Niektórzy uważają najwyraźniej, jakoby prawa nauki powinny same w sobie posiadać moc norm prawnych. Jeśli rozum i autorytet nauki coś podpowiada, to jakże mogłoby to być od razu niewymuszone na obywatelach? Skoro – jak rzeczywiście wynika z badań klinicznych i danych napływających z różnych państw – szczepienia są bezpieczne i korzystne, to powinny być ipso facto przymusowe i weryfikowane za pomocą cyfrowego oprogramowania, które każdy powinien przy sobie ciągle nosić. Jest to jednak droga donikąd, ponieważ zawsze można to samo rozumowanie odnieść do wszelkich problemów społecznych, na przykład pospolitych przestępstw kryminalnych – pisze w swoim najnowszym felietonie Michał Góra.

W naszym pandemicznym słowniku na stałe zagościło kilka zwrotów. Obok „spłaszczania krzywej”, „społecznego dystansowania”, czy „współczynnika reprodukowalności”, odkurzono stary, dobry zarzut o szerzenie „teorii spiskowych”. Sformułowanie to w debacie publicznej funkcjonuje w dwóch znaczeniach. Po pierwsze, chodzi o rzeczywiste rozpowszechnianie fantazji lub celowej dezinformacji dotyczącej istnienia spisku elit, mającego na celu przejęcie kontroli nad społeczeństwem. Po drugie, może chodzić o głoszenie poglądów, które z jakiegoś powodu wymykają się ramom politycznej poprawności.

Przykładem tego pierwszego zjawiska jest na przykład rozpowszechnienie informacji, jakoby w szczepionkach znajdowały się mikroczipy, a sam wirus lub szczepienia miały jakiś związek z technologią 5G. Zdarzają się też sytuacje pośrednie, na przykład twierdzenia o cudownym działaniu leków, takich jak hydroksychlorochina, iwermektyna, czy amantadyna, chociaż brakuje solidnych dowodów naukowych potwierdzających ich skuteczność. Co ciekawe, wiadomości tego typu rozpowszechniają często środowiska antyszczepionkowe, obawiające się wpływów i matactw Big Pharmy. Zastanawiam się tylko, dlaczego w przypadku szczepień obawy takie istnieją, natomiast w przypadku leków – które musi wyprodukować ta sama Big Pharma – jest wręcz nacisk na przyspieszenie badań i produkcji?

Drugie ze wspominanych znaczeń „teorii spiskowej” może mieć różne oblicza. Poważani oficjele powoływali się zresztą na tego typu „teorie spiskowe lajt”. W grę może na przykład wchodzić popieranie ogólnej strategii walki z kryzysem, jaką wprowadzono u naszych skandynawskich sąsiadów. Jak powszechnie wiadomo, Szwecja to kraj prawicowych libertarian i konserwatywnych foliarzy. Co ciekawe, w kwietniu 2020 r. – a więc po pierwszej fali pandemii – Super Express cytował słowa doktora Mike’a Ryan’a, eksperta Światowej Organizacji Zdrowia, który stwierdził, że „Szwecja jest wzorem nowej normalności i pokazuje nam, jak powinno wyglądać nowe społeczeństwo”. Jeśli spróbujemy coś takiego zacytować na jednej z „naukowych” grup na Facebooku, rwaniu włosów z głów i krzyków nie będzie końca. Szwecja nie zrobiła niczego nadzwyczajnego, tylko trzymała się swojego planu pandemicznego, a także pewnych założeń, które wcześniej wydawały się oczywiste. Chodzi o to, że przymusowe i masowe kwarantanny zdrowych ludzi są absolutystycznym i kontrowersyjnym rozwiązaniem prawnym, zazwyczaj pociągającym za sobą daleko idące skutki uboczne – humanitarne i ekonomiczne. Ratują wprawdzie życie mniejszości, ale są dowody na to, że skracają je i demolują jego jakość innym, w tym najmłodszym, co stawia nas przed poważnymi dylematami etycznymi. Dylematami, które zbywane są oskarżeniami o dezinformację i szerzenie teorii spiskowych. Takie kwarantanny nie mogą być także długotrwale utrzymywane, a każda próba wdrożenia kolejnej pogarsza stosunek korzyści do szkód.

Co więcej, Szwecja nie była sama w preferowaniu miękkich rekomendacji nad twardymi rozwiązaniami prawnymi. Podobną strategię obrała w zeszłym roku choćby Japonia, która nie wspominała wprawdzie nigdy o osiąganiu „odporności stadnej”, ale zaleciła po prostu obywatelom unikanie zatłoczonych i zamkniętych przestrzeni oraz bliskiego kontaktu, stosując także inne bodźce stymulujące prawidłowe i higieniczne zachowania społeczne. Takie kraje jak Polska na swoim z góry nakazowym podejściu do problemu prawdopodobnie tylko straciły. Po pierwsze, okazało się to nieskuteczne na długą metę, co pokazują statystyki zakażeń i zgonów. I nie chodzi o to, czy społeczeństwo się słucha, czy nie słucha – zadaniem ekspertów i rządu było zrobienie tak, żeby się słuchało i żeby efekt był zadowalający. Przypomina mi to mechanizm działania chińskiej zabawki, którą zakłada się na palce wskazujące u obu rąk. Jej działanie jest sprzeczne z intuicją. Jeśli będziemy z całej siły ciągnąć w przeciwnych kierunkach, nie oswobodzimy się. Jeśli natomiast delikatnie przysuniemy palce do siebie, okazuje się, że zabawkę da się zdjąć bez zbędnego wysiłku. Po drugie, w ten sposób zachwiano w obywatelach poczucie ochrony przez system prawny, z którego zrobiono gumową i zbrukaną konstrukcję. Można ją nagiąć, jeśli taka będzie wola większości i odgórna potrzeba. Takie przykłady, raczej mało chwalebne, są znane z historii.

Innym przykładem takiej „teorii spiskowej lajt” jest stwierdzenie typu „cały ten cyrk jest nielegalny”. Rzecz w tym, że to w dużej mierze prawda. Wielka Brytania śledzi teraz z uwagą przesłuchanie byłego głównego doradcy premiera Borisa Johnsona, architekta polityki Brexitu. W trakcie wyjaśnień przed parlamentarnymi komisjami Dominic Cummings – bo o niego chodzi –  wskazał między innymi, że na początkowym etapie kryzysu sanitarnego „potrzeba było kogoś w rodzaju dyktatora, który by tym zarządzał (…) z władzą bliską królewskiej, jeśli chodzi o działania prawne państwa, przesuwając granice legalności*. Co ciekawe, tego typu sposób myślenia jest wszechobecny w mediach. Jeśli posłuchamy ekspertów, ale i zwykłych obywateli, to wręcz prześcigają się oni w autorytarnych i przymusowych pomysłach na rozwiązanie problemu. Ile to razy czytałem o godzinach policyjnych, cenzurze, przymusie szczepień? Zgodnie ze strategiami pandemicznymi wielu państw problem powinien był być rozwiązany właśnie poprzez unikanie przymusu. I to zarówno, jeśli chodzi o wymuszanie prawidłowego zachowania się populacji, jak też poddawanie się leczeniu i szczepienia. Nie znam przedpandemicznych publikacji sugerujących cyfrowe śledzenie kontaktów Europejczyków za pomocą aplikacji lub urządzeń elektronicznych. Prawdopodobnie dlatego, że taka powszechna inwigilacja jeszcze kilka lat temu nikomu nie mieściła się w głowie. Okazuje się, że nasze elity akademickie i opiniotwórcze to tacy „liberałowie tylko na dobre czasy”. W razie kryzysu lepiej trzymać się od nich z daleka. A może w ogóle lepiej?

Jeśli chodzi o nasz polski grunt, to nielegalności rozwiązań przeciwepidemicznych nie trzeba długo udowadniać. Nie tylko Rzecznik Praw Obywatelskich wielokrotnie podkreślał ten problem, skoro Jakub Czermiński przytaczał za politykami Konfederacji argumentację jednego z krakowskich sądów: „Jest już wiedzą powszechną, że obostrzenia wprowadzone tymi rozporządzeniami nie miały podstawy prawnej, stąd też ich nieprzestrzeganie nie może być z założenia uznane za czyn bezprawny“. Rzecz w tym, że niektórzy uważają najwyraźniej, jakoby prawa nauki powinny same w sobie posiadać moc norm prawnych. Jeśli rozum i autorytet nauki coś podpowiada, to jakże mogłoby to być od razu niewymuszone na obywatelach? Skoro – jak rzeczywiście wynika z badań klinicznych i danych napływających z różnych państw – szczepienia są bezpieczne i korzystne, to powinny być ipso facto przymusowe i weryfikowane za pomocą cyfrowego oprogramowania, które każdy powinien przy sobie ciągle nosić. Jest to jednak droga donikąd, ponieważ zawsze można to samo rozumowanie odnieść do wszelkich problemów społecznych, na przykład pospolitych przestępstw kryminalnych. Choćby nie było więc podstawy prawnej, należałoby zamykać w więzieniach ludzi, którzy w jakiś sposób potencjalnie szkodzą społeczeństwu. Nie potrzeba byłoby konwencji społecznych, parlamentu i sędziów – wystarczyłoby zapytać o zdanie komitet ekspertów w danej dziedzinie. Nota bene, nie jest to żadna wydumana myśl, bo znany jest kazus pedofila, którego musiano wypuścić z więzienia po odbyciu kary pozbawienia wolności. Specjalnie dla niego i kilku mu podobnych przestraszone społeczeństwo wymyśliło na kolanie mało humanitarną ustawę o izolacji postpenitencjarnej, zwaną potocznie „ustawą o bestiach”.

Ten sam problem legalności zakazów i nakazów przeciwepidemicznych dotyczył zresztą także maseczek. Maski to kolejny przykład tego, jak państwo najpierw samo rozsiewało „teorie spiskowe”, że one nie działają, aby potem się z tego okrakiem wycofać. Dotyczy to nie tylko byłego ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego, chociaż przypominanie jego słów niektórych bardzo irytuje, ponieważ w Internecie można znaleźć zeszłoroczne wypowiedzi bardzo wielu ministrów zdrowia lub szefów agencji zdrowia publicznego, którzy mówili rzecz identyczną – maski na niewiele się zdają. Trudno powiedzieć, na ile chciano uniknąć masowego wykupowania maseczek ze sklepów, a na ile rzeczywiście oceniano ówczesny stan badań naukowych za niewystarczający, aby sugerować ich noszenie. To pierwsze jest raczej mało prawdopodobne, bo w końcu zezwolono nam na noszenie masek, które każdy mógł sobie sam uszyć z koszulki. Co ciekawe, niedawno w mediach eksperci sprzeczali się, czy powinien być zniesiony nakaz noszenia maseczek na świeżym powietrzu. To także jedna ze zdroworozsądkowych propozycji, która jeszcze niedawno uchodziła za „spiskową”, aby później „wejść na salony”.

W ostatnim czasie Facebook zmienił zresztą swoją politykę względem cenzurowania jednej z teorii, którą uznawałem za spiskową. Chodzi o to, że rzekomo wirus uciekł Chińczykom z laboratorium. Gdy bowiem sugerował to Donald Trump, była to teoria spiskowa. Kiedy to administracja Joe Bidena zaczęła badać wspomniany wątek, okazało się, że to jedna z wielu dopuszczalnych hipotez. I w ten sposób doszliśmy do konkluzji – plakietka „teorii spiskowej” nie ma w większości przypadków żadnego znaczenia.

*Contains Parliamentary information licensed under the Open Parliament Licence v3.0.