Skąd się bierze przekonanie zdecydowanej większości naszych obywateli, że rządowi pieniądze kocą się w piwnicy, więc wystarczy tylko nacisnąć, a rząd z lochu wyjmie ile trzeba, żeby również obywatele mogli sobie to i owo umoczyć w melasie? – zastanawia się w najnowszym felietonie Stanisław Michalkiewicz.

Kiedy codziennie słyszymy komunikaty, ile rząd „dobrej zmiany” sypnął a to obywatelom, a to dzieciom, a to uchodźcom, a to ich potomstwu, trudno oprzeć się wrażeniu, że premier Morawiecki i jego kamanda w lochach pod Kancelarią Premiera dokopali się jakiejś żyły złota i jak tylko trzeba komuś sypnąć w oczy złotym piaskiem, to raz i drugi ruszą łopatą i sprawa załatwiona. Bardzo możliwe, że tak właśnie myśli 38 proc. obywateli naszego nieszczęśliwego kraju, bo jakże inaczej wytłumaczyć utrzymujące się na tym poziomie poparcie dla PiS?

Fenomen ten godzien rozbiorów, tym bardziej że Donald Tusk i jego Volksdeutsche Partei plują sobie w brodę, że w czasach dobrego fartu nie wpadli na pomysł, by zacząć przekupywać obywateli ich własnymi pieniędzmi, tylko wszystko chcieli zeżreć sami. Tymczasem Naczelnik Państwa na ten pomysł wpadł, co przyniosło jego politycznemu „gangowi” już drugą kadencję parlamentarną i dostęp do konfitur władzy. W ramach tego dostępu, zgodnie z biblijną zasadą, by nie zawiązywać gęby wołowi młócącemu, każdy członek „gangu”, a nawet jego politycznego zaplecza, może sobie do woli umoczyć pysk w melasie – byle tylko okruszkami ze stołu pańskiego dzielić się z obywatelami. Tak właśnie było za Gierka, w którego musiał się zapatrzeć Naczelnik, bo pamiętamy, jak wychwalał go pod niebiosa jako „patriotę”, chociaż to właśnie z jego inicjatywy sojusz z ZSRR został wpisany do konstytucji. Ale bo też Gierka z nostalgią wspominają tłumy rodaków, toteż Naczelnik wyciągnął z tego wnioski.

Mamy tedy dwa wyjaśnienia tego fenomenu. Po pierwsze, musimy przypomnieć spostrzeżenie Winstona Churchilla, który naród polski scharakteryzował jako wyjątkowo lekkomyślny. Wiedział, co mówi, bo czyż najlepszym dowodem naszej lekkomyślności nie było to, że zaufaliśmy właśnie jemu? Ale lekkomyślnością wszystkiego wytłumaczyć się chyba nie da, bo drugim wyjaśnieniem, jakie się nasuwa, jest właśnie przekonanie zdecydowanej większości naszych obywateli, że rządowi pieniądze kocą się w piwnicy, więc wystarczy tylko nacisnąć, a rząd z lochu wyjmie ile trzeba, żeby również obywatele mogli sobie to i owo umoczyć w melasie. Nie chodzi tu tylko o te 38 proc. zwolenników rządu „dobrej zmiany”, bo podobnie muszą uważać również sympatycy innych ugrupowań politycznych, które podczas ostatniej kampanii wyborczej licytowały się, które sypnie obywatelom więcej okruszków, żeby i oni sobie podziobali. Jedyną formacją, która w tej licytacji nie wzięła udziału,  była Konfederacja, która z tego, a pewnie i z innych powodów, balansuje na granicy klauzuli zaporowej. Bardzo możliwe, że właśnie taki niewielki odsetek obywateli naszego nieszczęśliwego kraju rozumie, w jaki sposób funkcjonuje państwo i finanse publiczne.

W takim razie można zwątpić w potrzebę uprawiania demokracji, bo ona funkcjonuje jako mechanizm wzajemnego okradania się obywateli. Dzielą się oni na grupy („najpierw jest tak: tworzą się grupki; tutaj Tuwimy, tam Kadłubki, tu nacje te, tu te” – pisze poeta), a więc na „seniorów” i „młodzież”, a także „kobiety” i resztę, a ta resztą – na budżetówkę i sektor prywatny, który z kolei dzieli się według grup zawodowych, podobnie zresztą jak budżetówka. Kiedy strajkują nauczyciele, rząd sypie im trochę okruszków, kiedy z kolei policjanci – to im też posypuje – i tak dalej, i tak dalej. Żeby komuś dać, rząd w takiej czy innej formie musi od kogoś wziąć i w rezultacie cała ta repartycja jest grą o sumie zerowej, w której nikt nie wygrywa – oczywiście  z wyjątkiem „gangów”, które tej repartycji dokonują. Jest prawie pewne, że gdyby obywatele to zrozumieli – a przecież nie przekracza to możliwości umysłu ludzkiego – to musiałoby to doprowadzić do zasadniczej zmiany polityki państwa, zarówno gospodarczej, jak i każdej innej. Ponieważ jednak większość otumaniona propagandą tego nie rozumie, to polityczne gangi bez skrępowania z tego korzystają.

Tedy z jednej strony od rządu płyną w kierunku obywateli, a także uchodźców, którzy dzięki temu mają lepiej niż u siebie w kraju, bo przecież uchodzili stamtąd i to w skali masowej, zanim jeszcze pojawiła się groźba wojny – a z drugiej strony rząd zasysa pieniądze od obywateli. Nawiasem mówiąc, wojna, jaką NATO prowadzi z Rosją na Ukrainie, jest dla rządu „dobrej zmiany” prawdziwym darem Niebios, bo wszystko można zwalić na Putina, nawet „Putininflację”. Tymczasem przyczyną była histeria epidemiczna, w ramach której rząd samowolnie zamykał lub blokował całe gałęzie gospodarki. Jak wiemy, żeby zatrzeć to niemiłe wrażenie, sprokurował „tarczę antykryzysową”, w ramach której stworzone specjalnie struktury biurokratyczne odbierały pieniądze i je rozdawały. Ponieważ one też zasmakowały w konfiturach władzy, już teraz słyszymy, że we wrześniu epidemia znowu zmartwychwstanie i to w groźnej postaci, być może nawet mutacji transsyberyjskiej, którą też można będzie przypisać złowrogiemu Putinowi.

Dodatkowym argumentem, który za tym przemawia, jest 25 mln szczepionek w rządowych magazynach i zapowiedziana zakontraktowana dostawa dodatkowych 69 mln od koncernu „Pfizer”. Rząd buńczucznie oświadcza, że nie zapłaci, ale przecież i on i my dobrze wiemy, że zapłaci i to w podskokach, gdy Departament Stanu przypomni, iż nie może być sojusznikiem Stanów Zjednoczonych ktoś, kto sekuje amerykańskie biznesy. Skoro jednak zapłaci, to tych prawie 100 mln szczepionek nie będzie trzymał w magazynie, bo w takiej sytuacji pan minister Niedzielski mógłby zostać pociągnięty do odpowiedzialności za niegospodarność, zwłaszcza gdyby „lex bezkarność” – która właśnie zmartwychwstaje pod pretekstem pomocy Ukraińcom – nie utrzymała się dłużej. W tej sytuacji nie ma rady: epidemia musi powrócić i wtedy wszystko będzie w jak najlepszym porządku.

Ale i ten pozłacany tombakiem medal ma swoją odwrotną stronę. Wprawdzie rządowa telewizja rozpływa się w zachwytach nad stanem finansów państwa, ale tak naprawdę takie wrażenie jest wyłącznie efektem kreatywnej księgowości, zgodnie z którą coraz więcej wydatków państwowych dokonywanych jest za pośrednictwem funduszy pozabudżetowych. Na papierze wygląda to jako-tako, ale przecież te pieniądze są wydawane naprawdę, a w takim razie trzeba je jakoś zdobyć. Jednym ze sposobów jest inflacja. Pamiętajmy, że podatek VAT i podatek akcyzowy naliczany jest w postaci procentu od ceny, więc im wyższe ceny wskutek inflacji, tym wyższe przychody rządu w liczbach bezwzględnych. Ale inflacja sprawy nie załatwia, zwłaszcza w warunkach niespotykanej wcześniej rozrzutności rządu, więc kolejnym źródłem zasilania jest zadłużanie państwa, czyli obywateli. Ten dług trzeba obsługiwać, to znaczy – płacić lichwiarzom procenty. W tym roku wzrosną one do 50 mld zł, a w przyszłym – do 70 mld zł. W ten sposób, by podtrzymać iluzję, że rząd panuje nad sytuacją i w ogóle – jest gites tenteges – rząd wpycha obywateli w coraz głębszą niewolę u lichwiarskiej międzynarodówki, która rządy wrażliwe społecznie bardzo sobie chwali.

Stanisław Michalkiewicz

Poprzedni artykułRuch Narodowy proponuje emisję obligacji antyinflacyjnych
Następny artykułWakacje kredytowe umocnią inflację?