Absurdów unijnych działań prorozwojowych i – z założenia – także „pro-eko” końca nie widać. Teraz dopiero gospodarstwa domowe i firmy będą mogły zaoszczędzić pieniądze – Unia postanowiła bowiem na nowo… oznaczyć żarówki. Jeśli chodzi o środowisko naturalne, nie zmieni to nic. Dla budżetów domowych i przedsiębiorców powinno natomiast stanowić wyraźny sygnał, że należy chwytać się za kieszenie.

TheDigitalArtist/Pixabay

Rzecz uchwalono już cztery lata temu, ale teraz dopiero zaczyna nabierać kształtów. Od 1 września tego roku na opakowaniach żarówek i innych akcesoriów do oświetlania będzie już coraz mniej oznaczeń A++. A++ klasy oświetlenia. Takie żarówki zostały uznane za przestarzałe. Nowe klasy i etykiety producentów mają poprawić efektywność energetyczną. W założeniu chodzi o zmniejszenie rachunków za energię elektryczną używaną do oświetlania oraz o korzyści dla środowiska naturalnego.

Dyrektywa wchodzi w życie

Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2017/1369 w sprawie żarówek, czyli – jak to się określa uniokratycznym językiem – „ustanawiające ramy etykietowania energetycznego i uchylające dyrektywę 2010/30/UE” uchwalono 4 lipca 2017 roku. Tym samym eurokraci ustanowili harmonogram tzw. przeskalowania produktów wykorzystujących energię. Unia zgłasza wobec azjatyckich (i innych) producentów nowe oczekiwania dotyczące efektywności energetycznej i funkcjonalności źródeł światła, a także osprzętu sterującego. Położono nacisk artykułowanie wymagań w zakresie informacji o produkcie, które „przyczynią się do realizacji celów związanych z przejściem na bardziej zasobooszczędną gospodarkę o obiegu zamkniętym, poprzez wspieranie możliwości naprawy produktów zawierających źródła światła”.

Tyle „słowa unijnego”. Teraz spróbujmy to przetłumaczyć na język zrozumiały dla normalnego człowieka. Nowa skala oznaczeń żarówek ma być bardziej rygorystyczna niż dotychczas. Jeszcze tylko przez stosunkowo krótki okres przejściowy w sklepach, a także w hurtowniach, mają być dostępne oświetlenia oznaczone jako A i B. Potem oczekiwanych jest więcej produktów oświetleniowych „naprawdę” energooszczędnych, oznaczonych kolejnymi literkami alfabetu – klasy C lub D. Jeśli ktoś będzie nadal żywił wątpliwości co do nadzwyczajności tych nowych produktów mających sprzyjać portfelowi konsumenta, a zarazem ochronie środowiska naturalnego, może upewnić się co do tego odczytując kod QR. Odesłany zostanie wówczas do ogólnounijnej bazy danych ze szczegółowymi informacjami na temat nowatorskiego produktu. Dowie się tam też, że np. sprzedając przez internet miał tylko dwa tygodnie (licząc od 1 września) na wycofanie starych żarówek ze sprzedaży.

Teoria sobie, praktyka sobie

Czy nowe etykietowanie żarówek wpłynie na poprawę ich efektywności energetycznej? Można wątpić. A wychodząc z generalnego założenia biznesowego producenci, szczególnie w obecnej sytuacji gospodarki światowej, nie zrobią czegoś lepiej za te same pieniądze. Można więc się spodziewać bardzo wysokiej ceny nowych produktów oświetleniowych.

Niewiele osób o tym wie, ale powszechnie używane LED-y wytwarzają tzw. energię bierną. Za jej powrót do sieci niebawem będzie się płacić nawet więcej, niż za pobór energii czynnej. Przedsiębiorcy już to zauważyli, że do rachunku od dostawcy prądu naliczana jest opłata za tzw. energię bierną. W gospodarstwach domowych ludzie mogą oszczędzać prąd siedząc nawet przy świecach czy lampkach oliwnych. Firmy tego zrobić już nie mogą.

Prozdrowotne i pro-eko?

Czy nowe klasy energetyczne żarówek zmienią coś w kwestii ich niekorzystnego wpływu na zdrowie? Okazuje się, że żadne normy tu nie istnieją. Światło LED jest nieprzyjemne; męczy wzrok i przy dłuższej na nie ekspozycji – psuje go. Jeśli ktoś nie wierzy, niech zapyta lekarza-okulistę.

Obecnie wykorzystywane żarówki LED – w przeciwieństwie do tradycyjnych, kompaktowych – mają też w sobie całą gamę metali ciężkich, jakże często trafiających na wysypiska śmieci. Nie dość bowiem, że są kosztowne w produkcji, to wytrzymują góra 2000-5000h świecenia. W założeniu miały świecić trzykrotnie dłużej – nawet piętnaście lat. A bywa, że psują się już po kilkukrotnym użyciu.

Z pewnością te produkty są – i nadal będą – domeną monopoli globalnych korporacji maksymalizujących zyski. Nowe oznaczenia unijne tego nie zmienią.