Tajwanu jawi się jako ta, która była w stanie odpowiednio przygotować się na rozwój epidemii, jaka wybuchła w Wuhan, tym samym dodatkowo wzmacniając stan powyborczej euforii. Mając silną pozycję, pani prezydent wysłała uspokajającą wiadomość dla Komunistycznej Partii Chin, która obawia się, że Tsai przekroczy Rubikon, jakim byłaby deklaracja niepodległości Tajwanu i co zadziałałoby na Chiny jak płachta na byka. W ostatnich tygodniach Pekin mnożył manewry wojskowe w pobliżu dawnej Formozy (Tajwanu), prężąc muskuły w przeddzień inauguracji prezydent Tsai, która domaga się dla “wyspy rebeliantów” między innymi statutu obserwatora w WHO.

Ale Pekin nie wykorzystał tej okazji do dialogu, uważając od momentu dojścia do władzy komunistów Mao w 1949 r. tę liczącą 23 miliony mieszkańców wyspę za integralną część swojego terytorium. – Nie pozostawimy żadnego pola manewru dla działań separatystycznych, w jakiejkolwiek byłyby formie, a które przybliżyłyby Tajwan do niepodległości – grzmiał Ma Xiaoguang, rzecznik chińskiego Biura do Spraw Tajwanu.

Reżim komunistyczny zarzuca prezydent Tsai, że nie potwierdziła „konsensusu z 1992 roku”, tego enigmatycznego sformułowania użytego w tamtym okresie przez dwie partie, a potwierdzającego istnienie „ jednych Chin”. – Jednocześnie bardzo uważała, aby nie zająć stanowiska wyraźnie popierającego uzyskanie niepodległości i bez wątpienia to takie właśnie ostrożne podejście powinna prezentować również podczas swojej drugiej kadencji – ocenił Mathieu Duchatel, dyrektor ds. Azji z francuskiego Instytucie Montaigne.

W swoim przemówieniu przywódczyni opowiedziała się za zbliżeniem gospodarczym z Chinami kontynentalnymi, ale stanowczo odrzuciła obowiązujący w Hongkongu model „dwóch systemów i jednego kraju”, którym prezydent Xi próbuje kusić Tajpej. „Nie zaakceptujemy, aby władze w Pekinie zastosowały u nas zasadę „jeden kraj, dwa systemy”, bo to obniży statut Tajwanu – ostrzegła Tsai, której reelekcja odbyła się w dużej mierze dzięki temu, że Chiny przywróciły autorytarną kontrolę w Hongkongu, co wystraszyło tajwańskich wyborców przywiązanych do demokratycznych swobód. Ta nieufność ze strony przywódczyni Tajwanu pojawia się w okresie, gdy Pekin planuje jeszcze mocniej wzmocnić kontrolę nad byłą kolonią brytyjską, w odpowiedzi na masowe protesty pro-demokratyczne z 2019 r.

Tsai może liczyć na powtórnie potwierdzone poparcie ze strony Waszyngtonu, który gorąco powitał tajwańską „żywą demokrację”. W reakcji na to Pekin natychmiast potępił „pogwałcenie” zasady „ jednych Chin”, a następnie obiecał działania „odwetowe” wobec Waszyngtonu. Na razie jeszcze bez wchodzenia w szczegóły.

Źródło: Sebastien Falletti/Le Figaro