Przedsiębiorcy produkują nie tylko kapitał finansowy, ale też jego inne rodzaje. Państwo też może to robić – ale nie powinno. Nie chcemy wielkiego przymusowego Janusza biznesu, z tymi mniejszymi, prywatnymi – rynek może sobie sam jakoś radzić.

Raport „Kapitał społeczny wśród polskich przedsiębiorców” przygotowany przez Fundację Projekt PL przeczytałem z zaciekawieniem. Oczywiście spora jego część wynika z moich zainteresowań, nieodmiennie oscylujących wokół zagadnienia wolności. Przedsiębiorczość, zdolność do bycia twórczym na rynku, zamiana szans na zyski – to jedna z jej możliwych manifestacji. Trudno o to, aby ten temat nie był dla mnie ważny. Jest taki jednak też z innych powodów niż ten już zasygnalizowany.

Jest bowiem w raporcie coś jeszcze. Jako całość został on poświęcony społecznej odpowiedzialności przedsiębiorców, przeważnie małych i średnich, którzy organizują nie tylko życie gospodarcze swoich mniejszych i większych wspólnot, ale też biorą niemałą część odpowiedzialności za inne, pozafinansowe aspekty dobrobytu swoich pracowników. Ale nie tylko ich: także innych osób czy nawet instytucji. Można powiedzieć, że firma, wraz z tymi, którzy nią zarządzają i tymi, którzy ją posiadają, obraca nie tylko jednoimiennym kapitałem finansowym. Mielą się w niej też inne kapitały: społeczny, kulturowy, nawet kapitał moralny, zaproponowany jako koncept przez dr. hab. Michała Łuczewskiego. Wszystkie te rodzaje kapitału są jednak budowane na dwóch wartościach: zaufaniu i odpowiedzialności. Bez nich nie jest możliwy dobrobyt i postęp. Jeśli nie będziemy sobie ufać i nie będziemy odpowiedzialni – w pierwszej kolejności za siebie – nie wydobędziemy się na wyższy poziom życia gospodarczego. Ani żadnego innego. Skażemy Polskę na los folwarku, w którym nie udała się modernizacja. Razem z Polską w takie historyczne więzienie wtrącimy też tę część Europy, która kapitalizm poznała zbyt późno, bo jako największe państwo w regionie mamy adekwatną do siły odpowiedzialność. Oczywiście prędzej czy później pojawi się jakieś światełko i okno możliwości. Ale czemu nie korzystamy z niego wtedy, kiedy jest, a jest też i teraz, choć węższe niż trzydzieści lat temu?

Zaufanie i odpowiedzialność to te wartości, które są kluczowe, ale które mogą starać się pomnażać różne podmioty i na ich podstawie budować kapitały. Mamy więc z jednej strony sektor prywatny, oparty o dobrowolność. Z drugiej zaś sektor państwowy, bazujący na przymusie. Oby było go jak najmniej. Oczywiście liberał powie, że państwo minimum, aby sprawnie funkcjonować, musi być darzone – i dać się darzyć – zaufaniem. Musi też być odpowiedzialne, policzalne przed swoimi interesariuszami. Libertarianin przewartościowałby nieco te słowa i dodał, że stopień podejrzliwości wobec państwa powinien być bardzo duży, ale nie będzie podważał tego, że póki państwo istnieje – powinno ufać swoim obywatelom. Ci zaś będąc za siebie maksymalnie odpowiedzialnymi, a także za swoich najbliższych, swoje wspólnoty, powinni zdejmować z państwa pokusę poszerzenia swoich wpływów. Rynek powinien wypierać przymus i ograniczać go, tak jak kucharz niedopuszczający do przypalenia się potrawy manipuluje płomieniem.

Nie jestem zwolennikiem tego, aby to właśnie państwo było głównym rozgrywającym w gospodarce – albo choćby i nawet grało w niej drugie skrzypce. Inicjatywa prywatna doskonale poradzi sobie z wieloma problemami, także tymi, których jeszcze nie znamy. Szybkość reakcji rynku i jego elastyczność są nie do przecenienia i właśnie dlatego państwu powinna być zarezerwowana najwyżej funkcja bramkarza, niekiedy trochę bardziej wychodzącego w pole, a to z racji życia w Europie i sąsiadowania z Rosją, a nie na egzotycznej i spokojnej wyspie. Z tego jednak wynika coś jeszcze. Nie jestem zwolennikiem tego, aby to właśnie państwo budowało kapitał, także społeczny. Bo są od tego lepsi. Pozostawienie państwu swobody w tym działaniu może doprowadzić do tragicznego wyniku który zresztą dzieje się także teraz. Państwo, wchodząc w rolę ekonoma, utrzymuje paradygmat przysłowiowego folwarku, scentralizowanego, nieefektywnego i opartego o  przymus, nie dobrowolność. To model działania Janusza biznesu. Tyle że od Janusza, tego małego, lokalnego, można się zwolnić, a masa krytyczna sygnałów rynkowych powoduje, że taki sposób prowadzenia działalności da się ograniczać. Nie ma co udawać, że każdy przedsiębiorca zasługuje na szacunek, bo tak nie jest, wielu z nich się po prostu nie nadaje i nie potrafi wytworzyć wokół siebie warunków wzrostu. Ale z racji pluralizmu na rynku – coś z tym można zrobić. Z państwem – wielkim Januszem jest inaczej, bo państwo nie bardzo musi przejmować się rynkowymi sygnałami. I dlatego trudniej uciec spod władzy jego błędnych ekonomicznych decyzji. To samo zaś tyczy się sposobu wytwarzania kapitału społecznego przez państwo. Ono po prostu zrobi to gorzej niż przedsiębiorcy.

Lepsi przedsiębiorcy muszą brać odpowiedzialność za swoje otoczenie, w przeciwnym razie nie będziemy mieli gospodarki, ale targowisko Januszy, wiecznie narzekających, że umowa na godziwe warunki wpędzi ich do grobu, a ich firmę doprowadzi do likwidacji, albo państwo, które chce i może robić wszystko. Siła wolnego rynku i kapitalizmu polega na tym, że nie oceniamy ludzi tylko ich pracę. Warto więc oceniać pracę przedsiębiorców nie tylko w aspekcie najbardziej widocznym, dostarczania cyferek do PKB i miejsc pracy. Przy okazji i o tym jest raport Fundacji Projekt PL, robią oni dużo więcej i za społecznotwórczy aspekt pracy przedsiębiorcy – też powinniśmy oceniać.

Marcin Chmielowski
*autor jest wiceprezesem Fundacji Wolności i Przedsiębiorczości

Poprzedni artykułUE na spółkę z resortem klimatu chcą zniszczyć handel?
Następny artykułMałe i średnie firmy znikają. Sprawdź, w jakim sektorze