Z rozkazu prezydenta Trumpa liczba żołnierzy stacjonujących w Niemczech zostanie zmniejszona z 34 500 do 25 000. Zdaniem Rogana, są to dobre wieści. Berlin pozostaje sojusznikiem USA, jednak nie jest skłonny do wywiązywania się ze swoich zobowiązań względem NATO. Sojusz, który stanowi kluczowy mechanizm obronny Zachodu (w tym USA), wymaga, by każdy z krajów członkowskich wydawał rocznie co najmniej 2% PKB na obronę. Jednak w 2019 Niemcy wydały zaledwie 1,36% PKB, przy czym na zakup wyposażenia przeznaczono mniej niż 20% budżetu na obronę.

Choć Niemcy zwiększają wydatki na obronę, robią to zbyt powoli. Berlin wycofał się z wcześniejszego zobowiązania by osiągnąć próg 2% w 2024 i twierdzi, że osiągnie go najwcześniej w 2031 r.

Jest to absurdalne z czterech powodów. Po pierwsze, podważa to podstawową zasadę NATO, że sojusznicy będą wspólnie ponosić koszty obrony swoich wspólnych interesów. Po drugie, Niemcy stoją de facto na czele Unii Europejskiej i w związku z tym powinny świecić przykładem w kwestii bezpieczeństwa. Po trzecie, niemiecka gospodarka jest największą w Europie i bez problemu stać ją na wydatek rzędu 2% PKB. Po czwarte, armia niemiecka rozpaczliwie potrzebuje dofinansowania.

Ale stanowisko Niemiec jest jeszcze gorsze. Kanclerz Angela Merkel nie tylko odmawia inwestowania w siły zbrojne, ale też bardzo rzadko pozwala armii na jakiekolwiek działania stanowiące pokaz siły wobec głównego przeciwnika sojuszu – Rosji. Co prawda niemiecki okręt wojenny bierze obecnie udział w ćwiczeniach NATO na Bałtyku, jest to jednak rzadki wyjątek potwierdzający regułę. Od Morza Barentsa po Morze Czarne i Morze Śródziemne, Ameryka i Wielka Brytania często stanowią jedyną obronę ze strony NATO. Ich samotne wysiłki, by utrzymać bezpieczeństwo sojuszu, są niewspółmierne do rosnącego zagrożenia ze strony Rosji wobec południowej ściany NATO.

Niektórzy twierdzą, że Niemcy nie zasługują na taką krytykę. Zwracają uwagę na znaczący wkład ze strony Berlina w utrzymanie obecnego porządku międzynarodowego, przede wszystkim poprzez wysoką aktywność dyplomatyczną. Działania te są oczywiście bardzo cenne, trzeba jednak zwrócić uwagę na dwie kluczowe sprawy.

Po pierwsze, istotnym powodem, dla którego Niemcy tak niechętnie przeznaczają pieniędzy na własną obronę, jest to, że ich przywódcy obawiają się prowokowania Rosji. Wynika to z ich dobrowolnej zależności energetycznej od Moskwy – stanu rzeczy, który odzwierciedla niebywałą krótkowzroczność kolejnych Niemieckich rządów i który ośmiela Putina do uprawiania energetycznego szantażu na peryferiach Europy. Dodatkowo argument „wspieramy NATO poprzez dyplomację” miałby więcej sensu, gdyby niemieckie konwoje humanitarne mogły zatrzymać rosyjskie czołgi i siły powietrzne. Ale nie mogą. NATO musi być zdolne do zatrzymania zbrojnej inwazji i mieć dostęp do punktów strategicznych.

Co sprowadza nas do tematu Polski. Podczas gdy Niemcy skąpią na obronę, Polska postępuje dokładnie odwrotnie. Mimo że jest mniej zamożna niż Niemcy i wielu innych członków NATO, wywiązuje się zarówno z obowiązku przeznaczania 2% PKB na obronę, jak i 20% na wyposażenie.

Warszawa wielokrotnie udowadniała, że jest gotowa wysłać swoje jednostki na wspólne operacje. Głęboko pro-amerykańska i stanowcza w obliczu rosyjskiego zagrożenia, Polska jest sojusznikiem, o którego trzeba dbać. Co więcej, Warszawie naprawdę zależy na stałej obecności wojsk amerykańskich w Polsce, oferuje nawet pokrycie znaczącej części kosztów, które by to za sobą pociągnęło.

Trump mógłby zaproponować przeniesienie tam wojsk, które zostały wycofane z Niemiec. Tym samym amerykańskie siły zbrojne byłyby w lepszej pozycji do obrony krajów bałtyckich i Polski w przypadku rosyjskiej inwazji. Pokazałoby to również, że Ameryka docenia przyjaciół, którzy są gotowi stanąć u jej boku, a nie chować się za jej plecami.

Przeniesienie amerykańskich jednostek z Niemiec do Polski oznaczałoby wysłanie ważnej wiadomości Moskwie, jak również amerykańskim sojusznikom w NATO.

Źródło: Tom Rogan/Washington Examiner