Stan wyjątkowy w sensie nie tylko prawnym, ale także pewnego wzmożenia emocjonalnego, które uchyla zdrowy rozsądek, przybiera permanentny charakter. Kryzys sanitarny, kryzys inflacyjny, kryzys emigracyjny, kryzys wojenny, na chwilę odłożony na bok kryzys klimatyczny… Każdy chciałby, aby kryzys bliski jego sercu uchylał wszelkie inne wartości i gwarancje albo w imię solidarności, albo skuteczności w działaniu – pisze w najnowszym felietonie Michał Góra.

Nie bez powodu parafrazuję tytuł kultowej (sic!) piosenki Kazika. Okazuje się bowiem, że kolejny kryzys dał kombinatowi ekspercko-medialnemu przyczynek do oskarżania wszystkich o to, że ewolucja Putina w geopolityczne monstrum to albo ich wina, albo o to, że po prostu „są jak Putin”. Stało się tak ze względu na to, że nie wszyscy kupują bez wybrzydzania cały pakiet oferowany jako odtrutka – być może rzeczywiście potrzebna – na wpływy Kremla. Rzecz w tym, że jest to rodzaj ordynarnego, nieliberalnego i antydemokratycznego szantażu oraz chwytu poniżej pasa.

Wyobraźmy sobie taki przykład. Razem z kolegą planuję założyć stowarzyszenie, które będzie zajmowało się organizowaniem wydarzeń kulturalnych w zaniedbanym pod tym względem powiecie. Obaj zgadzamy się, że trzeba dopełnić pewnych formalności przed sądem rejestrowym i organami skarbowymi, wybrać jakieś władze – najlepiej demokratycznie – ustanowić sprawiedliwy sąd koleżeński i przyjąć legalny statut. Niemniej jednak, ja chcę promować muzykę poważną, rockową i folkową, a mojemu koledze zależy nie tylko na dołączeniu do tej listy disco-polo, ale nawet na tym, aby to ten gatunek dominował. Nie mogę się z nim zgodzić, bo disco-polo uważam za kicz, którego nie chcę własnym nazwiskiem sygnować. Tymczasem mój kolega oskarża mnie o to, że krytykując disco-polowy kicz, niszczę solidarność naszego środowiska i narażam lokalną społeczność na utratę dostępu do jakiejkolwiek kultury.

W czasie pandemii ci, którzy protestowali z powodów ideologicznych przeciwko radykalnej ingerencji w wolności obywatelskie, w tym wolność słowa, byli oskarżani o bycie „ruskimi botami”. Nie od rzeczy jest jednak zadać pytanie, kto wtedy tak naprawdę bronił zachodnich wartości liberalnych? Trudno znaleźć argumenty choćby za tym, że prywatność, swoboda przemieszczania się czy autonomia pacjenta to jest wytwór radzieckiej myśli, na przykład bioetycznej. To nasze zachodnie konwencje i rezolucje chronią takie wartości i powstały po to, aby gwarantować jednostce nie tylko pewne instrumenty obronne w starciu z arbitralną władzą, ale także pewną emancypację spod wpływów – nierzadko nazbyt uniformistycznego – kolektywu.

Dlaczego jednak ówczesny zachwyt nad wschodnio-azjatyckimi sposobami radzenia sobie z kryzysem, w tym proponowanie bardziej trwałego przemodelowania społeczeństwa na model kolektywistyczno-centralistyczny, nie był uznawany za propagowanie wartości liberalnych? Ile razy czytaliście państwo przedstawicieli elit i ekspertów, którzy na Twitterze z zachwytem cytowali rozwiązania stosowane w komunistycznym Wietnamie, nieliberalnym Singapurze albo w totalitarnych Chinach? Takie państwa jak Australia nie bez przyczyny skopiowały podobne metody i zrobiły to, co zrobiły, czyli de facto aresztowały swoich obywateli w domach i stworzyły system państwa niemal policyjnego, w którym każdy jawił się jako podejrzany i pozostawał w stanie permanentnej inwigilacji, często cyfrowej. Po pierwsze, było to początkowo ekstremalnie popularne wśród wyborców ze względu na moralną panikę, jaka wybuchła wokół kryzysu sanitarnego. W końcu „trzeba coś z tym zrobić!”. Każdy, kto nie groził grzywnami po 30 tys. złotych za rozmawianie na ulicy albo aresztowaniem ludzi na 3 miesiące w domach, uchodził za mięczaka, który chce pozabijać swoich obywateli. Po drugie, już wcześniej niektóre z tych krajów miały problem z ingerencją państwa w prawa i wolności obywatelskie. Ja mimo wszystko tak samo jak nie chcę żyć w przaśnej, bizantyjskiej autarkii rodem z przemówień Putina i Cyryla I, tak samo nie chcę żyć w dystopii kopiowanej z Singapuru czy Chin albo książek pisanych piórem scjentystycznych technokratów i ultra-globalistów. Zachodnie elity z ich aplikacjami do śledzenia wszystkiego i wszystkich oraz traktowaniem szczepień niemal na podobieństwo chińskiego systemu kredytu socjalnego nie miały z tym najwyraźniej najmniejszego problemu. Taka instrumentalizacja człowieka, koniec końców, bardziej przecież przystoi Putinowi niż Macronowi czy Draghiemu.

Co więcej, w tamtym czasie istniały dwa zjawiska, które da się zauważyć również dzisiaj. Po pierwsze, skoro krytykujesz przyznawanie rządom ekstraordynaryjnych uprawnień w celu zwalczania kryzysu, to na pewno jesteś ruskim trollem, który chce siać zamęt. A ja nie będę milczał, kiedy rządy przemycają nielegalne (np. pełen lockdown na podstawie rozporządzenia) lub kontrowersyjne rozwiązania (np. zawieszenie biegu terminu przedawnienia w prawie karnym), bojąc się oskarżenia o bycie agentem obcych wpływów albo wariatem. Zresztą słabość argumentacji zwolenników takiego czy innego działania na granicy prawa w czasie kryzysu właśnie się ujawniła. Twierdzili oni bowiem, że to wszystko to są tylko tymczasowe rozwiązania, które zaraz zostaną uchylone i wrócimy do normalnego, konstytucyjnego funkcjonowania państwa, kiedy tylko kryzys się skończy. Pandemia się jednak w sensie medycznym jeszcze nie skończyła, choć zakończyła się w sensie społecznym. Prawdę mówiąc, już mało kto się tym przejmuje i to pomimo statystyk, które dwa lata temu powodowałyby, że ludzie chowaliby się pod stołami. Moi znajomi, którzy w swoim zapamiętaniu w sygnalizowaniu cnoty wyzywali mnie, że „tacy ludzie, jak Ty, umierają pod respiratorami”, od kilku tygodni fotografują się bez masek w pomieszczeniach zamkniętych z innymi ludźmi, chociaż obiektywnie zagrożenie jest takie samo jak w różnych momentach pandemii uznawanych za krytyczne. Już wcześniej prognozowałem zresztą, że tak to się skończy. Ponadto jeden dziejowy kryzys pogania drugi kryzys. Nie ma mowy o żadnej tymczasowości, ponieważ stan wyjątkowy w sensie nie tylko prawnym, ale także pewnego wzmożenia emocjonalnego, które uchyla zdrowy rozsądek, przybiera permanentny charakter. Kryzys sanitarny, kryzys inflacyjny, kryzys emigracyjny, kryzys wojenny, na chwilę odłożony na bok kryzys klimatyczny. Każdy chciałby, aby kryzys bliski jego sercu uchylał wszelkie inne wartości i gwarancje albo w imię solidarności, albo skuteczności w działaniu. To prawda, że plan trzyletni – mający na celu odbudowę PRL ze zgliszczy wojennych – zadziałał, ale kolejne już nie. W końcu trzeba wrócić do normalnego funkcjonowania społecznego, nie tylko ze względów psychologicznych, ale także etycznych. Społeczeństwo stanu wyjątkowego nie jest bowiem społeczeństwem wolnym ani demokratycznym.

Po drugie, rządy i elity już na etapie pandemii cechowało zachowanie charakterystyczne niemal dla szaleńca, to znaczy odbijania się od ściany do ściany. Najpierw przez kilka lat przekonywano nas, że każdy może w społeczeństwie robić niemal to, co chce i ma pełną autonomię cielesną. Wiemy, jak to się skończyło. Do ostatnich dni, kiedy nie dało się już ukryć, że będzie poważna pandemia, nie chciano przecież szerzenia paniki, mówiono o „wkładaniu lodu do majtek” i „graniu w Chińczyka”. Niektóre zachodnie media pozwalały sobie jeszcze na krytykę Chin za brutalne podejście do tłumienia pandemii. A później z dnia na dzień to nas wszystkich pozamykano i pod pretekstem „walki z dezinformacją” próbowano przemycać ordynarną cenzurę.

Tak samo jest z Putinem. Gdybym kilka lat temu wyrwał się z antyrosyjskimi hasłami i ostrzeganiem przed imperialistycznymi zapędami Rosjan, politycy zachodu bagatelizowaliby problem i uznawali, że szerzę „prawicową, nacjonalistyczną” propagandę. Dzisiaj natomiast elity znowu odbiły się od ściany i popadły w totalny amok. „Cancellują” rosyjskie wydarzenia kulturalne, pianistów, kosmonautów, a Facebook pozwolił nawet na warunkowe wzywanie do nienawiści na tle narodowościowym, o ile dotyczy to Rosjan i wojny. Czytam w gazetach, że rząd chce znowelizować konstytucję i wyłączyć wojsko spod praw nie tylko ludzkich, ale też najwyraźniej ekonomicznych, a ponadto wprowadzić przepisy, które pozwolą pozbawiać ludzi majątku nie za to, że popełnili jakiś karygodny czyn, ale bardziej dlatego, że należą do podejrzanej grupy społecznej. I znowu za „ruską onucę” będzie uważany każdy, kto zacznie zadawać pytania, czy to nie jest staczanie się po równi pochyłej i czy sami się trochę nie „putinizujemy”, wdrażając w życie podobne koncepcje.

Kojarzy mi się to z fabułą filmu w reżyserii Stevena Spielberga pod tytułem „Most szpiegów”. Główną rolę zagrał tam Tom Hanks i wcielił się w postać prawnika, broniącego przed sądem radzieckiego szpiega. Adwokata spotykają jednak nieprzyjemności i ostracyzm ze strony społeczeństwa amerykańskiego, chociaż bohater sam przecież nie jest zdrajcą i nie robi nic innego, jak tylko próbuje realizować w praktyce ideały amerykańskiego konstytucjonalizmu i podstawowe zasady wymiaru sprawiedliwości. Jestem prawie pewien, że za kilkanaście miesięcy będzie trzeba zresztą urządzić pranie mózgu w drugą stroną i zaprzańcami będą nazywani ci, którzy nie podpiszą się pod wzniosłymi hasłami „przebaczamy i prosimy o wybaczenie”. A hasła takie będą najwyraźniej potrzebne, bo niektórym będzie się spieszyć do powrotu do normalności, choćby w handlu zagranicznym.

Podsumowując, nie nabierajcie się Państwo na to, że „teraz to jest już wszystko jasne” i „kryzys wymusił jednomyślność i konformizm”. Nie wymusił go poprzedni i nie wymusza obecny. Konformizm i kształtowanie świadomości według modelu „ z góry na dół” zostawmy Rosjanom, którzy noszą koszulki z eksponowaną literką „Z”. My, w demokracji liberalnej, jesteśmy skazani na dyktat niuansów i wzajemne akceptowanie się pomimo tego, że diametralnie się różnimy i inaczej oceniamy ryzyko.

Michał Góra

Poprzedni artykułFORUM ROZWOJU: Jak raportować zmiany w duchu ESG?
Następny artykułCo najbardziej przeraża polskie firmy?