Polską klasę średnią łączą dyspozycje, a także bardzo przyziemne doświadczenie spłaty kredytu. Łączy też wspólna wyobraźnia, ale ta jest jakby przytłumiona. Polska klasa średnia powinna aktywnie walczyć o narzucenie innym swoich przekonań i poglądów. W przeciwnym razie na wierzchu będą wyobrażenia ludzi, którzy nie utrzymają Polski na ekonomicznej powierzchni.

Tak, mieszkam w dużym mieście. Drugim największym w Polsce. Już parę razy usłyszałem, abym wyszedł ze swojej wielkomiejskiej bańki. Kiedy są to życzenia dobroduszne, wyrażone po to, aby skierować mnie na drogę empatii i zrozumienia dla innych ludzi, ich nadziei i potrzeb, to chętnie je respektuję. Jest to też dla mnie łatwe, z racji realiów rodzinnego powinowactwa, znajomości i po prostu normalnego życia, do klasy ludowej nie mam daleko. Eufemistycznie mówiąc, potrafię rozmawiać z ludźmi, którzy oglądają inne niż ja seriale. Wiem przy tym, że nasze poglądy, moje i moich rozmówców zawsze są trochę przypadkowymi, przygodnymi kompozycjami. Bańkami. Dziurawo szytymi, ale jednak istniejącymi, w przeciwieństwie do stanu nirwany, w którym to wszyscy Polacy są doskonale obiektywni.

Przeważnie jednak takie nawoływania o wyjście z bańki nie są podszyte zachętą do lepszego, pełniejszego uczestnictwa w dyskusji, a czymś na kształt obucha, który ma mi wybić z głowy to, że dyspozycje miejskiej klasy średniej uważam za lepsze i bardziej produktywne od tych podzielanych przez przedstawicieli klasy ludowej. Żeby było jeszcze ciekawiej, takie wezwania są formułowane przez ludzi, których teoretycznie mógłbym spotkać w przestrzeni publicznej dużego miasta, bo nawoływacze również w nim mieszkają. Mają jednak swoje powody ku temu, aby chcieć sprowadzać debatę na temat Polski do tego, czego chcą przedstawiciele klasy ludowej, a nie wielkomiejskiej klasy średniej. Nie analizuję ich, na pewno są bardzo różnorodne. Tak właściwie, to w dyskusji na temat baniek klasowych nie uczestniczą przedstawiciele nich wszystkich a już na pewno nie ma w takiej dyskusji demokratycznej reprezentacji.

Przedstawiciele polskiej klasy średniej, w jej raczej wielkomiejskiej odmianie, pozwalają się jednak łatwo zakrzykiwać, przegłosowywać, dać sobie narzucać cudze wizje rozwoju i cudze wyobrażenia. Nie wiem na pewno dlaczego tak się dzieje, ale domyślam się że powodem tego zbiorowego braku pewności siebie może być syndrom oszusta zbudowany na wiejskich lub małomiasteczkowych, powiatowych korzeniach, bo nie czarujmy się, względnie duże miasta w Polsce są dopiero teraz i skądś ich mieszkańcy musieli przecież do nich przyjechać. Nasi nowi mieszczanie nie czują się dobrze w tej skórze, mogą uważać, że nie należy im się ona, że tak naprawdę nie są jej warci sukcesu.

Gorzkiego zresztą. Bo co to za sukces, który polega na średnim wynagrodzeniu, wysokim kredycie i jeszcze wyższych roszczeniach tych, którzy dzięki redystrybucji cieszą się owocami pracy Polaków z klasy średniej? Gdyby tylko tak mierzyć powodzenie, to trzeba by mierzyć jego brak, delikatnie nazwany na przykład „ujemnym wzrostem”. Materialna połowa tej historii nawet nie wygląda na taką, która będzie miała happy end. Tymczasem, może on przyjść z poziomu posiadanych aspiracji. Polska wielkomiejska klasa średnia może być i powinna być lepiej słyszalna, mniej wystraszona. Dopiero taka przemiana, mentalna, ale też komunikacyjna, polegająca na artykułowaniu swoich interesów, pozwoli na lepsze zabieganie o nie. Sojusznikiem, nie przeciwnikiem może być tu zresztą ta część klasy ludowej, która żyje z własnej pracy, a nie transferów. Na podstawie wspólnego doświadczenia utrzymywania się własnymi siłami można już coś budować, choć przyznać trzeba, że wyobrażenia i dyspozycje klasy ludowej narzucane klasie średniej są i będą dla niej szkodliwe. Nie wszystkie różnice są możliwe do zasypania.

Bo to prawda, nasze poglądy są reprezentacją pewnej bańki, wynikają z dyskursów, w których tkwimy, tekstów i relacji między nimi. To jedna z możliwych interpretacji rzeczywistości, nie jest ona uniwersalna. Ale żadna nie jest. Spojrzenie na nas samych jako na klasę zarabiającą i jednocześnie – zdolną do obrony przed tymi, którzy czekają na socjal (ludzi autentycznie potrzebujących tutaj pomijam) pomoże nam właśnie takimi się stać, wyhodować kolce – i mieć też wreszcie swoją reprezentację w polityce. Alternatywą jest bowiem to, co jest teraz, a więc dominująca narracja na temat niezasłużonych beneficjentów przemian przełomu 89 i 90 roku, pomniejszanie sukcesu, jaki udało się odnieść Polsce i deprecjonowanie ważności i znaczenia dużych miast jako miejsc wytwarzania bogactwa, także niematerialnego. Nie chcę żyć w świecie, w którym wielkomiejskość w pozytywnym kontekście pojawia się tylko wtedy, kiedy ktoś mówi o Powstaniu Warszawskim. Chcę widzieć miasta, które rosną, a nie słuchać o mieście, które spłonęło. Chcę żyć w kraju, który szanuje ludzi zdolnych i podejmujących ryzyko zmiany swojego otoczenia.

Oprócz baniek istnieje jednak też i rzeczywistość, która co jakiś czas mówi „sprawdzam”. I stara się je przekłuć, zmuszając je tym samym do przemiany, dostosowania się – albo rozpadu. Wielkomiejska bańka ma zaś to do siebie, że tkwią w niej ludzie mający przeważnie stałe dochody i chęć powiększenia ich w przyszłości. Dochody, nie przelewy kolejnych transferów z plusem, bez których mogliby sobie poradzić. Klasa średnia, jaka by nie była, jak mizernie nie argumentowałaby za swoimi racjami, jak nieumiejętnie walczyła o narzucenie innym swojej wizji i swojego opisu rzeczywistości – finansuje Polskę. Nie w pojedynkę, bo oczywiście odmawianie ciężkiej i produktywnej pracy przedstawicielom klasy ludowej byłoby niesprawiedliwością i ślepotą. Tak się jednak składa, że jeżeli mamy rozwijać się w kierunku gospodarki możliwie jak najbardziej finezyjnej, proponującej usługi zdolne do konkurowania na globalnym rynku, to klasa średnia będzie niezbędna do obsługi tych sektorów. To ta klasa i mieszkający w miastach jej przedstawiciele będą zdolni do rozwijania rozwiązań dających w przyszłości coraz większy zysk – także podatkowy, zapewniający egzystencję ludziom nieproduktywnym. Przedstawiciele klasy ludowej pracujący w bardziej tradycyjnych sektorach gospodarki po prostu jako grupa nie mają tej właściwości. Nie utrzymają rosnącego nawisu zobowiązań który, to już inny temat, powinien być zmniejszany, nie zwiększany i kultywowany jako wielkie osiągnięcie.

Polska klasa średnia powinna być z siebie dumna. Jej przedstawiciele odnieśli sukces, nawet jeśli na miarę naszych krajowych możliwości. Ten sukces jest też gwarancją dalszego rozwoju Polski – a na tym powinno akurat zależeć wszystkim. Tym bardziej, że zaczynają się naprawdę ciężkie czasy i będzie potrzebny gospodarczy i polityczny stabilizator pomagający utrzymać się przy niekorzystnych falach. Syci i dumni z siebie mieszczanie mogą i powinni nim być.

Marcin Chmielowski
*autor jest wiceprezesem Fundacji Wolności i Przedsiębiorczości

Poprzedni artykułMinisterstwo Finansów planuje progresywny podatek Belki
Następny artykułObligacje Społeczne i jej prezes ukarane