Tylko do 1 stycznia 2021 roku rolnicy będą mogli wykorzystywać do skarmiania zwierząt pasze zawierające komponenty modyfikowane genetycznie. W praktyce oznaczać to może utratę rentowności wielu sektorów krajowej produkcji rolnej i brak możliwości wyżywienia zwierząt w gospodarstwach.

Rolnicy apelują do ministra rolnictwa o pilną nowelizację ustawy o paszach, która tylko do 1 stycznia przyszłego roku dopuszcza możliwość stosowania w skarmianiu zwierząt komponentów GMO. Sytuacja jest dramatyczna, ponieważ w praktyce brak zmian tych szkodliwych regulacji będzie skutkował brakiem wysokobiałkowych pasz niezbędnych do utrzymania żywego inwentarza.

Gdzie leży zagrożenie

Polska – dzieląc ten problem z większością krajów Unii Europejskiej – nie jest państwem samowystarczalnym pod względem produkcji roślin białkowych. Rodzimi dostawcy zapewniają rolnikom rocznie zaledwie 300 tysięcy ton tego typu komponentów – to niewiele wobec zapotrzebowania, które wynosi nad Wisłą aż 4,3 mln ton rocznie. Naturalnym jest, że tę różnicę niweluje się importem surowca, którym zazwyczaj jest, w tym przypadku, śruta sojowa; stosunkowo niedroga i niezwykle efektywna w żywieniu zwierząt. Nie jest ona jednak wolna od GMO, co sprawia, że brak nowelizacji ustawy może zamknąć rolnikom dostęp do tego komponentu.

Postawiłoby to rolników w dramatycznej sytuacji – w szczególności producentów drobiu i trzody chlewnej, dla których śruta sojowa stanowi 63 procent wysokobiałkowych surowców paszowych stosowanych w gospodarstwach. Brak reakcji ze strony resortu rolnictwa zmusi hodowców do zakupu droższych komponentów, które w praktyce postawią ich gospodarstwa nad przepaścią. Decyzje muszą zostać podjęte natychmiast, ponieważ właśnie w tym momencie w gospodarstwach zapadają decyzje dotyczące zatowarowania paszowego na rok 2021. Na zapotrzebowanie rolników odpowiedzieć muszą z kolei przedsiębiorstwa paszowe, które już dziś informują, że w przypadku braku nowelizacji ustawy nie podołają popytowi ze strony krajowych gospodarstw. Czas nagli także ze względu na wciąż nieprzewidywalne skutki pandemii koronawirusa, która znacznie utrudnia skuteczne planowanie logistyczne.

Tak więc potencjalne skutki mogą okazać się druzgocące. Ucierpią hodowcy drobiu, bydła mlecznego i mięsnego, trzody chlewnej, zwierząt futerkowych, producenci pasz, logistycy, wędliniarze, pracownicy ubojni i szereg innych przedsiębiorców. Zakaz stosowania pasz GMO może poskutkować drastycznym obniżeniem poziomu zatrudnienia. Izba Zbożowo-Paszowa szacuje, że potencjalne zwolnienia objąć mogą nawet kilkadziesiąt tysięcy osób ponieważ udział pasz w całkowitych kosztach gospodarstw hodowlanych wynosi od 70 do 80 procent.

Sama ustawa – w przypadku niewprowadzenia zmian – uderzy także w sektor produkcji roślinnej, ponieważ większość zbóż produkowanych w naszym kraju ma przeznaczenie paszowe.

Zbędna ustawa

Ustawa o paszach nowelizowana była już wielokrotnie. Za każdym razem chodziło o przesunięcie terminu vacatio legis. Przesunięć dokonywali już Krzysztof Jurgiel i Jan Krzysztof Ardanowski. Rolnicy obawiają się jednak, czy nowy szef resortu – Grzegorz Puda – znany ze swojego „ekologicznego” usposobienia, zdecyduje się na nowelizację ustawy. Podają także w wątpliwość sam sens istnienia tego dokumentu i trzeba przyznać, że mają ku temu logiczne argumenty. Otóż zapis o zakazie stosowania surowców GMO do produkcji pasz stał się bezprzedmiotowy w momencie wejścia w życie ustawy o oznakowaniu produktów wytworzonych bez wykorzystania organizmów genetycznie zmodyfikowanych jako wolnych od tych organizmów, która daje konsumentom możliwość wyboru między nabyciem produktów GMO lub pozbawionych GMO. Dodatkowo – żadne państwo członkowskie Unii Europejskiej nie wprowadziło zakazu stosowania pasz GMO w skarmianiu zwierząt, zdając sobie sprawę z potencjalnych kosztów ekonomicznych.

Gospodarze podnoszą też trudną kwestię planowanego wejścia w życie limitów, które określać mają maksymalny udział krajowych surowców paszowych wykorzystywanych do produkcji pasz przemysłowych. Może się to przełożyć na zauważalny wzrost kosztów, które ponosić musieliby krajowi przedstawiciele sektora hodowlanego, co z kolei wpłynęłoby na osłabienie konkurencyjności polskiego rolnictwa.

Polska produkcja roślin wysokobiałkowych wymaga pomocy państwa, które – w ramach resortu rolnictwa – powołać powinno specjalną grupę zadaniową, której celem będzie stymulowanie krajowego rynku produkcji białka roślinnego. W przeciwnym razie Polska nadal uzależniona będzie od ekologicznych kaprysów i silnej rynkowej konkurencji na rynku pasz, mając jednocześnie w ręku wszystkie karty, które pozwalają uwolnić się z istniejącej wiele lat matni.