Fot. Pixabay

Kiedy rozpoczął się kryzys wywołany przez niebezpiecznego wirusa, wyszło na jaw, że za fasadą sloganów i patosu kryje się dojmująca bezradność. Unijni dygnitarze z ustami pełnymi lewicowej nowomowy bezradnie rozłożyli ręce. Jedyne, co mieli do zaoferowania, to kontynuacja projektów w rodzaju zielonego ładu i typowy bełkot, którego hasłem jest „więcej Europy”. Nikt tak naprawdę nie wie, co miałoby to znaczyć, poza rosnącymi przywilejami unijnych elit działających poza czyjąkolwiek kontrolą.

Powód jest prosty, realna pomoc to duże pieniądze. Tymczasem od lat wspólnotę trawi podział, którego linię wyznacza sytuacja gospodarcza i poziom zadłużenia. Bogata Północ ani myślała zrzucać się na ratowanie tonącego w długach Południa. Ta sytuacja trwa od lat, jej początkiem był kryzys finansowy z 2008 roku, który szczególnie mocno uderzył w takie kraje jak Grecja, Włochy czy Hiszpania. Korzystające na wspólnej walucie Niemcy uzależniły pomoc dla Hellady od ostrych cieć budżetowych praktycznie zarzynających rozwój tego kraju. Podobny pakiet serwowany jest w zasadzie do dziś wielu krajom, które mają trudności z sytuacją finansów publicznych. Ostatnio próbowały zbuntować się Włochy, jeszcze kiedy w rządzie Italii był Matteo Salvini. Presja była jednak ogromna i państwo z Półwyspu Apenińskiego poddało się unijnym rygorom fiskalnym, w międzyczasie lider Ligi Północnej odszedł z rządu. Komisja Europejska bezwzględnie egzekwowała wobec południowców wymogi wynikające z paktu stabilności i wzrostu, czemu ochoczo kibicowano w Berlinie.

Teraz mamy kolejną odsłonę tego spektaklu, Południe domaga się realnej pomocy, mowa jest o drugim „Planie Marshalla”. Tyle że nie wiadomo, kto ten plan miałby sfinansować. Mówimy tutaj o kwotach idących w setki miliardów euro, a przy takich sumach każdy łapie się za kieszeń. Niemcy nie chcą nawet słyszeć o koronaobligacjach, czyli emisji dłużnych papierów gwarantowanych przez wszystkie kraje strefy euro dające południowcom dostęp do taniego finansowania. Berlin obawia się, że będzie musiał spłacać cudze zobowiązania. Nasi zachodni sąsiedzi od lat korzystają na wspólnej walucie, kiedy jednak ktoś wyciąga do nich rękę po wsparcie, błyskawicznie odwracają wzrok. Nie ma także mowy o pomocy bezzwrotnej adresowanej do krajów, w które kryzys uderzył najmocniej. Do gry wejdzie najpewniej EBC dostarczając bankom kapitału, aby te następnie pożyczały pieniądze podmiotom gospodarczym. Kolejny pomysł to inne niż zakładano wykorzystanie funduszy z kończącej się unijnej perspektywy finansowej. Wszystko to jednak nie generuje dodatkowego wsparcia.

Jaki z tego wniosek? Głównie taki, że unijna solidarność to mit. Czy w strefie euro, czy poza nią liczą się przede wszystkim interesy narodowe. Nie ma obecnie dla nich alternatywy. A już na pewno nie jest nią Unia Europejska, projekt który coraz bardziej ma charakter ideologicznego wehikułu dla lewicowych idei. Gdyby unijnym decydentom zależało na rozwiązywaniu prawdziwych problemów, być może zamiast zielonego ładu, zajęliby się walką z wewnątrzunijnymi rajami podatkowymi. Ich funkcjonowanie to koszt 170 mld euro rocznie. Czy te pieniądze nie przydałby się teraz na ratowanie europejskiej gospodarki? Takie pytania należy stawiać, to może być skuteczne remedium na propagandę sukcesu płynącą z Brukseli.