Ponieważ Komisja Europejskiej nadal forsy najwyraźniej odblokować nie chce i mnoży warunki, np. w postaci zakazu walki z wiatrakami, to w tej sytuacji może nie być innego wyjścia, jak ukryć całą sprawę pod gruzami wojny z Rosją – pisze w najnowszym felietonie Stanisław Michalkiewicz.

Ładny interes! Kilka dni temu pani Żaneta Yellen (Jeleń) – bo z pierwszorzędnymi suwalskimi korzeniami – piastująca w administracji prezydenta Bidena posadę sekretarza skarbu, ujawniła, że Stany Zjednoczone są na progu bankructwa. Chodzi o to, że ustanowiony przed dwoma laty dopuszczalny limit zadłużenia państwa w kwocie 31,381 bln dolarów, właśnie został przekroczony.

Pani Jeleń musiała w związku z tym podjąć „nadzwyczajne środki” w postaci wstrzymania inwestycji funduszy emerytalnych pracowników federalnych oraz „zawieszenia powiększania długu” przynajmniej do 5 czerwca. Zwróciła się też do Kongresu, by „niezwłocznie” ten limit powiększył, żeby w papierach wszystko się zgadzało. Kongres może by i powiększył, ale tak się składa, że w Izbie Reprezentantów większość mają akurat Republikanie, którzy uzależniają swoją ewentualną zgodę na powiększenie limitu od „cięć budżetowych” – nie wiadomo dokładnie jakich, ale nie można wykluczyć, że również w kwestii pomocy wojskowej dla Ukrainy – o czym przebąkiwali już wcześniej.

Toteż lepiej rozumiemy irytację przedstawicieli amerykańskiej administracji na propozycję kanclerza Scholza, że Niemcy – owszem – mogą przekazać Ukrainie swoje Leopardy, ale pod warunkiem, że Ameryka przekaże jej swoje Abramsy. Sekretarz obrony Lloyd Austin mamrotał coś o „trudnościach transportowych”, ale prawdopodobnie może chodzić o to, że ogłaszanie w tym momencie komunikatu o przekazaniu Ukrainie Abramsów, mogłoby republikańskich kongresmanów zirytować, a wtedy 5 czerwca sytuacja mogłaby skomplikować się jeszcze bardziej.

Prawo Murphy’ego głosi, że jeśli coś może pójść źle, to na pewno tak pójdzie”, toteż mam obawy, że ta sytuacja może zrodzić w administracji prezydenta Bidena pokusę ucieczki do przodu w postaci rozszerzenia ukraińskiej operacji na niektóre kraje Europy Środkowej, np. Polskę i republiki bałtyckie. Na podstawie dotychczasowego zachowania tamtejszych przywódców można nabrać pewności, że gdyby tylko Amerykanie spuścili ich z łańcucha, to oni włączyliby się do wojny z prawdziwą zapamiętałością, nie patrząc końca. Z punktu widzenia USA to sytuacja idealna, bo ustanawiający NATO traktat waszyngtoński nie wprowadza żadnego automatyzmu reakcji na zbrojną napaść na jakiegoś członka Paktu. Przeciwnie – słynny art. 5 głosi, że w takiej sytuacji każdy inny członek Paktu udzieli napadniętemu pomocy, podejmując samodzielnie, albo w porozumieniu z innymi działania, jakie uzna za konieczne, „łącznie z użyciem siły zbrojnej”. Wynika z tego, że gdyby na przykład w takiej sytuacji USA wystosowały „ostry protest”, to wszystko byłoby w jak najlepszym porządku, tym bardziej że eskalacja wojny z Rosją w Europie mogłaby też skłonić Kongres do większej ustępliwości w kwestii zwiększenia limitu zadłużenia, dzięki czemu widmo bankructwa państwa zostałoby od Stanów Zjednoczonych odsunięte na czas nieokreślony.

Nie mówię, że tak będzie, ale – że tak może być – tym bardziej że z punktu widzenia USA wojowanie z Rosją daleko od własnych granic i rękami sojuszników, jest rozwiązaniem idealnym i w dodatku zgodnym z doktryną elastycznego reagowania, wykoncypowaną jeszcze w latach 60. przez ówczesnego sekretarza obrony Roberta McNamarę. Nasi Umiłowani Przywódcy, odurzeni własną propagandą, nie potrzebowaliby w tym celu niczyjej zachęty, więc mamy powody do zmartwienia.

Poza tym warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną przyczynę tej zapamiętałości ze strony naszych Umiłowanych Przywódców. Mówię oczywiście o rządzie „dobrej zmiany” w Polsce, bo jaka sytuacja jest pod tym względem w republikach bałtyckich – tego nie wiem. Otóż rząd „dobrej zmiany” zachowuje się tak, jakby w piwnicach Kancelarii Premiera znalazł niewyczerpaną żyłę złota, albo wrota do Skarbów Sezamu. Skądinąd wiadomo, że ani żyły złota, ani wrót do Skarbów Sezamu tam nie ma, a przypuszczam tak na podstawie scenki, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie jeszcze za czasów premiera Tuska. Mianowicie na Alejach Ujazdowskich przed Kancelarią Premiera odbywała się demonstracja przybyłych tam z całej Polski policjantów, umundurowanych i po cywilnemu. Stali oni na ulicy i skandowali: „zło-dzie-je!, zło-dzie – je!” Zrobiło to na mnie wrażenie, bo na całym świecie, kiedy policjant widzi złodzieja, to go łapie. Tymczasem żaden ze stojących tam demonstrantów nawet nie drgnął. Widocznie łapanie tych złodziei mieli surowo zakazane, więc tylko głosem, to znaczy – okrzykami – sygnalizowali ich obecność. O ile pamiętam, żaden z urzędników Kancelarii do nich nie wyszedł, żeby podzielić się z nimi Skarbami Sezamu i w ten sposób ich udobruchać. Najwyraźniej tedy, wbrew dość rozpowszechnionemu w niektórych środowiskach mniemaniu, ani żyły złota, ani żadnego Sezamu tam nie ma. A jednak rząd „dobrej zmiany” zachowuje się tak, jakby albo na jedno, albo na drugie jednak natrafił.

Jak powiada Adam Mickiewicz, „fenomen ten godzien rozbiorów”, toteż rozbierzmy go sobie z uwagą. Jak pamiętamy, w roku 2021 Sejm głosami części Zjednoczonej Prawicy i zwerbowanej przez Naczelnika Państwa do pomocy klubu Lewicy, przeforsował ustawę o ratyfikacji ustawy o zasobach własnych Unii Europejskiej. Na jej podstawie Komisja Europejska zyskała prawo zaciągania zobowiązań finansowych w imieniu całej Unii i pożyczyła u lichwiarzy 750 mld euro na stworzenie funduszu odbudowy po zarządzonej wcześniej epidemii zbrodniczego koronawirusa. Z tych pieniędzy Polska spodziewała się uzyskać ponad 700 mld zł, m.in. w ramach Krajowego Planu Odbudowy – prawie 160 mld – z czego 106 mld w formie dotacji, a resztę – w postaci pożyczek. Problem polega jednak na tym, że wszystkie środki zostały przez Komisję Europejską pożyczone u lichwiarzy, więc trzeba będzie je oddać – każde państwo tyle, ile przypadnie na nie według rozdzielnika. Jak wiadomo, na skutek zastosowania przez KE finansowego szantażu, Polska tych pieniędzy dotychczas nie uzyskała. Skąd zatem rząd „dobrej zmiany” miał pieniądze na politykę rozrzutności i na pomoc dla Ukrainy, której skala, ani formuła nie jest opinii publicznej znana, ale prawdopodobnie jej wielkość zbliża się do 50 mld zł?

Prawdopodobnie na poczet tych pieniędzy zaciągnął u lichwiarskiej międzynarodówki pożyczki, które właśnie trwoni. Dlatego pana premiera Morawieckiego tak przypiliło w kwestii spełnienia żądań Komisji Europejskiej co do „praworządności”, której formuła została w Brukseli podyktowana panu ministrowi Szynkowskiemu (vel Sękowi). Ponieważ Komisja forsy najwyraźniej odblokować nie chce i mnoży warunki, np. w postaci zakazu walki z wiatrakami, to w tej sytuacji może nie być innego wyjścia, jak ukryć całą sprawę pod gruzami wojny z Rosją. Taka ewentualność dobrze by tłumaczyła amok, w jaki od pewnego czasu wpadła ekipa „dobrej zmiany”, bo w innych kategoriach niepodobna tego zrozumieć.

Stanisław Michalkiewicz  

Poprzedni artykuł32 tysiące złotych długu na każdego Polaka!
Następny artykułPiekarze apelują do rządu