Polska – obok Chin, Stanów Zjednoczonych czy Turcji – należy do światowej czołówki pod względem produkcji jabłek. Jesteśmy największym ich dostawcą w Unii Europejskiej, ale rynek dynamicznie się zmienia, co nie gwarantuje polskim sadownikom spokojnego snu. Przed krajowym sektorem stoi wiele wyzwań, z którymi, aby nie zostać z tyłu, rychło muszą poradzić sobie polscy eksporterzy.

Fot. Marcin Kalita

Tegoroczne zbiory jabłek w Unii Europejskiej zapowiadają się zadowalająco. Sadownicy liczyć mogą na około 5 procent więcej owoców niż wynosi średnia pięcioletnia. To oznacza  nawet o jedną dziesiątą więcej niż udało się zebrać w ubiegłym roku. Więcej jabłek równa się wszakże ich niższej cenie. Na nią z kolei największy wpływ ma jakość pozyskiwanych owoców, a ta w Polsce – choć znacznie wyższa niż przed laty – wciąż pozostawia wiele do życzenia. Niemałym problemem dla branży są również rekordowo wysokie koszty produkcji, zbyt mała liczba pracowników sezonowych, logistyka eksportu, dynamicznie rozwijająca się konkurencja i wciąż obowiązujące rosyjskie embargo.

Bój o markę

Polskie jabłka potrzebują wzmożonych działań promocyjnych – tego zdania są przedstawiciele branży, która dostarcza już na rynek znaczne ilości jabłek deserowych najwyższej jakości. Niemałym wyzwaniem jest ustabilizowanie tej sytuacji i zapewnienie długoterminowych dostaw znacznych partii jednolitego towaru. Długofalowa perspektywa współpracy oparta o ustandaryzowaną jakość owoców otwiera znaczne możliwości negocjacyjne w kontaktach z zagranicznymi odbiorcami. Ich uzupełnieniem powinien być szeroko zakrojony marketing, który sprawi, że polskie jabłka wreszcie usadowią się na dobre wśród produktów sektora premium. Dopiero wówczas mówić można o uzyskiwaniu za produkty zadowalających cen, które wciąż stanowią bolączkę polskich sadowników.

Niezwykle istotne w tym kontekście jest także podążanie za światowymi trendami konsumenckimi. Tu na znaczeniu zyskują jabłka klubowe, które już zauważyć można w sklepach na terenie naszego kraju. Polska produkcja w większym stopniu dostosować powinna się także do uwarunkowań wynikających z naszego położenia geograficznego. Za naszą zachodnią granicą funkcjonuje społeczeństwo będące największym importerem jabłek na świecie. Niemcy są jednak dość wybredni. Konsumują oni wyszukane odmiany, takie jak Golden Delicious, Jonagold czy Belle de Boskoop, ale polscy producenci zdają się tego nie dostrzegać i dostarczają na tamtejszy rynek jedyne odmiany, których Niemcy mają w nadmiarze.
Promowanie marki polskich jabłek zacząć należy od skutecznego marketingu wśród najbliższych grup odbiorców.

Silna konkurencja

Poszukiwanie nowych smaków i dostosowywanie produkcji do trendów konsumenckich musi iść w parze z analizą konkurencji, a ta nie śpi. Podaż na jabłka nieustannie rośnie, co zauważają kolejne państwa. Nie chodzi tu już tylko o silną od lat Turcję, ale także o Serbię czy Mołdawię, które notują niebywałą dynamikę rozwoju sektora. Sadownicy z tych państw będą dążyć do zwiększania swojej obecności na rynkach, które dziś zagospodarowywane są także przez polskich rolników. Mowa tu choćby o Bliskim Wschodzie, który stanowi intratny kierunek zbytu polskich owoców. Także Polska musi dążyć do maksymalnej dywersyfikacji kierunków eksportowych, bo procesy otwierania się nowych rynków na nasze jabłka są stosunkowo czasochłonne.

Koszty jak nigdy, problemy jak zawsze

Planowane zyski polskich sadowników skutecznie obniżane są przez wciąż rosnące koszty produkcji i liczne problemy pojawiające się na kolejnych etapach łańcucha handlowego. Podstawowym są dziś dla sektora wysokie koszty nawozów, których stosowanie jest nieodłącznym elementem prowadzenia sadu. Więcej zapłacić dziś trzeba także pracownikom sezonowym, którzy – mimo że otrzymują o 30 proc. wyższe wynagrodzenie niż jeszcze kilka lat temu – nie chcą pracować w sadach. Nawet robotnicy z Ukrainy, którymi w ostatnich latach stało polskie sadownictwo, obecnie coraz częściej decydują się na wyjazdy do Niemiec czy innych krajów mitycznego (dla nich) Zachodu.
Wyższe są także koszty transportu, które „na lądzie” wzrosły o około jednej trzeciej, a w przypadku wyboru drogi morskiej – nawet o połowę. Rosną też koszty surowców, produkcji opakowań (przez wymogi UE), kartonów i szeregu innych składowych finalnej ceny jabłek.

Co dalej?

Branża sadownicza musi iść z duchem czasu. Już w najbliższych latach producenci będą musieli dostosować się do wymogów Europejskiego Zielonego Ładu – czy tego chcą, czy nie. Aby wyrównać straty z tego tytułu, wdrożony powinien zostać wreszcie w kraju plan realnego podniesienia konsumpcji jabłek połączony z silnym marketingiem ukierunkowanym na umiejętność rozpoznawania przez krajowego konsumenta jabłek pochodzących z sadów nad Wisłą. Sama branża dążyć będzie do postępującej konsolidacji sektora, która przełożyć ma się na profesjonalizację, a ta na większe przychody krajowych gospodarstw.