Wszyscy czujemy chyba w kościach, że powoli przygasa jeden kryzys – ten sanitarny – zatem należało odkurzyć poprzednio znaną apokalipsę, związaną ze zmianami klimatu. W ten sposób niczym radziecka kopalnia być może będziemy żyć od jednego stanu wyjątkowego do drugiego, od jednego celu (lockdown aż do 90 proc. zaszczepienia globalnej populacji) do innego (neutralność klimatyczna do 2050 roku) – pisze w swoim najnowszym felietonie Michał Góra.

Obserwacja debaty publicznej nie tylko w Polsce, ale w ogóle na świecie, prowadzi wielu komentatorów do wniosku, że jej zasadniczą cechą jest „trybalizm”. Plemienność owa sprowadza się do tego, że ludzie dzielą się na pewne archetypy, na przykład postępowego młodzieńca z wielkiego miasta (w Ameryce Północnej nazywanego „liberałem” albo „demokratą”), czy zacofanego rolnika z małej wsi (w USA to „konserwatysta” albo „republikanin”). Ten pierwszy najczęściej będzie głosował na demokratyczno-liberalne albo lewicowe ugrupowania, popierał aborcję, a także wszelkie inne objawienia zinstytucjonalizowanej nauki. Tego drugiego najczęściej charakteryzują skłonności bardziej konserwatywne i populistyczne, sprzeciw wobec aborcji oraz podejrzliwy stosunek do elit i popularnych ekspertów.

Pewien dysonans opinii publicznej wywołują osoby, które nie mieszczą się w tych zerojedynkowych podziałach.

Z jednej strony istnieje na przykład dość radykalna feministka Suzanne Moore, która jednak swoimi wypowiedziami uderzyła w obrońców praw osób transgender. Za to najpewniej została wyrzucona z progresywnego, brytyjskiego dziennika „The Guardian” (jest to swego rodzaju odpowiednik naszej „Gazety Wyborczej”). Swój flirt z panią Moore rozpoczęły więc dość ochoczo konserwatywne platformy i dzienniki, które zawsze miały liberalny stosunek do wolności słowa (złośliwi powiedzą, że niekiedy kosztem prawdy).

Z drugiej strony w Polsce mamy przykład Lecha Wałęsy, który nosił przecież Matkę Boską w klapie i dość brutalnie wypowiadał się o prawach osób homoseksualnych. Mimo tego odziany w koszulkę z napisem „Konstytucja” stał się bohaterem środowisk demokratyczno-postępowych. Akceptacja obu tych osób przez pozornie wrogie im środowiska wiąże się zapewne w jakiejś mierze z wyrachowaniem i względami utylitarnymi.

W Polsce plemienność dotyczyła na przykład kwestii katastrofy smoleńskiej. Jedni twierdzili, że to ukartowany zamach, a całą sprawę wyjaśni specjalna komisja posiadająca monopol na prawdę. Inni z kolei byli skłonni sądzić, że to z całą pewnością wyłączna wina ofiar i ich rodzin – szczególnie dotyczy to zmarłego prezydenta Lecha Kaczyńskiego i jego brata Jarosława – które ściągnęły na siebie tragedię własną nieodpowiedzialnością i brawurą. W jakimś sensie obie wspomniane hipotezy nie mają pokrycia w publicznie dostępnych dowodach i mają zabarwienie spiskowe. Mimo wszystko tylko jedna z tych teorii za taką uchodzi.

Aktualnie wszyscy czujemy chyba w kościach, że powoli przygasa jeden kryzys – ten sanitarny – zatem należało odkurzyć poprzednio znaną apokalipsę, związaną ze zmianami klimatu. W ten sposób niczym radziecka kopalnia być może będziemy żyć od jednego stanu wyjątkowego do drugiego, od jednego celu (lockdown aż do 90 proc. zaszczepienia globalnej populacji) do innego (neutralność klimatyczna do 2050 roku). Postępowi publicyści i eksperci nie ukrywali nawet, że takie radykalne, wymuszone zmiany zachowania, jak długotrwałe pozostawanie w domu czy noszenie maseczek na ulicy, to idealny grunt pod dalszą dyskusję o trwałej zmianie naszego stylu życia, ale już na potrzeby walki z climate change. Wszystkie te sprawy równie szybko przyjęły plemienny wymiar – ci, którzy są sceptyczni wobec klimatyzmu, najczęściej są też sceptyczni wobec ograniczeń związanych z epidemią. Czasami ogólnie nazywa się ten nurt „denializmem” albo określa sformułowaniem „anti-science”. Drugie plemię jest „pro-science” i walczy zarówno o wprowadzenie radykalnych restrykcji antywirusowych, jak też szybkie zajęcie się problemem klimatu (przy okazji aborcji, tanich albo darmowych mieszkań i wielu innych rzeczy).

Na naszym polskim gruncie, chociaż nieco emigracyjnym, ciekawą w tej mierze postacią okazała się Agnieszka Kołakowska. W 2009 r. na łamach „Rzeczpospolitej” opublikowała bowiem pierwszy z serii swoich klimato-sceptycznych artykułów. Felieton ukazał się pod wymownym tytułem „Globalne oszustwo”, a w jego treści autorka użyła między innymi tak brutalnych sformułowań, jak mit ocieplenia klimatu, a nawet pisała o rzekomym „consensusie”, którego nie ma. W tym przypadku, pomimo braku fachowej wiedzy z zakresu fizyki, geografii i tak dalej, córka znanego filozofa odważyła się wystąpić przeciwko konsensowi naukowemu, który niektórzy uważają za ugruntowany w 97 proc. Za te wypowiedzi spotkała ją zresztą sroga krytyka osób zajmujących się problemem zmian klimatu, którzy określili jej słowa mianem „doszczętnej kompromitacji”.

Niemniej Agnieszka Kołakowska wcale nie uważa się za osobę antynaukową. Pomijając już to, że sama jest akademicko wykształcona i na pewno nie można jej odmówić erudycji, to w swoim felietonie dla Teologii Politycznej („Teorie spiskowe przyjmujemy tylko w czwartki, z zaświadczeniem od psychiatry”) napisała, że „Miło by było, gdyby jedynie antyszczepionkowcy odmówili szczepionki i zarazili się wszyscy nawzajem, zostawiając przy życiu i zdrowiu tylko tych, którzy wierzą w naukę (…)”. Autorka nie zdaje sobie chyba sprawy z tego, że dla osób zajmujących się klimatologią jest ona właśnie takim „klimatycznym denialistą”, „ociepleniowym antyszczepionkowcem”, heretykiem wyznającym teorie spiskowe. Nie chodzi mi nawet o obronę zadeklarowanych antyszczepionkowców, bo sam w ciągu kilkunastu miesięcy pandemii szczepiłem się zupełnie dobrowolnie na bodaj cztery choroby zakaźne, w tym przeciwko COVID-19. Ciekawi mnie jednak, skąd wzięła się odwaga (a może ignorancja) Agnieszki Kołakowskiej na froncie podważania klimatycznego konsensusu naukowego, który przynajmniej pod względem czasowym wydaje się bardziej ugruntowany niż ten sklecony natychmiast, tylko na potrzeby jednej pandemii.

Mam kilka podejrzeń. Może być tak, że w przypadku globalnego ocieplenia jej prywatna ocena dowodów jest odmienna od tej, jaką nauka proponuje w przypadku zagrożeń wywołanych COVID-19. Eksperci powiedzą zresztą, że to w ogóle nieinteresujące, ponieważ autorka nie ma specjalistycznej wiedzy ani w dziedzinie klimatologii, ani epidemiologii. W takim jednak wypadku autorka jest uczciwa, przynajmniej względem samej siebie. Może być też tak, że z uwagi na wiek i osobistą sytuację mogła ona sobie pozwolić na bezskutkowe podśmiewywanie się z nauk o klimacie, którego zmiana nie jest widoczna gołym okiem i pewnie jej skutki nie okażą się drastyczne za jej życia. Natomiast wpływ pandemii na rzeczywistość jest bardziej dotkliwi i natychmiastowy, a ścisłe przestrzeganie zasad sanitarnych przez wszystkich jest po prostu w żywotnym interesie osób, które ukończyły pewien wiek albo czują się szczególnie podatne na ciężki przebieg choroby. Może dlatego autorka domagała się bezwzględnego przestrzegania obowiązku maseczkowego (chociaż publicznie dostępne badania i raporty rządowe powstałe przed 2020 r. na temat skuteczności tej procedury nie wskazywały ani na pewność, ani wysoką skuteczność tej metody wobec zakażeń grypą) oraz wprowadzenia obowiązku szczepień? To ostatnie jest zresztą kontrowersyjne na gruncie społecznym i prawnym, nawet jeśli ktoś – tak, jak wyżej podpisany – generalnie akceptuje kliniczną skuteczność i bezpieczeństwo dopuszczonych do obrotu szczepionek.

Podsumowując, nauka – podobnie, jak każde inne zjawisko pod słońcem – ma charakter ambiwalentny. Nie ma bowiem tworów doskonałych i nauka się temu problemowi nie wymknęła. Są nawet tacy, na przykład postmoderniści w rodzaju Paula Karla Feyerabenda, którzy w ogóle wyrażają wątpliwość co do tego, czy da się scharakteryzować metodę naukową. Co więcej, nauka uprawiana jest przez ludzi, a ci są zawsze omylni, mają swoje przekonania i uprzedzenia, które czasem przesłaniają im obraz rzeczywistości. Ostatecznie, kontrowersyjny jest wpływ technokratycznie i scjentystycznie ujmowanych nauk przyrodniczych i medycznych na społeczeństwo. W tym przypadku występuje bowiem element wolnej woli, którego brak w świecie zwierząt, roślin i zjawisk atmosferycznych, a także problem kontrowersyjnego skrępowania człowieka normami prawnymi oraz inwazyjną technologią. Zagadnienia te są zresztą równie aktualne w przypadku kryzysu klimatycznego, jak i sanitarnego.