O to właśnie chodzi, by ludzie zrozumieli, że nie mają już wpływu na nic, że nie ma innego wyjścia, jak tylko podporządkować się swoim treserom – pisze w najnowszym felietonie Stanisław Michalkiewicz, komentując wydarzenia w Brazylii i USA.

Po wyborach prezydenckich w Brazylii, które wygrał pan Lula da Silva – co prawda większością 1,8 proc., niemniej jednak – w stolicy państwa doszło do rozruchów z udziałem zwolenników pokonanego prezydenta Bolsonaro. Protestujący sforsowali kordony sił bezpieczeństwa, zajęli gmachy rządowe i… nie wiedzieli, co robić dalej. Powtórzyła się sytuacja z niedawnego szturmu na gmach Kapitolu w Waszyngtonie po wyborach prezydenckich, przeprowadzonego przez zwolenników przegranego prezydenta Donalda Trumpa. Nawiasem mówiąc, zwolennicy Donalda Trumpa, podobnie jak zwolennicy prezydentra Bolsonaro, utrzymywali, że wybory zostały sfałszowane i że tak naprawdę ich zwycięzcą był ten przegrany.

Ja chętnie wierzę, że to może być prawda, bo już klasyk demokracji Józef Stalin, który o polityce coś tam przecież musiał wiedzieć, twierdził, że ważniejsze od tego, kto głosuje, jest to, kto liczy głosy. Jeśli tedy przy liczeniu głosów zatrudni się właściwe osoby, to rezultat wyborów będzie taki, jaki został zaplanowany. To jest proste jak budowa cepa, ale wyjaśnienia wymagają niektóre szczegóły. Na przykład – które osoby są właściwe, to znaczy – które najlepiej nadają się do liczenia głosów?  Jest oczywiste, że najlepiej nadają się do tego osoby godne zaufania. No dobrze – ale skąd wiadomo, kto jest godny zaufania, a kto nie?

Pewne światło na tę sprawę rzuca rozmowa ostrzegawcza, jaką bodajże 30 sierpnia 1982 roku przeprowadził ze mną funkcjonariusz SB. Ostrzegł mnie, że jeśli wezmę udział w zaplanowanej na następny dzień demonstracji, to skończy się to już nie „wczasami” w Białołęce tylko więzieniem. Te „wczasy” to była aluzja do internowania, które nie wynikało z żadnego wyroku sądowego. Przyjąłem to ostrzeżenie do wiadomości, wtrącając tylko, że tak mówi o tych „wczasach”, jakby mi zazdrościł, podczas gdy wystarczyło, by krzyknął na ulicy: „precz z komuną!”, a pewnie też by się tam znalazł. Na takie dictum mój rozmówca  powiedział, że oni muszą być czujni, więc zapytałem, jak w takim razie mogło dojść do tylu przekrętów z udziałem partyjniaków. On na to, że jak coś na ten temat wiedziałem, to powinienem poinformować odpowiednie władze – na co ja, że chyba myli mnie z kimś innym, bo ja nie byłem konfidentem. Strasznie go to określenie ubodło, więc wyjaśniłem, że to nic takiego, że konfident, to po łacinie zaufany. Skoro jednak tak, to znaczy, że do liczenia głosów najbardziej nadają się konfidenci. Są oni bowiem przewidywalni, dzięki czemu przewidywalna staje się również demokracja, a jeśli demokracja jest przewidywalna, to i rezultaty wyborów nie mogą być zaskakujące.

Jak bowiem wynika z innego spostrzeżenia klasyka demokracji Józef Stalina, najważniejszą sprawą jest przygotowanie wyborcom odpowiedniej alternatywy. A kiedy alternatywa jest prawidłowa? Wtedy, kiedy bez względu na to, kto wybory wygra, będą one wygrane.

Rzut oka na ostatnie 32 lata naszej młodej demokracji pokazuje, że za każdym razem alternatywa dla wyborców została przygotowana prawidłowo, chociaż na wszelki wypadek, żeby nie zaczęli niczego podejrzewać, autorzy wyborczej alternatywy wprowadzali ugrupowania jednorazowego użytku, które następnie „zlewały się” z zasadniczymi członami alternatywy i wszystko wracało do porządku ustanowionego przy okrągłym stole, o którym Kukuniek z zadziwiającą szczerością powiedział, że „oni udawali władzę, a my – opozycję”.  Tylko Konfederacja sprawia wrażenie wypadku przy pracy, a to dlatego, że – w odróżnieniu od np. partii pana Hołowni – od początku została przez wszystkich uznana za wroga.

Po tych wyjaśnieniach wróćmy do wypadków wokół amerykańskiego Kongresu w Waszyngtonie i do rozruchów w Brasilii. I w jednym, i w drugim przypadku demonstranci wprawdzie osiągnęli cel w postaci zajęcia publicznych gmachów, ale nie wiedzieli, co robić dalej. Wynika z tego, że ani jedni, ani drudzy nie mieli żadnego planu politycznego, który te demonstracje mogłyby wesprzeć. Bo demonstracje mają sens jedynie wtedy, gdy wspierają jakiś plan polityczny. Tymczasem wygląda na to, że ani Donald Trump, ani prezydent Bolsonaro żadnego planu nie mieli. Jeden wprawdzie wygłosił do demonstrantów kilka ciepłych słów, ale nic poza tym, podczas gdy drugi wyniósł się na Florydę i chyba nie wpływał na przebieg wypadków.

W tej sytuacji warto postawić pytanie, kto w takim razie zorganizował tłumy, które spontanicznie przybyły na miejsce akcji – bo doświadczenie życiowe poucza, że takie rzeczy same się nie organizują. Owszem, sprawiają wrażenie spontanicznych, ale każdy, kto chociaż raz w czymś takim uczestniczył, to wie, ile trzeba się napracować, żeby wszystko wyglądało na spontaniczne. Zatem wygląda na to, że ktoś wprawdzie mocno się napracował, ale jednocześnie zadbał o to, by wypadki nie miały dalszego ciągu. Co więcej – ten ktoś sprawia wrażenie, jakby miał wpływ na zachowanie sił porządkowych, które zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku zachowały się niemrawo, nie próbując specjalnie konfrontować się z demonstrantami, tylko pozwalając im na zajęcie gmachów publicznych. Najwyraźniej szefowie sił porządkowych musieli wiedzieć, że i w jednym, i w drugim przypadku cała para pójdzie w gwizdek. No dobrze – ale skąd mogli wiedzieć takie rzeczy?

Myślę, że od tych, którzy tą całą demokracją polityczną kręcą. To chyba oczywiste, ale w takim razie ciśnie się na usta następne pytanie, po co właściwie ci, którzy całą demokracją polityczną kręcą, zorganizowali takie przedsięwzięcia? Przypuszczam, że gwoli uświadomienia ludowym masom, gwoli przekonania ich, że tak naprawdę nic od nich nie zależy, jeśli nie pokieruje nimi ktoś starszy i mądrzejszy. Bo cóż z tego, że się zjadą, zgromadzą w jednym miejscu, cóż z tego, że sforsują kordony policyjne, które się przed nimi rozstąpią, cóż z tego, że zajmą rządowe gmachy, skoro z tego wszystkiego nic nie wynika? To właśnie pokazała całemu światu amerykańska telewizja podczas szturmu na Kapitol i to samo przed kilkoma dniami pokazała całemu światu telewizja brazylijska. Skoro tak, to po co brać udział w takich hucpach? To się z celem mija, a skoro tak, to nie ma najmniejszego sensu.

Dlatego też myślę, że następnego szturmu na Kapitol nie będzie, nawet gdyby zaangażowani do liczenia głosów konfidenci zostali przy fałszerstwach złapani za rękę na gorącym uczynku, podobnie jak mało kto następnym razem pofatyguje się do Brasilii. I o to właśnie chodzi, by ludzie zrozumieli, że nie mają już wpływu na nic, że nie ma innego wyjścia, jak tylko podporządkować się swoim treserom, bo oni mają plan, podczas gdy tresowane masy żadnego planu nie mają, bo pozwoliły wybić sobie z głowy, że władza wyrasta z lufy karabinu.

Stanisław Michalkiewicz

Poprzedni artykułPremier oszukał ws. WIBOR-u?
Następny artykułKonfederacja: rośnie nadprodukcja prawa