Rozwój gospodarczy sprawia, że potrzeba coraz więcej rąk do pracy, która jednak nie wszystkim się opłaca. To znaczy – nie wszystkim obywatelom polskim, bo np. obywatelom Ukrainy – już tak. Dlatego jest ich w Polsce oraz więcej i podejmują się oni prac, do których Polacy się nie garną – pisze w najnowszym felietonie Stanisław Michalkiewicz.

Jak wiadomo, zgodnie z genialnym spostrzeżeniem klasyka, wszystko na świecie ma swoje plusy dodatnie i ujemne. Nawiasem mówiąc, klasyk właśnie objawił intencję wyjazdu na Ukrainę, żeby własną piersią zasłaniać ten kraj przez zimnym ruskim czekistą Putinem. Wprawdzie Ukraina dostaje od Ameryki, Wielkiej Brytanii i Polski broń oraz „amunicję defensywną”, której nie chcą przekazać jej Niemcy, ale od przybytku głowa nie boli, tym bardziej że sama obecność klasyka mogłaby zreflektować zimnego ruskiego czekistę jeszcze bardziej niż wspomniana amunicja. Z drugiej jednak strony pojawiają się obawy, że przyjazd klasyka stanowiłby dla ukraińskich władz rodzaj – jak mówią wymowni Francuzi – „embarras de richesse”, czyli kłopot z nadmiaru. Już choćby na tym przykładzie widzimy, że plusy dodatnie splatają się z ujemnymi niekiedy tak bardzo, że trudno je rozplątać.

Nie tylko w skali mikro, ale również – w skali makro. Oto ze sfer gospodarczych w Polsce dobiegają sygnały o deficycie rąk do pracy. Składa się na to kilka zagadkowych przyczyn. Jedną z nich jest emigracja zarobkowa Polaków do Europy Zachodniej, która w swoim czasie przybrała charakter masowy, co widać zarówno w Wielkie Brytanii, Irlandii, czy Niemczech. Drugą przyczyną są programy rozdawnicze. Mogłem się o tym przekonać będąc w okolicach Malborka. Przedsiębiorca, u którego się zatrzymałem, potrzebował wykopać na swojej posesji długi rów. Pod miejscowym sklepem kilku mieszkańców wioski odbywało codzienny piknik. Jeden z nich zwrócił się do mego gospodarza z propozycją podarowania mu 20 złotych na kolejną porcję piwa. Ten z kolei zaproponował mu, że jak wykopie rów, to dostanie nie 20 złotych, ale nawet więcej. Na to tamten pokazał mu gest Kozakiewicza z komentarzem, że „tu się zgina dziób pingwina”. Gdyby nie program „500 plus”, to propozycja wykopania rowu byłaby może atrakcyjna, ale w tych warunkach – absolutnie nie. Po co się mordować przy kopaniu rowu, skoro rząd daje na każde dziecko 500 złotych? Trzecią przyczyną może być rozwój gospodarczy, o którym mówi telewizja rządowa, bo telewizje nierządne koncentrują się raczej na tzw. „bolączkach” i „niedociągnięciach”.

Nieubłaganym palcem wytknął je niedawno sam Donald Tusk, pokazując stadion zapełniony paletami pełnymi banknotów o nominale 50 euro i informując tubylców, że wszystko to może należeć do nich – o ile wybiorą jego i jego trzódkę. Przypomina to ewangeliczną scenę z kuszenia Pana Jezusa na pustyni, kiedy to szatan wyniósł Go na górę wysoką, pokazał wszystkie królestwa świata i rzekł: „Wszystko to oddam Tobie, jeśli upadłszy, złożysz mi pokłon”. Niczego innego nie oczekują od nas Niemcy, które przeciwko Polsce od 2016 roku prowadzą wojnę hybrydową o odzyskanie wpływów, więc nic dziwnego, że właśnie Donald Tusk stręczy tubylcom właśnie tę drogę do dobrobytu.

Otóż rozwój gospodarczy sprawia, że potrzeba coraz więcej rąk do pracy, która jednak nie wszystkim się opłaca. To znaczy – nie wszystkim obywatelom polskim, bo np. obywatelom Ukrainy – już tak. Dlatego jest ich w Polsce oraz więcej i podejmują się oni prac, do których Polacy się nie garną. Podobnie było w latach 70. i 80., kiedy to wielu Polaków wyjeżdżało na tzw. saksy do Europy Zachodniej. Na przykład ja, pracując „na czarno” w paryskiej restauracji, zarabiałem średnio ok. 150 franków, czyli ok. 30 dolarów dziennie – co stanowiło podówczas równowartość dobrej miesięcznej pensji w Polsce. Ciekawe, że we Francji panowało wówczas bezrobocie – ale każdy przyjezdny, jeśli tylko się postarał, to zawsze jakąś pracę znalazł, dzięki czemu, z powodu różnicy w wartości walut, zawsze wychodził na swoje. Myślę, że Ukraińcy obecnie przebywający w Polsce są w podobnej sytuacji. Kiedy leżałem na Oddziale Zakaźnym Szpitala Południowego w Warszawie, zorientowałem się, że niższy personel, to znaczy salowe i sanitariusze, to w większości obywatele Ukrainy. Część pielęgniarek to były Polki, a lekarze – sami Polacy.

Wtedy już narastało napięcie na granicy ukraińsko-rosyjsko-białoruskiej, ale jeszcze nie do tego poziomu jak obecnie. Jeszcze nikt nie wzywał obywateli amerykańskich, czy brytyjskich do opuszczenia Ukrainy, podczas gdy teraz wyjeżdża nawet personel dyplomatyczny, a same ambasady ewakuują się do Lwowa. Ale to jeszcze nic, bo ważniejsze jest to, że z Ukrainy uciekają tamtejsi oligarchowie, stanowiący sól ziemi czarnej tego kraju. Pierwszy odleciał podobno Rinat Achmietow, a za nim inni. Ponieważ państwo ukraińskie jest rodzajem klubu oligarchów, którzy mają własne partie, własnych polityków (prezydent Zełeński jest wynalazkiem oligarchy Igora Kołomojskiego), a nawet własne wojska, tzw. „bataliony ochotnicze” – a w tej sytuacji same fundamenty państwa mogą stanąć pod znakiem zapytania.

Trawestując dobrego wojaka Szwejka, można powiedzieć, że jak tam będzie, tak tam będzie; zawsze jakoś będzie, bo jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było. Pewnej wskazówki, jak ma być, dostarczył niedawno pan minister spraw wewnętrznych Mariusz Kamiński, mówiąc, że w związku z sytuacją na Ukrainie do Polski może napłynąć co najmniej milion uchodźców z tego kraju. Jeśli nie będą oni chcieli przedostać się gdzieś jeszcze dalej od swoich granic, to by oznaczało, że w Polsce mogłoby się osiedlić aż 4 miliony Ukraińców. To już byłaby znacząca mniejszość narodowa, która prędzej czy później pewnie zapragnęłaby mieć tu swoją reprezentację polityczną, tym bardziej że istnieje już ona w postaci zalążkowej jako Związek Ukraińców w Polsce. W okresie międzywojennym z tymi mniejszościami, m.in. z ukraińską, mieliśmy spore zgryzoty, podobnie jak w czasie II wojny światowej, więc taki masowy napływ uchodźców może być przyczyną rozmaitych plusów ujemnych. Z drugiej jednak strony milion ludzi, którzy chcieliby znaleźć sobie w Polsce jakiś sposób na życie, może okazać się plusem dodatnim, bo dzięki nim niedostatek siły roboczej w Polsce zostanie zażegnany i gospodarka nasza będzie mogła jeszcze zwiększyć dynamikę swego wzrostu. Wzrost gospodarczy bowiem jest plusem dodatnim, ale – jak się okazało – ma również swoje plusy ujemne, a właściwie jeden. Jak zauważył niedawno pewien ekspert, wysokość inflacji w Polsce ma swoją przyczynę między innymi we wzroście gospodarczym, który sprawia, że gospodarka znalazła się na granicy „przegrzania”. Warto przypomnieć, że już raz tak było i pan prof. Leszek Balcerowicz musiał ją na gwałt „schładzać”. To „schładzanie” zbiegło się w czasie z czterema wiekopomnymi reformami charyzmatycznego premiera Buzka. Doprowadziły one, jak wiadomo, do skokowego zwiększenia liczby synekur w sektorze publicznym i skokowego zwiększenia kosztów funkcjonowania państwa mniej więcej o 100 miliardów złotych rocznie. Słowem – i tak źle, i tak niedobrze, chociaż plusy dodatnie musiały przeważać nad ujemnymi, bo – jak dotąd – przynajmniej żyjemy.

Stanisław Michalkiewicz

Poprzedni artykułOpodatkowali napoje słodzone, więc ludzie przerzucili się na… piwo
Następny artykułCo ogranicza polską gospodarkę?