Fot. Pixabay

Z danych Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej (CEiDG) wynika, że podczas gdy w lutym zarejestrowało się 23 tys. nowych firm, to pod koniec marca działalność zawiesiło ponad 48 tys., w tym tylko w ciągu ostatniego tygodnia ponad 25 tys. Ostatni dzień marca przyniósł wypowiedzenia umów o pracę, także kontraktowych, lub ich aneksowanie z obniżonym wynagrodzeniem. Ilu pracowników straciło zatrudnienie? Tego jeszcze nie wiemy, GUS poda te dane zapewne dopiero w maju.

Dotarły do nas sygnały o nieetycznych działaniach niektórych pracodawców. Zdarzało się, że właściciele małych i średnich firm próbowali, czasem niestety z sukcesem, „przechwycić” pieniądze, które rząd przygotowuje dla samozatrudnionych. W jaki sposób to robili? Dyskontując rządową pomoc, czyli wystosowując do swoich pracowników w ostatnich dniach marca propozycję nie do odrzucenia: albo podpiszesz aneks do umowy redukujący twoje wynagrodzenie o wartość pomocy rządowej (zwolnienie na 3-m-ce z ZUS oraz jednorazowa pomoc w wys. 2 tys. zł), albo musimy się pożegnać. Dlaczego tak? Bo sytuacja firmy tego wymaga, bo „wszyscy musimy” ponieść konsekwencje epidemii.

Wynagrodzenie za przestój

Zawieszenie działalności firmy w sytuacji nadzwyczajnej, jaką jest klęska epidemiologiczna – mówiąc językiem prawnym – wyczerpuje znamiona art. 81 Kodeksu pracy. Co to oznacza dla pracowników firmy? Ten artykuł KP reguluje wypłatę wynagrodzenia pracownikowi „za czas niewykonywania pracy, jeżeli był gotów do jej wykonywania, a doznał przeszkód z przyczyn dotyczących pracodawcy” (tzw. przestój). Oznacza to, że pracownikowi za ten czas przysługuje wynagrodzenie wynikające z jego osobistego zaszeregowania, określonego stawką godzinową lub miesięczną. Sposób jego naliczania reguluje Rozporządzenie Ministra Pracy i Polityki Socjalnej z dnia 29 maja 1996 r. w sprawie sposobu ustalania wynagrodzenia w okresie niewykonywania pracy oraz wynagrodzenia stanowiącego podstawę obliczania odszkodowań, odpraw, dodatków wyrównawczych do wynagrodzenia oraz innych należności przewidzianych w Kodeksie pracy. Pracodawcy powinni być świadomi tych przepisów.

Handel i transport już szukają pracowników

Pomimo fatalnej końcówki miesiąca, marzec nie będzie tym miesiącem, który załamał rynek pracy. „Dziennik Gazeta Prawna” podał, że z urzędów pracy wyrejestrowało się 107 tys. osób, a zarejestrowało 98,8 tys. osób. Część pracodawców nadal zwleka ze zwolnieniami, licząc na rządowy pakiet antykryzysowy.

Są też takie branże, które na zawirowaniach nie tylko nie tracą, ale będą się rozwijać. Firmy w nich działające już szukają pracowników. Potrzebuje ich – i to coraz bardziej – choćby branża spożywcza. Tam co chwila są nowe wakaty. Bardzo dużo pojawiło się ich już w połowie marca, gdy wielu pracowników uświadomiło sobie, że praca w sklepie jest szczególnie niebezpieczna. Rynek zasypała lawina zwolnień lekarskich, urlopów, a nawet rezygnacji z pracy.

Na razie liczba potrzebnych pracowników w jednym sklepie została ograniczona rządowymi przepisami. Gdy jednak przyjdzie rozluźnienie rygorów, handel stanie przed faktem dotkliwego braku kadr. Tym bardziej że wyjeżdżają i nadal będą wyjeżdżać pracownicy ukraińscy. Ambasada Ukrainy w Polsce poinformowała, że w ciągu ostatnich 10 dni ponad 100 tys. Ukraińców wróciło z Polski na Ukrainę (to już 12 proc. wszystkich pracujących). Tomasz Bogdevic, dyrektor generalny Gremi Personal, międzynarodowej agencji zatrudnienia, zwrócił uwagę w rozmowie z serwisem „Dla Handlu”, że branża handlowa już odczuwa brak ukraińskich pracowników. Ich niedobór sygnalizuje także branża transportowa oraz budowlana.

– Te przedsiębiorstwa potrzebują siły roboczej. Odpływ Ukraińców może spowolnić tempo ich pracy, dlatego teraz aktywnie rekrutujemy Ukraińców, którzy pozostają w Polsce. Ci, którzy opuścili Polskę, ale zamierzają wrócić, mogą to zrobić. Muszą jednak przejść obowiązkową kwarantannę nałożoną przez polskie władze – powiedział Tomasz Bogdevic.

Wiele osób może znaleźć pracę wraz z uruchomieniem rynku zamówień publicznych. W Polsce ma on wartość 200 mld złotych, tj. ok. 10 proc. PKB.

– Warto, aby te pieniądze płynęły do polskich firm z sektora MŚP. To tam jest większość miejsc pracy, to tam budowany jest nasz kapitał narodowy. Obecnie podmioty z tego sektora mają jedynie około 25-procentowy udział w wartości runku zamówień publicznych w naszym kraju. Warto wziąć to pod uwagę i w nowej ustawie PZP zawrzeć pulę zamówień dedykowaną MŚP. MŚP mają w całym rynku zamówień publicznych ustawowo zagwarantowany udział na poziomie minimum 50 procent – postuluje Piotr Hofman, prezes Rady Gospodarczej Strefy Wolnego Słowa.