Nieustający wzrost cen na rynku nawozów spędza rolnikom sen z powiek. Coraz to nowe instytucje i kolejni urzędnicy przerzucają się odpowiedzialnością za horrendalne stawki, jakie za jeden z niezbędnych produktów w rolnictwie płacić dziś muszą gospodarze. Czy tak wysokich cen można było uniknąć? I tak, i nie. Czy jest to wina rządu? Tylko częściowo.

PublicDomainPictures/Pixabay

Faktem jest, że Polska nie jest w kwestii kryzysu na rynku chemii rolniczej odosobniona. W znacznej mierze jesteśmy uzależnieni od importu nawozów. O ile nasz kraj jest w zasadzie samowystarczalny pod względem nawozów fosforowych czy azotowych, o tyle z całą pewnością polska wieś nie poradziłaby sobie bez importu nawozów potasowych, a są one nieodzowne w wielu zabiegach polowych. Dlatego właśnie część cen nie zależy od decyzji polskich władz, które dzierżą w ręku największe w kraju zakłady produkujące nawozy.

Dlaczego nawozy są drogie?

Nawozy, podobnie jak inne środki chemiczne, uwikłane są w cały szereg uwarunkowań, które mają kluczowy wpływ na ceny uszczuplające dziś zasobność kont bankowych rolników. Minione miesiące to wzrost kosztów niemal wszystkich czynników będących składową finalnej ceny nawozów. Jednym z podstawowych elementów układanki są wciąż rosnące ceny uprawnień do emisji CO2. W ciągu ostatniego roku cena tony dwutlenku węgla wprowadzonego do atmosfery wzrosła o ponad sto procent i nie wydaje się, aby krzywa wznosząca miała w najbliższym czasie wyhamować. Warto zauważyć, że te zmiany cen mają charakter czysto spekulacyjny, ponieważ prawami do emisji CO2 handluje się na giełdzie.

Pewien problem stanowi także marny w ostatnim czasie kurs złotego względem dolara amerykańskiego, czego naturalną konsekwencją jest znaczne ograniczenie importu gotowych nawozów mineralnych. To jednak nie koniec. Słaba złotówka winduje też ceny surowców niezbędnych do produkcji chemii rolniczej – mowa tu o fosforytach, chlorku potasu i o robiącym ostatnio oszałamiającą karierę medialną gazie ziemnym.

Bez ostatniego z tych komponentów nie ma co myśleć o produkcji nawozów wieloskładnikowych oraz – co szczególnie niebezpieczne z polskiej perspektywy – azotowych. Sam gaz nie stanowi jednak budulca nawozów. Jest natomiast istotny jako podstawowy środek do produkcji amoniaku, bez którego nawóz w zasadzie nie powstanie. To właśnie gaz ziemny stanowi jedną z najważniejszych barier cenowych na rynku nawozów ponieważ – licząc sumarycznie – stanowi nawet około 90 procent kosztów ponoszonych przy produkcji amoniaku. Nic nie wskazuje jednak na to, by ceny gazu ziemnego miały w najbliższym czasie spaść. Wręcz przeciwnie – rosną one nieprzerwanie od połowy 2020 roku, od kiedy to indeks cen gazu ziemnego – według danych Banku Światowego – poszedł w górę już czterokrotnie.

Dopóki ceny gazu nie zaczną wyhamowywać, nie ma co myśleć o znacznym obniżeniu cen nawozów. W tej trudnej sytuacji z pewnością nie pomaga wstrzymywanie dostaw gazu z Rosji oraz niski poziom rezerw, które nie radzą sobie z wciąż rosnącym popytem.

Nie bez znaczenia pozostają również pozostałe koszty, które – biorąc pod uwagę skomplikowanie łańcucha dostaw surowców – sprawiają, że nawozy są po prostu drogie. Na czoło wysuwają się tu wysokie ceny paliw opartych na ropie, które podwyższają koszty związane z konwencjonalnym transportem surowców koniecznych do produkcji nawozów.

Rosną także koszty związane zatrudnieniem, które odczuwalne są nie tylko w Polsce, ale i w krajach mających największy udział w dostarczaniu surowców lub gotowych produktów na krajowy rynek nawozów.

Sami producenci nawozów także nie są ślepi i potrafią śledzić trendy rynkowe. Skoro podwyżki i tak byłyby nieuniknione, musieli oni dorzucić kilka procent marży dla siebie. Tak też się stało. Firmy produkcyjne wiedzą, że rolnicy tak czy owak nawozy kupić muszą. Tyczy się to szczególnie największych gospodarstw wysokotowarowych, którym zależy tak na ilości, jak i jakości produkcji. Wszelkie problemy wynikające z pogorszenia jakości gleby, niekorzystnych zmian w strukturze mikro i makroelementów mogłyby doprowadzić bowiem do niezwykle niekorzystnego pogorszenia wyników ekonomicznych przedsiębiorstw rolnych.

Wysokie ceny detaliczne nawozów to także efekt znacznego ograniczenia wolumenów importowych mocznika, fosforanu amonu i saletry amonowej oraz postępującej paniki na rynku, napędzanej dodatkowo politycznymi wystąpieniami opozycyjnych ugrupowań w wielu parlamentach – nie tylko w Polsce.

Co robić?

Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi radzi, by rolnicy skupili się na kupnie środków dostępnych lokalnie, co w jakiejś mierze ochronić miałoby ich przed międzynarodowymi zawirowaniami cenowymi, a przy okazji wzmocniło krajowych producentów. Pewnym ratunkiem może być także zdywersyfikowanie zakupów, rozumiane jako racjonalne rozłożenie ich w czasie. Dziś niestety rolnicy skupują nawozy głównie w okresie wiosenno-jesiennym, kiedy popyt winduje ceny środków chemicznych pod nieboskłon. Na razie – nie ma co się czarować – będzie drogo, a w portfelach odczujemy to my wszyscy, czyli udręczeni konsumenci.