Gdyby przyjrzeć się uważnie wpływom podatkowym z ostatnich kilkunastu lat (biorąc pod uwagę główne podatki, czyli PIT, CIT, VAT i akcyzę), szybko zauważylibyśmy, że suma zapłaconych przez Polaków danin rośnie w bardzo szybkim tempie.

Źródło: gov.pl
Reklama

W 2005 r. budżet państwa zebrał z podatków niecałe 120 mld zł. W roku 2019 (nie ma jeszcze kompletnych danych za 2020) było to już ponad 367 mld zł. Krótko mówiąc, w ciągu półtorej dekady wpływy podatkowe zdążyły się potroić. Czy oznacza to jednak, że podatki stale rosną? Odpowiedź na tak postawione pytanie brzmi: i tak, i nie.

W 2005 r. na statystycznego Polaka (czyli w przeliczeniu na każdego obywatela, bez względu na wiek i możliwość zarobkowania) przypadało 3127,62 zł podatku. W 2019 r. było to już 9569 zł. Czyli – co dość oczywiste – także ponadtrzykrotnie więcej.
Musimy jednak pamiętać, że w tym czasie wzrosły także nasze dochody oraz PKB Polski. Przypomnijmy zatem, że płaca minimalna w 2005 r. wynosiła 849 zł, a w 2019 r. – 2250 zł. Wzrosła zatem w tym czasie nieco ponaddwukrotnie. Zatem minimalne wynagrodzenie rośnie zdecydowanie wolniej niż wpływy podatkowe.

Dochody rosną wolniej

Warto jeszcze zwrócić uwagę na tzw. dochód do dyspozycji. Czyli pieniądze, które teoretycznie zostają nam do dyspozycji na nasze własne wydatki. Na podstawie wyników badania z 2018 r. (prowadzonego przez GUS) przeciętny roczny ekwiwalentny dochód do dyspozycji w Polsce wyniósł 31 235 zł. W stosunku do roku 2015 odnotowano wzrost dochodu o prawie 17 proc. (z 26 679 zł), natomiast w stosunku do roku 2008 było to ok. 67 proc. (z 18 685 zł). Jak widać, dynamika tego wzrostu jest niższa od dynamiki wzrostu wpływów podatkowych do budżetu centralnego. Co prawda więc bogacimy się, ale nie w takim samym tempie, jak „bogaci” się fiskus.

Dla porządku dodajmy jeszcze, że z badań unijnych (prowadzonych przez Eurostat) wynika, iż dochód do dyspozycji wynosił w Polsce w 2008 r. 8004 PPS, a w 2018 r. 12 952 PPS (PPS to „standard siły nabywczej” – z jęz. ang. purchasing power standard, czyli umowna waluta wykorzystywana przez Eurostat do wyrażania realnego poziomu PKB, eliminująca m.in. różnice w cenach). Zwiększył się zatem nieco więcej niż o połowę. Dla porównania w Estonii wynosił on w 2018 r. 15 038 PPS, a na Węgrzech 9716 PPS. Z kolei w bogatych Niemczech wynosił 24 876 PPS na osobę. Czyli dwukrotnie więcej niż w Polsce. Najwyższy wskaźnik ma Luksemburg, gdzie jest to ponad 38 tys. PPS.

Warto także zobaczyć, jak się ma kwota zbieranych podatków do PKB. W 2005 r. podatki stanowiły równowartość 18,13 proc. PKB. W 2019 r. stanowiły natomiast 17,51 proc. Generalnie, w zależności od tempa wzrostu gospodarczego, wskaźnik ten oscylował w ciągu ostatnich 15 lat pomiędzy 16,05 do nawet 19,98 proc. W praktyce można by jednak przyjąć, że z tej perspektywy wysokość obciążeń podatkowych pozostaje na w miarę stałym poziomie.

Struktura wpływów

Wyraźnie zmienia się natomiast struktura wpływów podatkowych. Spada udział w dochodach państwa podatków dochodowych, a rośnie udział podatków pośrednich. Te ostatnie w 2005 r. wynosiły ok. 43 proc. zebranych przez państwo podatków. W 2018 r. była to już połowa. W liczbach wygląda to tak, że VAT liczony na „głowę statystycznego Polaka” w 2008 r. wynosił 1352,80 zł, a w roku 2019 już 4712,86 zł, czyli niemal czterokrotnie więcej.

Oznacza to, że coraz więcej podatków wpłacamy nie bezpośrednio na rachunki fiskusa, ale za pośrednictwem sklepowych kas. Warto o tym pamiętać, bo często zapominamy, że płacąc w sklepie za konkretny towar, w sporej części płacimy też zawarte w cenie podatki. Z tytułu samego VAT dopłacamy przecież najczęściej 23 proc. A przecież sprzedawcy przerzucają na klientów w cenie produktów także inne obciążenia (m.in. podatek dochodowy oraz ZUS).

To właśnie w rosnącej sile VAT kryje się przede wszystkim (choć nie tylko) tajemnica rosnących wpływów do budżetu, mimo w miarę stałych stawek podatkowych. W miarę, bo musimy pamiętać, że o ile stawki VAT w pewnym momencie wzrosły z 22 do 23 proc., o tyle stawki podatków dochodowych były obniżane.

Czy istnieje jednak możliwość, by przy stałych – lub nawet obniżanych stawkach – obciążenia podatkowe rosły? Oczywiście. Klucz tkwi bowiem nie w stawkach, ale w podstawie, od której są naliczane. W zakresie podatków dochodowych można przecież zachować stawki lub nawet je obniżyć, ale równocześnie zlikwidować ulgi (a tak się przecież stało), czy też ograniczyć firmom możliwość zaliczania pewnych wydatków do kosztów (wystarczy porównać, jak od 2008 r. wydłużyła się lista takich wyłączeń), by przy niższych stawkach zebrać dokładnie tyle samo, a nawet nieco więcej z podatków niż wcześniej. W przypadku VAT ten sam efekt można osiągnąć, przesuwając towary i usługi z grupy opodatkowanych niższymi stawkami do tej, w której płaci się stawkę podstawową.

Możliwości państwa w tym zakresie są nieograniczone, czego najlepszym (choć negatywnym) przykładem jest objęcie spółek komandytowych podatkiem CIT.

Kryzys? Jaki kryzys…

Wydawać by się mogło, że przedstawiony obraz mogą zakłócić dane za 2020 r., czyli rok pandemii. Wiele wskazuje jednak na to, że odchylenia te nie będą aż tak istotne, jak można by oczekiwać. Przynajmniej w sferze wysokości wpływów podatkowych oraz ich relacji do PKB oraz wysokości wpłat liczonych na głowę statystycznego Polaka.

Nie są, co prawda, znane jeszcze dane za grudzień 2020 r., jednak szacunkowe dane na koniec listopada (za 11 miesięcy) wskazują, że:
* w zakresie CIT zebrano ok. 37,7 mld zł (plan roczny 38,5 mld zł), co stanowi 98 proc. zaplanowanych na ten rok wpływów z tego tytułu,
* w zakresie PIT – 57,2 mld zł (budżet 64,1 mld zł), czyli 89,2 proc. planu
* w zakresie podatków pośrednich (VAT i akcyza) to z kolei 235,1 mld zł (budżet 240,7 mld zł), czyli 97,7 proc. planu.
Wykonanie budżetu wydaje się zatem w tej części raczej niezagrożone.

Trzeba jednak pamiętać, że wielkości podane jako plan budżetowy wynikają z budżetu znowelizowanego już w trakcie trwania pandemii. Są zatem niższe niż rok wcześniej. Wówczas z tytułu CIT zebrano niemal 40 mld zł (1,5 mld więcej niż obecny plan), z PIT prawie 65,4 mld zł (1,3 mld więcej niż obecny plan), a z podatków pośrednich ponad 253,2 mld zł (o 12,5 mld zł więcej niż obecny plan). W sumie założone spadki nie są zatem aż tak wielkie, jak mogłoby się w pierwszej chwili wydawać.

Biorąc jednak pod uwagę, że pandemia w sposób krytyczny odbiła się również na stanie liczebnym Polaków (w 2020 r. mieliśmy najwięcej zgonów od czasów zakończenia drugiej wojny światowej) oraz wpłynie także na wzrost PKB (OECD szacuje, że PKB Polski spadnie w 2020 r. o około 3,5 proc.), nie wydaje się, by pokazane wcześniej wskaźniki (średni podatek na jednego Polaka i wielkość podatków w stosunku do PKB) miały w znaczący sposób się zmienić.

Zabawa liczbami

I na zakończenie jeszcze uwaga. Wszystkie przedstawione wyliczenia mają oczywiście charakter statystyczny. Jeżeli zatem mówimy, że statystyczny Polak zapłacił w roku X około 2000 zł z tytułu VAT, to wcale nie oznacza, że tak faktycznie było w przypadku każdego z nas. Statystyka ma to do siebie, że uśrednia pewne wielkości. Jeśli zatem dwóch Polaków nie zapłaci w ogóle podatku, a trzeci zapłaci 6000 zł, to średnio licząc „na głowę” zapłacili oni po 2000 zł. Warto o tym uproszczeniu pamiętać. Tym bardziej, że Polski system podatkowy jest dziś skonstruowany tak, że spora część obywateli może całkowicie uniknąć płacenia podatku PIT dzięki uldze na dzieci (ale już nie VAT). Zaś niewielka, w stosunku do całej populacji grupa, płaci podatki na dość wysokim poziomie. I nie chodzi tu o relację procentową płaconych podatków do zarobków, ale o realnie wpłacane do kasy państwa pieniądze. Z tej perspektywy o wiele bardziej „sprawiedliwy” wydaje się VAT, który wszyscy zostawiamy przy sklepowych kasach dokonując codziennych zakupów.

Wyliczenia te mają też to uproszczenie, że nie uwzględniają faktycznej liczby podatników, tylko przyjmują za punkt odniesienia liczbę Polaków, bez względu na wiek (noworodek, który nie zarabia, liczy się tak samo jak aktywny zawodowo 30-latek) oraz aktywność zarobkową. Zważmy jednak, że gdyby wpływy te przeliczyć na rzeczywistą liczbę podatników, dane te nie uległby aż tak istotnej zmianie, jeśli chodzi o wskaźniki obciążeń. Wyższe byłyby natomiast jednostkowe wartości takiego obciążenia (średnia płacona przez jednego podatnika w złotych).

Mimo iż wyliczenia statystyczne są swego rodzaju zabawą liczbami, zapewne warto się nad wynikami takich zabaw głębiej zastanowić. Pozwoli to na zyskanie nieco szerszej i zupełnie innej perspektywy od tej serwowanej nam na co dzień w oficjalnych przekazach medialnych.