James Douglas Bennet to człowiek, którego lewica określiłaby jako postępowego, jednego ze swoich. Jego starszy brat, Michael Bennet, jest demokratycznym senatorem reprezentującym Kolorado, w tym roku kandydował na prezydenta w wyborach podstawowych swojej partii. James Bennet miał wspaniałą karierę dziennikarską, z której większość spędził w „The New York Times”, będąc częścią tej redakcji od 1991 roku. Był między innymi akredytowany przy Białym Domu i stał na czele oddziału gazety w Jerozolimie. W 2006 roku został dyrektorem „The Atlantic”, magazynu kulturalnego założonego w 1857 roku, będącego punktem odniesienia dla lewicy amerykańskiej. W maju 2016 r. Bennet powrócił jednak do „NY Timesa” i został szefem działu opinii. Stało się to w trakcie kampanii wyborczej, podczas której NY Times otwarcie popierał Hilary Clinton.

Wszyscy obserwujemy zamieszki w USA z ostatnich trzech tygodni. Kiedy prezydent Donald Trump zwrócił się o pomoc do wojska z powodu niezdolności policji do utrzymania porządku publicznego, Bennetowi przyszło do głowy, aby poprosić republikańskiego senatora Toma Cottona o przeanalizowanie kryzysu. Senator z Arizony napisał w artykule opublikowanym 3 czerwca w „NY Timesie”, że armia powinna przejąć kontrolę nad miastami, w których policja nie opanowała kryzysu, na podstawie Insurrection Act z 1867 r. (z poprawkami z 2006 i 2007 r.). Ustawa wyraźnie określa taki scenariusz i została wykorzystana przez prezydenta Busha Seniora w 1992 r., kiedy uniewinnienie czterech funkcjonariuszy policji, którzy brutalnie zaatakowali czarnoskórego obywatela Rodney’a Kinga, wywołały zamieszki w Los Angeles. Ale fakt, że senator Stanów Zjednoczonych powołał się na zapis prawny, został uznany przez redakcję „NY Timesa” za… „faszystowski, niekonstytucyjny i ubliżający czytelnikom”.

Naczelny bronił autonomii Benneta, który twierdził, że chciał pokazać inny punkt widzenia na łamach gazety. Ale jego wsparcie niewiele dało. W niedzielę Bennet został „zdymisjonowany”. Tak działa swoboda wypowiedzi w Stanach Zjednoczonych. Wolność słowa kończy się, gdy przestajesz popierać w pełni faszystowskiego postępu podyktowanego poprawnością polityczną.

To nie był jedyny przypadek tego typu w pierwszych dniach czerwca. „Philadelphia Inquirer” to gazeta założona w 1829 roku, wspierająca republikańskich kandydatów do lat 70. XX wieku, ale odkąd została kupiona przez grupę Knight Ridder, a potem przejmowana przez kolejnych właścicieli, stała się tubą lewicy. Jej dyrektor, Stan Wischnowski, został usunięty za opublikowanie artykułu napisanego przez krytyczkę architektury, zdobywczynię nagrody Pulitzera Ingę Saffron, która zainspirowana hasłem protestów „Black Lives Matter” zatytułowała tekst „Budynki również mają znaczenie”. Saffron potępiła akty wandalizmu i bezprawia, które „pozostawiły wielką dziurę w sercu Filadelfii”. Część redakcji potępiła nagłówek, a dyrektora gazety zwolniono za wspieranie krytyczki architektury.

Jednak najbardziej wyraźnym przykładem postępującego faszyzmu jest „NY Times”, w którym wydawca gazety nie poparł swojego zespołu redakcyjnego. Co oznacza, że redakcja gazety tak naprawdę już jej nie prowadzi. I że wielki piewca lewicy odszedł, nie broni już wolności opinii ani otwartej debaty. Jak napisała na Twitterze literatka Bari Weiss, jest to ideologiczna walka: „Wewnętrzna wojna między obrońcami wolności słowa a młodymi bojownikami o sprawiedliwość społeczną”.

Źródło: Ramón Pérez-Maura/abc.es