„Walka z dezinformacją” wkracza w kolejną fazę. Czy ostateczną? O tym w swoim najnowszym felietonie Michał Góra.

Żyjemy doprawdy w ciekawych czasach. Instruuje się nas wprawdzie, że znajdujemy się w najwyższej formie rozwoju społecznego, jaką jest demokracja liberalna. Z tego powodu niejaki Francis Fukuyama ogłosił nawet „koniec historii”. Amerykańsko-japoński myśliciel nie wiedział chyba, że ćwierć wieku później pojawią się takie zjawiska jak prawicowy populizm w stylu trumpowskim z jednej strony, czy autorytarno-technokratyczne ciągoty po lewej stronie politycznej barykady. Współcześni w ogóle cierpią na chorobę „ekscepcjonalizmu” (to kalka z angielskiego słowa exceptionalism). Nasze przekonanie o własnej wyjątkowości dotyczy zresztą nie tylko osiągnięć, ale także przywar. Wydaje się nam, że aktualne ułożenie stosunków społecznych to przejaw najgorszego rasizmu w dziejach ludzkości, że Trump i PiS to najgorsi kłamcy i faszyści w dziejach, a aktualna pandemia to najdotkliwsza zaraza, z jaką mierzą się ludzie od czasów faraona. Wszystko to jest oczywiście iluzją i przejawem myślenia ahistorycznego.

Na to nałożyła się jeszcze kwestia poprawności politycznej i chęci swego rodzaju cenzury, występującej pod takimi nazwami urzędowymi jak „fact-checking” czy „walka z dezinformacją”. Oczywiście, aksjologia całego tego systemu jest dziurawa i wewnętrznie sprzeczna. Naucza się nas na przykład, że rozwiązanie wszelkich problemów społecznych tkwi w polityce opartej na dowodach („evidence-based policies”) i szacunku dla faktów naukowych. O ile na podstawowym poziomie jest to oczywiście absolutna prawda, o tyle – tak jak każde inne zjawisko pod słońcem – może zostać skrzywione i przyjąć niebezpieczną postać nadmiernej wiary w opinię ekspertów oraz przenoszenia prawideł charakterystycznych dla nauk przyrodniczych do sfery społecznej, co nazywa się „scjentyzmem”. Fryderyk August von Hayek określił ten fenomen bardziej poetycko jako „Nadużycie Rozumu”. Tak też zatytułował swoją książkę, w której krytykuje przesadną, saint-simonowską wiarę w racjonalizm, prowadzącą w istocie do ograniczenia ludzkiej wolności.

Obserwując niektóre wypowiedzi ekspertów związanych ze zdrowiem publicznym, mam wrażenie, że zachodni intelektualiści cierpią na tę chorobę. Być może traktują to tylko jako czasową, ekstremalną przeciwwagę dla ruchów anty-naukowych, a więc narrację przyjętą na czas kryzysu. Może też być tak, że naprawdę wierzą w swoisty sojusz dekretowo-salonowej polityki z autorytarno-twitterową nauką. To ostatnie oznacza, że musimy zapomnieć o rzeczywistości, w jakiej przecież w miarę komfortowo żyło nam się jeszcze przed 2020 rokiem.

Co więcej, pomimo tej formalnie deklarowanej przez społeczeństwo wiary w fakty naukowe, proszę spróbować głośno argumentować, że istnieją tylko dwie płci. Możecie Państwo wówczas skończyć tak, jak młody biolog Łukasz Sakowski, autor naukowego bloga „To Tylko Teoria”. Aktywiści społeczni oskarżyli go o „transfobię”, a to jedna z najgorszych łatek, jakie mogą obecnie przylgnąć do człowieka. Co ciekawe, niekiedy w mainstreamowych mediach liberalnych pojawia się zupełnie przeciwny pogląd. Na przykład dziennikarka Deutsche Welle Katja Sterzik stwierdziła, że „istnieje dziś szeroki konsensus naukowy: istnieje całe spektrum płci”. To komu w końcu wierzyć, młodemu polskiemu biologowi czy niemieckiej dziennikarce naukowej?

Z uwagi na to, że Łukasz Sakowski – podobnie jak wyżej podpisany – popiera także energię atomową, obawiam się, że niedługo zostanie zaatakowany przez ekoaktywistów z Green Peace. Twierdzą oni bowiem, że energia atomowa wcale nie rozwiąże problemu zmian klimatów. Nie wspominają jednak o tym, że wiatraki i panele solarne mogą nie uratować ludzi przed zamarzaniem i utratą dotychczasowego poziomu życia. Oczywiście z drugiej strony barykady naukowcy z całą pewnością są atakowani przez ekstremistów antyszczepionkowych, co tylko pokazuje, w jakim dziwacznym społeczeństwie przyszło nam żyć.

Wspominałem także o kwestii walk z dezinformacją. Jest to jednak broń obuchowa, po którą powinniśmy sięgać tylko w ostateczności. Ostatnio pojawiły się wezwania do walki nie tylko z dezinformacją „medyczną”, ale także „klimatyczną” (np. na łamach naukowego działu The Guardian).

O ile rozumiem to, że nieposiadający odpowiedniego doświadczenia i dostępu do superkomputerów laicy nie powinny decydować o tym, czy i w jakim zakresie ludzie mają wpływ na zmiany klimatu, o tyle mimo wszystko pozostaje całkiem spory margines, gdzie dyskusja dotyczy podejmowania decyzji o charakterze politycznym. Ktoś może na przykład argumentować, że pilniej powinniśmy się zająć innymi kwestiami niż klimat (choćby tym, jak nie cofnąć się do czasów sowieckiej Rosji i zapewnić obywatelom dostęp do nieprzerwanej, stabilnej energii) i tam lokować więcej uwagi i środków.

Jakby tego było mało, amerykański przedsiębiorca i Youtuber George Gammon żartobliwie napisał na Twitterze, że niedługo media społecznościowe zajmą się z całą pewnością „dezinformacją ekonomiczną”. Jeśli więc napiszę w swoim felietonie, że „wolny rynek działa lepiej niż interwencje państwowe” prawdopodobnie zlecą się namolni fact-checkerzy, oznaczą moją wypowiedź jako „fałszywą” albo „zwodzącą”. Powołają się na link z gazety, w której stwierdzono, że tacy to a tacy naukowcy obliczyli, jakoby redystrybucja dochodu pozwoliła osiągnąć lepszy skutek niż pozostawienie pieniędzy w rękach ludzi, którzy je zarobili. Pomimo tego ja będę nadal się upierał, że zazwyczaj sprawiedliwej jest zostawić je w rękach prawowitego właściciela.