Konsumencki wymiar świąt jest piękny, bo pokazuje nasze zwycięstwo nad biedą. Warto popuszczać pasa w święta. Byleby nie na kredyt.

Nie jestem pierwszym na świecie felietonistą, który pisze o świątecznej konsumpcji jako o czymś dobrym. Przede mną zwracali na to uwagę obiektywiści: twórczyni tego nurtu Ayn Rand oraz jej uczeń Peter Schwartz. Obiektywizm to filozofia afirmacji kapitalizmu i choć ja sam nie jestem obiektywistą, to w pełni zgadzam się z nimi właśnie w tym punkcie. Kapitalizm jest dobry. Nie tylko na co dzień, kiedy to pozwala wyciągać z biedy miliony ludzi, w niektórych częściach świata przenosząc ich z lepianek wprost do szklanych wieżowców. Nie tylko dlatego, że to największy, choć przez nikogo nie sterowany, globalny projekt pokojowy, pozwalający bardzo różnym od siebie ludziom współpracować. Nie tylko dlatego, że to jak dotąd najlepiej działająca gra o sumie dodatniej, w której nie tylko rośnie liczba milionerów, na co lubi zwracać uwagę lewica, ale też dlatego, że spada liczba biednych, bo rośnie tort wspólnie wytworzonych przez nas wszystkich dóbr i usług. To są zalety kapitalizmu dnia powszedniego. Ale kapitalizm jest też dobry od święta.

Globalny handel pozwala nam spełniać nie tylko nasze życzenia, ale również życzenia naszych bliskich, ludzi, na których nam zależy. Możemy obdarowywać się lepszymi, bardziej trafionymi, bardziej oryginalnymi podarunkami dlatego, że stać nas na bardziej wyrafinowaną kulturę darów. Mogliśmy to zrobić też kilka dni temu, w Wigilię. Bez kapitalizmu nasze prezenty byłyby skromniejsze. I choć to, jak bardzo nam na kimś zależy, wcale nie jest mierzone tym, co położymy pod choinką, to jednak wygodniej jest okazywać swoje uczucia, kiedy ma się za co kupić podarunki.

Przez większość swojej historii ludzkość była bowiem po prostu biedna. Dopiero nie tak znowu dawno temu, bo u zarania nowożytności, coś gdzieniegdzie zaczęło się zmieniać. Przewrót w mówieniu o handlu, roli kupca, już nie jako kogoś podejrzanego, ale ważnej osoby dla swojej społeczności wykonującej istotną pracę, to początek zmiany wyobraźni, która umożliwiła też zmianę w produkcji na szeroką skalę. Z wczesnych przebiśniegów kapitalizmu uczyniła normę. Zmiana w myśleniu o sobie i świecie dała też inny poziom materialnej stopy życia. Święta były już nie tylko odpoczynkiem od ciężkiej pracy, ale też okazją do wzmożonej konsumpcji. Oczywiście, wcześniej ludzie też więcej jedli, pili i popuszczali pasa wtedy, kiedy mogli, a święta, tak przecież symbolicznie ważne dla chrześcijan, to idealna okazja. Ale dzięki kapitalizmowi mogli popuszczać więcej dziurek w nowym pasie, a nie mniej w starym. I my też to możemy. Możemy lepiej i więcej konsumować.

W konsumpcji nie ma nic złego, o ile nie odbywa się ona na kredyt. Nie ma sensu zadłużać się tylko po to, aby wydać środki na konsumpcję. Powinna być ona uzależniona od zarobków, nie od zdolności kredytowej, szansy na to, ile zarobimy w przyszłości. Przyszłość jest nieznana i lubi zaskakiwać. Łatwe pieniądze na święta mogą okazać się trudne do spłacenia. Nie ma też nic złego w świadomej konsumpcji, wybieraniu tych dóbr, które są tego warte. Nie warto być workiem służącym do wrzucania przedmiotów z popularnymi metkami. Skoro mamy wybór, to nauczmy się z niego korzystać. Tyle że dawniej, zanim kapitalizm stał się dominującym systemem ekonomicznym, po prostu nie bardzo ten wybór był.

Co z tymi, którzy martwią się o duchowy wymiar świąt i w świątecznej konsumpcji widzą zagrożenie? Nikt i nic nie stoi na przeszkodzie, aby święta obchodzili po swojemu. Jeśli ktoś woli dać w prezencie ręcznie zrobioną wycinankę zamiast drogiego art booka, przecież może to zrobić. Dzięki kapitalizmowi ten, kto woli na odwrót, ma jednak taką możliwość. Wcześniej obdarowywanie się drogimi prezentami było zarezerwowane tylko dla bardzo bogatych. Dziś jest popularne, bo możliwe nie tylko wśród szlachty, książąt i królów.

Świętujmy za to, co zarobiliśmy. W ten sposób świętujemy nie tylko Boże Narodzenie, ale też naszą produktywność, sprawczość i siłę przebicia. Dzięki kapitalistycznej współpracy możemy zarabiać więcej. Oczywiście, święta bez kapitalizmu też by się odbyły. Ale dzięki kapitalizmowi możemy je obchodzić na bogato. Bo mamy za co.

Marcin Chmielowski