Nie ma nic bardziej dewastującego rzeczywistość i normalne myślenie niż posunięta do absurdu poprawność polityczna, przejawiająca się w nacechowanej hipokryzją swoistej „świętoszkowatości”.

 

Obie czołowe niemieckie sieci hipermarketów (Lidl i Aldi) do rynkowych dziewic nie należą. Dość przypomnieć, że – co do zasady – sieciowe firmy zagraniczne branży FMCG przez całe lata wiły się jak piskorz, by unikać płacenia podatków w Polsce. Teraz, odmawiając sprzedaży młodym ludziom napojów nazywanych z marketingowych pobudek piwem, symulują zatroskanie zdrowiem młodzieży. Według wielu opinii ewidentnie łamią przy tym prawo, grając nam na nosie jako konsumentom oraz szkodząc producentom i firmom dystrybucyjnym tych napojów.

Ale po kolei. Właścicielom rzeczonych sieci warto najpierw przypomnieć, że w Polsce są gośćmi. U nas obowiązuje prawo stanowione nie przez legislację Bundesrepublik Deutschland czy wewnętrzne normy korporacyjnych mędrców, ale przez instytucje państwa polskiego. A jest ono tu jednoznacznie: „Zgodnie z art. 46 ust. 1 ustawy z dnia 26 października 1982 r. o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi (Dz. U. z 2016 r. poz. 487, ze zm.) “napojem alkoholowym” w rozumieniu niniejszej ustawy jest produkt przeznaczony do spożycia zawierający alkohol etylowy pochodzenia rolniczego w stężeniu przekraczającym 0,5% objętościowych alkoholu”.

Tak zwane „piwa bezalkoholowe”, czyli o zawartości nieprzekraczającej 0,5 proc. alkoholu, nie są więc napojami alkoholowymi i każdy ma prawo swobodnie je kupić i już.

Kasjer nie ma prawa przy ich zakupie żądać okazania dowodu osobistego. Jeśli tak robi, bo mu kierownictwo kazało, błądzi, narażając sklep na karę. Artykuł 135. Kodeksu wykroczeń wyraźnie reguluje kwestię odpowiedzialności za (bezzasadną) odmowę sprzedaży towaru w sklepie: „Kto, zajmując się sprzedażą towarów w przedsiębiorstwie handlu detalicznego lub w przedsiębiorstwie gastronomicznym, ukrywa przed nabywcą towar przeznaczony do sprzedaży lub umyślnie bez uzasadnionej przyczyny odmawia sprzedaży takiego towaru, podlega karze grzywny”.

Gdyby więc komuś w takiej sytuacji zechciało się wezwać policję i utrwalić zapisem filmowym przebieg zdarzeń, odmowa sprzedaży nieletnim piwa bezalkoholowego może być… zagrożona karą grzywny do 5000 złotych bądź mandatem karnym do 500 złotych. Niby nic. Ale pomnożone przez liczbę przypadków… O, to już może zaboleć.

Odmawiające sprzedaży tak zwanych piw sklepy lubią zasłaniać się stanowiskiem wydanym kiedyś przez organizację, o której aktywności i sukcesach dowiadujemy się najczęściej właśnie przy tej okazji tj. przez Państwową Agencję Rozwiązywania Problemów Alkoholowych (PARPA). Rzecze ona coś takiego: „ (…) Informujemy jednak przy tym, iż sprzedaż osobom nieletnim tzw. piwa bezalkoholowego, o zawartości alkoholu w stężeniu nieprzekraczającym 0,5%, będzie budzić wątpliwości wychowawcze oraz może naruszać cele cytowanej ustawy związane z profilaktyką i rozwiązywaniem problemów alkoholowych szczególnie wśród dzieci i młodzieży, gdyż spożywanie przez dzieci oraz młodzież piwa bezalkoholowego wyrabia nawyki konsumpcji piwa w życiu dorosłym”.

„Wątpliwości wychowawcze”? A takich wątpliwości – proszę szacownej instytucji – nie budzi u was picie nie tylko prawdziwego piwa, ale wlewanie w siebie hektolitrów mocnego alkoholu przez rodziców, krewnych i znajomych w przytomności małoletnich i przy każdej okazji? Takich wątpliwości nie budzi powszechna dostępność w marketach taniej wódki i innych napojów wyskokowych, których nieletni, co prawda bezpośrednio nie kupią, ale nie ma żadnego problemu, by za kilka złotych „za usługę” zrobił to dla nich podsklepowy menel czy „wózkowy”, co jest nagminną praktyką? Czy wreszcie u stosownych instytucji zajmujących się działaniami prozdrowotnymi nie budzi wątpliwości powszechna dostępność toksycznych ze wszech miar tzw. energetyków, bez którego impreza nastolatków jest z góry nieudana?

Rozhisteryzowanym mamuśkom „Sebków” i „Dżesik” mówiącym, że „mojemu nie dam kupować, bo to wyrabia nawyk picia alkoholu na dorosłe życie” i że „piwo to piwo, nawet to 0%, bo tak napisano” warto uzmysłowić kilka kwestii. Po pierwsze: bezalkoholowe „piwa” smakowo nie mają wiele wspólnego z prawdziwymi piwami i młodzież nie jest głupia. Charakteryzują się one – delikatnie mówiąc – bardzo specyficznym smakiem. Stajemy tu więc przed taką sytuacją: albo ten smak się komuś spodoba i zostanie przy nim na dalsze lata, albo odrzuci go ze wstrętem i jest przy tym duża szansa, że żadnego piwa już nigdy lubić nie będzie. Tertium non datur, czyli – trzeciej możliwości tu nie ma.

Po drugie: nikt, łącznie z PARPA, nie posiada przekonywujących badań na to, że picie podszywających się pod piwa napojów wyrabia nawyk picia alkoholu, a opinia tej instytucji jest tylko opinią, a nie stanowionym prawem. Podobnie jak nie istnieją dowody na to, że (naganne oczywiście) palenie papierosów prowadzi do sięgnięcia po skręta z marihuaną.

Po trzecie zaś – i nie wiem, czy nie najważniejsze: nadmierne zakazy tworzą tylko aurę „owocu zakazanego”. Aby to zrozumieć, trzeba choć trochę znać psychologię młodzieży – u niej zawsze właśnie owoc zakazany smakuje najlepiej. Restrykcyjne i bezprawne ograniczenia paradoksalnie prowadzą więc, de facto, do czegoś wręcz odwrotnego – właśnie do promowania kultury picia alkoholu.

Odpuśćcie więc i cytując klasyka – „nie idźcie tą drogą”. Faktycznie szkodzicie bowiem nie tylko sprawie walki z alkoholizmem, ale brutalnie ingerujecie w swobodę działalności gospodarczej oraz w prawa konsumentów.