– Nie chcemy odstraszać inwestorów, tylko chronić polskie spółki przed wrogimi przejęciami z powodu gorszej sytuacji gospodarczej wywołanej epidemią – przekonywała wicepremier Jadwiga Emilewicz. Jej zdaniem kryzys związany z pandemią może wpłynąć na to, że wyceny polskich spółek będą szczególnie niskie, a ich kondycja finansowa bardzo trudna, przez co mogą stać się „łatwym łupem” dla inwestorów zagranicznych.

– Obecna sytuacja może rodzić niebezpieczeństwo wrogich przejęć polskich przedsiębiorstw o strategicznym znaczeniu – dodawał Tomasz Chróstny, prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. – Rozwiązania, które znalazły się w najnowszym projekcie tarczy antykryzysowej, zapobiegną tej sytuacji.

To właśnie urząd antymonopolowy – według zapisów ustawy – miałby oceniać, czy zakup spółki w Polsce przez podmiot spoza UE jest wrogim przejęciem, czy też zwykłą transakcją rynkową. A chodzi o spółki, których działalność jest ważna dla porządku publicznego, bezpieczeństwa publicznego lub zdrowia publicznego. Do tego katalogu zaliczane są m.in. spółki publiczne, firmy prowadzące działalność gospodarczą związaną z energią elektryczną, gazem, paliwami, telekomunikacją, przetwórstwem żywności, produkcją leków, chemikaliów i nawozów, materiałami wybuchowymi, bronią i amunicją oraz wyrobami technologii o przeznaczeniu wojskowym lub policyjnym. Ustawa obejmie także twórców oprogramowania wykorzystywanego w kluczowych sektorach, takich jak: elektrownie, paliwa, zaopatrzenie w wodę, zaopatrzenie w gotówkę, płatności kartą, szpitale, sprzedaż leków na receptę, transport drogą powietrzną, kolejową, morską lub żeglugą śródlądową, transport drogowy i publiczny oraz zaopatrywanie w żywność.

Pierwotny zapis projektu ustawy zakładał wzięcie pod lupę wszystkich potencjalnych inwestorów pochodzących spoza krajów UE. Niemal natychmiast pojawiły się komentarze mówiące, iż nowe przepisy w proponowanej formie utrudnią inwestycje w Polsce chociażby firmom amerykańskim, brytyjskim, australijskim, czy japońskim, co może wpłynąć również na powodzenie rodzimych inwestycji i osłabić polskich przedsiębiorców. Nieprecyzyjne zapisy co do mechanizmów ochrony oraz liczby chronionych branż sprawiłyby też wydłużenie się okresu planowania biznesowego, a w pewnych sytuacjach mogłyby nawet sparaliżować inwestycje. Pisał o tym również nasz portal.

Niektórzy przekonywali, że przepisy budzą wątpliwości, co do zgodności z Konstytucją RP i prawem unijnym. Naruszają też międzynarodowe traktaty i mogą skłonić do dyplomatycznych sprzeciwów, co w dobie kryzysu byłoby dodatkowym elementem szkodzącym gospodarce. Krótko mówiąc, to zły sygnał dla obecnych inwestorów, którzy nie będą mieli komu odsprzedać inwestycji w Polsce po wprowadzeniu tego zapisu.

Różnie można było te opinie oceniać, niemniej kierunek, którym podążył rząd, wydawał się (i nadal się wydaje) kierunkiem jak najbardziej słusznym. W stosunku do Chin, czy Rosji – rzeczywiście powinniśmy być wyjątkowo ostrożni. Inna sprawa to USA i Wielka Brytania. Pytanie, czy nałożenie restrykcji inwestycyjnych na te państwa nie podważyłoby naszych dobrych relacji gospodarczych i politycznych z nimi, wydaje się uzasadnione. Tak samo jak sugestia, że przepisy w pierwotnym kształcie preferowałyby inwestorów niemieckich, co akurat z naszego punktu widzenia wcale nie byłoby mądrym rozwiązaniem.

Projekt ustawy wraca z Senatu, w piątek zajmie się nim z powrotem Sejm. Wraca „poprawiony” – te same prawa, które dotyczyć będą potencjalnych inwestorów z krajów UE, rozszerza na inwestorów amerykańskich i brytyjskich. Poprawka wydaje się słuszna i sensowna. Zobaczymy, jak odczyta ją większość w Sejmie.