Mamy do czynienia z sytuacją, gdy faktycznie firma podporządkowana jest mechanizmom politycznym, w dodatku mając komfort funkcjonowania jako monopolista, a zarazem jej działań próbuje się bronić poprzez odwołanie do rzekomych mechanizmów rynkowych. To nie trzyma się kupy – pisze w najnowszym felietonie Łukasz Warzecha.

Fot. PAP/Artur Reszko

Przy okazji sporu o to, czy i do jakiego stopnia Orlen zdarł skórę ze swoich klientów, zaczęły pojawiać się argumenty, którym warto przyjrzeć się bliżej. Nie mówię tutaj o twierdzeniach samego prezesa Orlenu, że manipulacja hurtową ceną paliwa, a dokładnie – marżą rafinerii Orlenu uchroniła nas rzekomo przed scenariuszem węgierskim, niedoborem paliwa i gigantycznymi kolejkami na stacjach. Na te tłumaczenia miłosiernie spuszczę zasłonę milczenia.

Warto natomiast przyjrzeć się innym usprawiedliwieniom, które zaczęły krążyć (chyba jednak nie spontanicznie) wśród obrońców państwowego molocha. Niektórzy zaczęli mianowicie wywodzić, że przecież mamy do czynienia ze spółką giełdową, której głównym zadaniem jest usatysfakcjonowanie udziałowców, a nie klientów, więc nie można mieć do niej pretensji o windowanie swoich przychodów w okresie przed 1 stycznia. Nie sposób się z tym zgodzić.

Taka argumentacja zakłada, że mielibyśmy do czynienia z normalną sytuacją rynkową. Normalna sytuacja rynkowa oznacza przynajmniej dwa założenia. Pierwsze: że dana firma działa w warunkach konkurencji. Drugie: że dana firma kieruje się czysto rynkowymi wytycznymi, czyli – mówiąc w dużym uproszczeniu – ustalając swoją marżę, a zatem i cenę końcową, kalkuluje ją z popytem wynikającym także z siły nabywczej klientów. W warunkach rynkowych, jak wiadomo, istnieje pewien optymalny punkt, w którym cena przecina możliwości i zamiary zakupowe klientów i jej dalsze windowanie oznaczałoby już spadek przychodów. (Pozostawiam tu na boku inne względy, specyficzne dla tego rodzaju dóbr, jak sztywność popytu.) Oba te założenia w tym wypadku nie obowiązują.

Przypomnijmy: skarb państwa ma 49,9 proc. udziałów w PKN Orlen i jest udziałowcem większościowym. Nadzór właścicielski sprawuje Ministerstwo Aktywów Państwowych. Ono decyduje o tym, kto pokieruje spółką, a więc w gruncie rzeczy jest to decyzja całkowicie polityczna, jako że obecna władza odeszła od koncepcji konkursów na tego typu stanowiska, zresztą wprost argumentując, że firmy takie jak Orlen mają działać w ramach określonej koncepcji politycznej, a nie w sposób rynkowy. To zaś faktycznie mogą zapewnić jedynie osoby z nominacji politycznej. Ocenę takiego podejścia możemy tu zostawić na boku. Ważne jest, że jest to oficjalna linia rządu.

To zaś oznacza, że w kwestiach takich jak między innymi poziom cen w bardzo chwiejnej, ryzykownej dla rządzących sytuacji wytyczne polityczne bezapelacyjnie wygrywają z rynkowymi. Trudno mieć zresztą co do tego wątpliwości, jeżeli obserwowało się choćby proces nabywania przez koncern Polska Press – co przecież pozostaje kompletnie poza obszarem działań firmy zajmującej się paliwami i energetyką. W normalnych warunkach koncern paliwowy nie miałby żadnego powodu, aby inwestować w bardzo niewdzięczny w dzisiejszych czasach sektor prasy drukowanej. Chyba że motywacja jest pozarynkowa.

Druga kwestia to monopolistyczna pozycja Orlenu. Sam koncern nie chce dzielić się informacjami na temat swojego udziału w rynku paliw płynnych w Polsce, ale wiadomo, że orlenowskie paliwa kupują w zasadzie wszystkie duże sieci, inne źródła to margines. Choćby szczątkową konkurencję wyeliminowała ostatecznie fuzja z Lotosem. Stąd zresztą afera z Rafinerią Gdańską: jest to skutek zaleceń Komisji Europejskiej, która stwierdziła, że połączenie obu firm będzie oznaczało, iż Orlen zyska jednoznacznie dominującą pozycję na polskim rynku paliw, stąd konieczność zbycia części udziałów w RG. Z tego samego powodu KE wymusiła sprzedaż części stacji Lotosu.

Monopolistyczna pozycja Orlenu oznacza zaś, że może on praktycznie bezkarnie manipulować cenami paliw na polskich stacjach, nie ma bowiem żadnego rywala. W tej sytuacji twierdzenie, że Orlen działa po prostu na rzecz akcjonariuszy, nie ma podstaw. Gdyby tak zresztą było, Orlen powinien był podnieść 1 stycznia o północy swoje marże w sposób odzwierciedlający przywrócony do wysokości 23 proc. VAT – a to się nie stało.

Mamy tu więc do czynienia z sytuacją, gdy faktycznie firma podporządkowana jest mechanizmom politycznym, w dodatku mając komfort funkcjonowania jako monopolista, a zarazem jej działań próbuje się bronić poprzez odwołanie do rzekomych mechanizmów rynkowych. To nie trzyma się kupy.

O tym, czy Orlen powinien być sprywatyzowany czy nie, czy powinien być monopolistą czy nie, czy fuzja z Lotosem była zasadna czy nie i o tym, czy tego typu firma powinna realizować polityczną linię władzy czy też kierować się czysto rynkowymi motywacjami – o tym wszystkim można dyskutować. W tym sporze obie strony mają swoje argumenty. Nie udawajmy jednak, że faktyczna sytuacja jest inna, niż jest. Analizowanie postępowania Orlenu poprzez odwołania do wolnego rynku jest całkowitym nieporozumieniem.

Łukasz Warzecha

Poprzedni artykułRosyjscy żołnierze depczą ukraińską ziemię butami z… Indii
Następny artykułRosyjskie groźby nie zadziałały. Europa śpi na gazie