Rozkręcone przez wojnę na Ukrainie wysokie ceny surowców – gazu, ropy i węgla – doprowadzą nie tylko do zubożenia gospodarstw domowych, ale także wstrzymywania się firm z inwestycjami. Kryzys związany z pandemią koronawirusa nadzwyczaj płynnie przeszedł w kryzys energetyczny. Przedsiębiorcy, których koszty działalności rosną w zastraszającym tempie, liczą na to, że rząd stworzy szybkie i sensowne alternatywy wytwarzania i zakupu energii po przystępnych cenach.

Nie tylko Polska, ale nawet 19 zamożnych krajów strefy euro stanęło w obliczu dalszego, gwałtownego wzrostu inflacji, czego akceleratorem była i jest rosyjska inwazja na Ukrainę. Europa zmaga się z niedoborami dostaw niemal wszystkiego oraz utrzymującymi się blokadami i jeszcze „przedwojennym” kryzysem energetycznym. Zgodnie z ocenami analityków Deutsche Bank, ale i z większością obserwacji ekonomicznych, to właśnie nośniki energii pozostają głównym motorem europejskiej inflacji. Oczywiście w takiej sytuacji utrzymuje się ogromna presja publiczna zarówno na Europejski Bank Centralny (EBC), jak i banki centralne poszczególnych krajów, by podnosiły stopy procentowe w celu zwalczania wysokich cen (chociaż wszyscy wiedzą, że obecna inflacja nie ma charakteru wynikającego z prowadzonej polityki pieniężnej).

Rosja, największy dostawca ropy i gazu do UE, obłożona sankcjami i ograniczeniami eksportowymi przez blok państw eurolandu i jego sojuszników, tworzy ryzyko odcięcia Europy od surowców energetycznych, w efekcie czego światowe ceny ropy mogą sięgnąć 110 – a nawet więcej – dolarów za baryłkę. Warto zdać sobie sprawę z tego, że ceny energii rosły na całym kontynencie jeszcze przed konfliktem ukraińskim, bo dostawy paliwa spadły z powodu zwiększonego popytu ze strony gospodarek wychodzących z pandemicznych lockdownów.

Co dalej z węglem?

Wojna na Ukrainie i embargo tylko pogłębiły kryzys energetyczny. W Polsce mamy dodatkowo problem węglowy, bo gros energii i ciepła jest wytwarzane z węgla. Starając się wykazać determinację, konsekwencję, ale i swoiste „przodownictwo” w stosowaniu sankcji, rząd zapowiedział wstrzymanie importu węgla z Rosji. Tego właśnie węgla, który trafia do lokalnych ciepłowni i indywidualnych odbiorców, a także nadal służy ogrzewaniu wielu obiektów publicznych i zakładów pracy.

Poprzednie ekipy rządzące zamknęły wiele kopalń i ograniczyły wydobycie. Wydobycie węgla z polskich pokładów stało się podobno nieopłacalne – rosyjski jest konkurencyjny cenowo i trzeba przyznać, że dobry jakościowo.
– Taki węgiel jest również wydobywany przez polskie kopalnie, ale jest go po prostu za mało i nie ma możliwości pokrycia całego zapotrzebowania – wyjaśnia Izba Gospodarcza Ciepłownictwo Polskie.

Problem zaczyna się w tym miejscu, gdzie przedsiębiorstw ciepłowniczych nie stać już na zakup węgla po systematycznie rosnących cenach rynkowych. Uderzenie w ciepłownictwo oparte na spalaniu węgla jest tym mocniejsze, że sektor ten cierpiał już wcześniej na rosnące koszty wytwarzania energii grzewczej i oświetleniowej w związku z szybującymi, spekulacyjnymi cenami uprawnień do emisji CO2. W efekcie tego część spółek energetycznych traci rentowność nie pozwalając im wygenerować oszczędności na niezbędną transformację energetyczną. W zaistniałej sytuacji rozważane jest m.in. stworzenie rządowego funduszu celowego przeznaczonego na zakup węgla, którego dystrybucją zajmowałaby się Rządowa Agencja Rezerw Strategicznych.

Bez rosyjskich dostaw

Z Rosji pochodzi obecnie ok. 55 proc. sprowadzanego do Polski gazu i 66 proc. importowanej ropy naftowej oraz ok. 75 proc. węgla. Według niektórych szacunków na zakup rosyjskich surowców energetycznych Polska wydała w ciągu ostatnich dwudziestu lat ponad 900 mld zł, po części finansując w ten sposób ekspansjonistyczną politykę Władimira Putina (sprzedaż surowców energetycznych stanowi aż jedną trzecią dochodów do rosyjskiego budżetu).

Rząd chce już w maju przestać kupować węgiel z Rosji, a do końca roku zaprzestać importu ropy i gazu stamtąd. Te ambitne – cokolwiek by mówić – plany znalazły swoje miejsce w zmodyfikowanej „Polityce energetycznej Polski do 2040” (PEP 2040), gdzie dużo miejsca poświęcono niezależności energetycznej kraju. Priorytetem wydaje się obecnie szukanie nowych kierunków dostaw surowców oraz przyspieszenie rozwoju OZE. Chodzi o zapewnienie bezpieczeństwa energetycznego Polsce z jednej strony i animowanie inwestycji w zielone źródła z drugiej.

Wbrew pozorom OZE w polskich warunkach można rozwinąć w stosunkowo krótkim czasie. Atrakcyjne było – i może nawet coraz bardziej jest – pozyskiwanie energii ze słońca i wiatru. Koszty jej wytworzenia są wyraźnie niższe od kosztów wytwarzania z paliw kopalnych, takich jak węgiel czy gaz. Szacuje się, że do 2030 r. moce zainstalowane w OZE w Polsce wzrosną blisko dwukrotnie. Do tego ogromny, wciąż niewykorzystany potencjał tkwi w biogazowniach.

Inwestycje w OZE

Polskie przedsiębiorstwa podejmują działania związane z transformacją energetyczną już od pewnego czasu. Teraz wojna za naszą wschodnią granicą tylko zwiększyła zainteresowanie tym obszarem. Inwestycja we własną mikroinstalację albo zakup energii z OZE stały się w ostatnich latach popularnym sposobem obniżania kosztów przez firmy, które uniezależniają się w ten sposób od wahań cen surowców, zyskując gwarancję ciągłości dostaw.

Nie ma niestety żadnego wielkiego, ogólnokrajowego programu wsparcia inwestycji przedsiębiorstw w OZE. Warto jednak rozejrzeć się za tym, co oferują pojawiające się co jakiś czas lokalne programy. Są to przede wszystkim dofinansowania do instalacji fotowoltaicznych – bezzwrotne dotacje albo niskooprocentowane pożyczki. Warto też pamiętać o korzyściach podatkowych w czasie inwestycji. VAT na fotowoltaikę dla podmiotów gospodarczych wynosi 23 proc. a firma może go odliczyć od podatku.

Małe i średnie przedsiębiorstwa inwestują też w tzw. małe elektrownie wodne (MEW). Zwrot z takiej inwestycji szacowany jest, przy obecnych uwarunkowaniach biorących pod uwagę rosnące ceny energii elektrycznej, na ok. 7-10 lat.

Na mocy znowelizowanej w październiku 2021 r. ustawy o OZE przedłużone zostało wsparcie dla instalacji, które przynajmniej przez pięć lat korzystały z systemu zielonych certyfikatów. Opiera się ono na tzw. systemie FIT/FIP, czyli – w uproszczeniu – taryf gwarantowanych oraz dopłat do ceny rynkowej. Dotyczy zarówno hydroenergetyki, jak i biogazowni.

Własne źródło

Doradzanym sposobem na efektywne wykorzystanie energii z OZE jest zawarcie przez przedsiębiorcę średnio lub długoterminowej umowy na dostawy energii z konkretnego źródła odnawialnego. Jeśli jest taka możliwość to warto, by firma zainwestowała we własne źródło energii sprzężone z zakładem energetycznym, np. w formule „as a service”. W takim modelu przedsiębiorca płaci stały miesięczny abonament, nie ponosząc nakładów inwestycyjnych z własnych środków.

Poprzedni artykułPolska ma ogromny potencjał w sektorze offshore
Następny artykułPremier Morawiecki ma pomnik!