Od marca ubiegłego roku nieustannie nasuwa się pytanie: czy tłumacząc się wyższą racją – w tym wypadku bezpieczeństwem epidemicznym – rządzący mają prawo stawiać walkę z pandemią ponad wolność obywatelską? W tym wypadku mówimy o wolności prowadzenia działalności gospodarczej. Opisanej i zdefiniowanej w Konstytucji RP.

Nie tylko Polska zmaga się od ponad roku z COVID-19. To problem światowy. Od strony medycznej zadziałać tu może jedna, tożsama dla wszystkich krajów broń w postaci leku. Czym innym są jednak problemy ekonomiczny, gospodarczy i społeczny. Słuszne remedium stosowane w jednym z dotkniętych kryzysem państw nie musi być właściwe w innym. Dlatego z niecierpliwością czekamy na wypracowywanie modeli najlepszych dla Polski, zamiast kopiowania tego, co robią inni. Tymczasem najczęściej słyszymy, że przecież nie jest tak źle, że gdzie indziej jest o wiele gorzej, zastosowano większe restrykcje, a my jesteśmy bardziej liberalni. Takie stwierdzenia nie uzdrowią gospodarki. Potrzebne jest tu natomiast odważne, samodzielne rozwiązanie, które z jednej strony pokaże, że jesteśmy suwerennym, niezależnym od nikogo państwem, że sami ustalamy reguły. Z drugiej strony będzie to rozwiązanie, które w przełożeniu na warunki polskiej gospodarki rzeczywiście doprowadzi do realizacji oczekiwanych celów. Niestety obecnie widzimy tylko żonglowanie statystykami i sondażami. Generowane są gigantyczne, trudne do oszacowania koszty, które będziemy musieli ponosić zapewne co najmniej przez dekadę. To koszty ekonomiczne i społeczne dotyczące obniżenia jakości życia i regresu w całej gospodarce.

Skala i sposób zamrażania gospodarki przez rząd jest niezrozumiała. Czy istotnie zestawienie ich z konieczną ochroną zdrowia daje zaplanowany przez rządzących efekt? Raczej wątpliwe. Pamiętajmy, że sektor MŚP generuje co drugą złotówkę w polskim PKB. Jakie są skutki rządowych rozporządzeń, na mocy których zamknięto część biznesów, karząc przedsiębiorców grzywnami i mandatami w dodatku na podstawie wątpliwych legislacyjnych podstaw? Jeden skutek jest oczywisty: odebrano polskim przedsiębiorcom możliwość pracy i zarobkowania. Nie mają oni możliwości zrealizowania podstawowego celu swojej działalności. Zlekceważono rolę i znaczenie polskich przedsiębiorców.  Z takim podejściem nie mamy szans na bycie silnym i szybko rozwijającym się państwem.

Obecnie mamy ponad 100 dni zamknięcia branży HoReCa (hotelarsko-gastronomicznej). Zamknięcie tego sektora oznacza w bliskiej perspektywie zwolnienie tysięcy Polaków z pracy. To również uszczuplenie wpływów do budżetu spowodowane zamykaniem przedsiębiorstw. Czy słusznie zatem przedsiębiorcy zaczęli się buntować?

W państwie prawa powinny istnieć jasno określone zasady. Rządzący nie mogą tworzyć ad hoc nieprzemyślanych regulacji prawnych. Co najważniejsze, regulacje te często nie dają się uzasadnić ani wyższymi, ani nawet chwilowymi potrzebami, a prowadzą wręcz do ograniczenia fundamentalnych praw. Co najgorsze, postępujące w nich zmiany nie dają się w żaden sposób przewidzieć. Zamykanie całych branż na miesiące, z niedochowaniem terminu otwarcia, bez precyzyjnego wyjaśnienia, dlaczego niektórzy mogą legalnie działać, a inni muszą pozostać zamknięci, w dodatku (mimo zapewnień) bez finansowego wsparcia, budzi sprzeciw. Zdesperowani przedsiębiorcy w istocie nie otrzymali pomocy albo była ona minimalna. W dużej mierze zostali (mimo apeli rzecznika MŚP) pominięci w uprzywilejowanych kodach PKD. Huśtawka związana z otwieraniem i zamykaniem działalności to droga do upadku finansowego. Tak nie da się prowadzić biznesu, nikt nie jest w stanie w taki sposób funkcjonować. Przedsiębiorcy chcieliby przygotować sobie jakiś plan, strategię minimum na kilka miesięcy. W takich warunkach niech nie dziwi fakt, że wielu z nich powiedziało dość i mimo zakazu postanowiło otworzyć swoje działalności, w czym pomogło poparcie społeczeństwa. Pamiętajmy bowiem, że zbyt duże obostrzenia to również rosnące niezadowolenie społeczne, a brak przemyślanych przez rządzących działań tylko je pogłębia.

Co więc powinien teraz zrobić rząd? Oczywiście zacząć od stopniowego rozmrażania gospodarki. Środki wsparcia są swoistą kroplówką, która może chwilowo wesprzeć poszczególne branże. Jednakże w żadnym wymiarze nie są w stanie zastąpić możliwości normalnego prowadzenia biznesu. Według mnie należałoby położyć nacisk na dofinansowanie metod i rozwiązań poprawiających reżim sanitarny. Zresztą przedsiębiorcy sami deklarują, z pełnym zrozumieniem, że takich restrykcji sanitarnych będą przestrzegać. Można prowadzić biznes w modelu obostrzeń sanitarnych, nie można jednak tego biznesu zamykać na nieokreślny czas i bez jasnych strategii wyjścia z tej sytuacji. To droga donikąd.

Poza tym należałoby się opierać na twardych danych, najlepiej pochodzących z naszego kraju. Amerykańskie czy zachodnioeuropejskie czasopisma naukowe nie powinny być wyznacznikiem wprowadzania lockdownu w Polsce. Rząd powinien oprzeć się na głosie naszych naukowców: lekarzy i ekonomistów, jak np. Apel w sprawie racjonalizacji polityki anty-Covid w Polsce z dnia 27 listopada 2020 – w odpowiedzi na konsultacje rządowe w sprawie nowych zasad bezpieczeństwa w związku z pandemią koronawirusa. Tylko taka współpraca pozwoli na prawidłowe zaplanowanie działań tak, aby gospodarka również ucierpiała najmniej. Poza tym niezbędny jest powrót do jasno określonych kryteriów wprowadzania restrykcji oraz czasu ich trwania. Taki, niestety, niezrealizowany plan był ogłoszony przez premiera w listopadzie. Dziś przedsiębiorcy muszą walczyć o to, by móc prowadzić własny biznes. Dużo firm obawia się, żebędzie do czego wracać. Zamykanie i wykupywanie naszych rodzinnych przedsiębiorstw już staje się faktem. Jeśli szybko nie nastąpią odważne zmiany w podejściu do polskiego przedsiębiorcy, nasza gospodarka nam tego nie wybaczy. A konsekwencje odczujemy wszyscy.