W czasie niespotykanego dotąd kryzysu na rynku nawozów, wojny na Ukrainie, pandemii koronawirusa, zawirowań cenowych na rynkach energetycznych i innych zagrożeń dla stabilności sektora rolnego w Unia Europejska postanowiła wdrożyć rozporządzenie, którego skutki mogą zniweczyć lata ciężkiej pracy rolników na Starym Kontynencie.

BrittanyMorris/Pixabay

Mowa tu o rozporządzeniu Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie zrównoważonego stosowania środków ochrony roślin i w sprawie zmiany rozporządzenia (UE) 2021/2115. Sama rozwlekła nazwa mówi nam niewiele, ale za dokumentem kryją się rekordowe spadki produkcji roślinnej i zwierzęcej w Unii Europejskiej i konieczność zwiększenia importu towarów rolno-spożywczych spoza Wspólnoty.

O co tu chodzi?

Dzisiejszy kryzys na rynku nawozów – spowodowany rekordowymi cenami gazu – przyprawia polityków i ekspertów (także unijnych) o ból głowy. Co rusz słychać tezy o koniecznej pomocy dla rolników dotkniętych wysokimi cenami nawozów, zagrożeniach płynących z ograniczania produkcji rolno-spożywczej, konieczności podejmowania działań wzmacniających poczucie bezpieczeństwa żywnościowego. To właściwa reakcja, słuszne tezy i scenariusze, które w dobie kryzysu powinny być realizowane z pełną stanowczością.

Tym bardziej dziwić powinno, że niezależne od przepisów unijnych kryzysy odbierane są przez unijnych dygnitarzy jako zagrożenie dla stabilności sektora rolnego, a – mające identyczne konsekwencje – przyszłe kryzysy spowodowane wadliwym prawodawstwem traktowane są jako błogosławieństwo dla udręczonej zmianami klimatycznymi Europy.

Mówiąc zupełnie wprost – wdrażane ograniczenia związane z używaniem chemii rolniczej sprawiają, że europejskie rolnictwo stoi dziś nad przepaścią, a szaleni komisarze zdają się poważnie rozważać zrobienie kroku do przodu.

Celem wadliwego rozporządzenia, które stanowi emanację zasad Europejskiego Zielonego Ładu jest redukcja zużycia pestycydów w Unii Europejskiej o 50 procent w… osiem lat. O połowę! Gdy próbowano wdrożyć podobny plan na plantacjach buraków cukrowych w północnej części Francji w ubiegłym roku, 80 procent zbiorów pożarły mszyce. Dziś podobny scenariusz, ale w odniesieniu do całego obszaru wspólnoty, chcą nam zafundować politycy z Brukseli.

Zapytać wypadałoby także, dlaczego w czasie, gdy Polska posiada stanowisko unijnego komisarza ds. rolnictwa, nasz kraj ma być jednym z najbardziej poszkodowanych nowym prawem? Dlaczego podobne ograniczenia dotkną Holandii, która zużywa średnio 8,8 kg substancji czynnych na hektar i Polski, w której poziom zużycia substancji czynnych w odniesieniu do hektara produkcji rolnej wynosi 2,1 kg (średnia unijna wynosi 3,1 kg substancji czynnej na hektar)?

Czy oni zwariowali?

Najsmutniejsze w tej sytuacji jest wmawianie rolnikom i konsumentom, że żadnych ograniczeń produkcyjnych nie będzie i skrupulatne chowanie do szuflady wyliczeń dotyczących realnych prognoz produkcyjnych.

Pomyślmy logicznie: w jaki sposób ograniczona możliwość walki ze szkodnikami i chorobami oraz odebranie szansy na wspomaganie roślin w rozwoju może przełożyć się na wzrost produkcji? To wie chyba tylko komisarz Wojciechowski. A może naszym celem jest walka ze zmianami klimatu poprzez wypychanie produkcji wysokoobszarowej do np. Brazylii, gdzie pod uprawy soi wycinane będą lasy deszczowe? Tam stosowanie chemii rolniczej z całą pewnością nie wpływa negatywnie na klimat, prawda? Pozostaje jeszcze ważne pytanie o odpowiedzialność, która w ostatnich miesiącach kryzysów goniących kryzysy powinna być dla polityków słowem-kluczem. A zatem: co z bezpieczeństwem żywnościowym Unii Europejskiej?

Gdyby jednak Unia faktycznie dążyła do zrealizowania swojego planu „jeźdźca bez głowy” – co musiałoby się stać? W Polsce można bowiem poczynić pewne kroki – powiedzmy – kompromisowe. Nasz kraj może ograniczyć stosowanie fungicydów, ale wymaga to stosowania podczas siewu specjalnie zaprawionego materiału, który jest droższy. Kto zrekompensuje rolnikom straty finansowe? Nasz kraj może nawet ograniczyć stosowanie insektycydów, zwiększając stosowanie środków biologicznych, które wymagają z kolei zwiększenia liczby prowadzonych zabiegów ochronnych. Wzrost kosztów? Około pięciokrotny. Kto zrekompensuje rolnikom straty finansowe? Wymieniać można by jeszcze długo.

Nie można także zapominać, że kryzysy na rynku produkcji roślinnej niezwłocznie odbijają się na rynkach produkcji zwierzęcej. Mówiąc obrazowo: zwierzęta żywią się roślinami, jeśli rośliny są drogie – droga jest pasza. Zwierzęta jedzące drogą paszę są drogie w utrzymaniu. Drogie w utrzymaniu zwierzęta, to drogie mięso.

Bez pomocy w ramach Wspólnej Polityki Rolnej na lata 2023-2027 nie ma mowy o wdrażaniu podobnych – i tak obarczonych ogromnym ryzykiem – planów. Różne ekspertyzy szacują, że w Polsce planowane ograniczenie możliwości stosowania substancji czynnych spowoduje obniżenie plonowania od (optymistycznie) 15 procent do (pesymistycznie) 50 procent. Niezależnie od wszystkiego będzie drogo i niezdrowo, bo straty powetować będzie należało zwiększeniem importu z krajów bazujących na uprawach modyfikowanych genetycznie – innego wyjścia nie ma. Cóż, przynajmniej wiadomo, komu będzie można podziękować za kolejny kryzys.

Poprzedni artykułCzy Greta Thunberg będzie marznąć z nami?
Następny artykułWyższa płaca minimalna to dobra wiadomość dla… ZUS i NFZ