Czy, a jeśli tak, to w jaki sposób, można usprawiedliwiać marnowanie pieniędzy podatników na koszenie śniegu czy na koszmarnie drogie „inteligentne” śmietniki?

Tomasz Cukiernik

Serwis Autokult.pl doniósł w połowie listopada, że „nad tunelem Południowej Obwodnicy Warszawy przystąpiono do koszenia trawy. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że ta pokryta jest warstwą śniegu”. „Prawdziwym profesjonalistom pogoda nigdy nie przeszkadza. Czasami nawet wtedy, jeśli przez nią cała praca staje się po prostu absurdalna. (…) do pracy przystąpili specjaliści zajmujący się dbaniem o zieleń. Z zaparkowanego samochodu wysiedli fachowcy, którzy wnet wypakowali z przyczepy swój sprzęt. W ruch poszły kosiarki. Tyle tylko, że trawę zdążyła pokryć cienka warstwa śniegu. Całość wyglądała jak z komedii Stanisława Barei” – kpił portal.

Nad przyczyną takiego zachowania zastanawiał się autor tekstu Tomasz Budzik: „Niewykluczone, że wykonawca prac miał zakontraktowaną określoną liczbę koszeń. Gdyby nie przystąpił do pracy, nie otrzymałby pieniędzy, lub wręcz musiałby płacić karę za niewykonanie określonego w umowie obowiązku. Jeśli tak było, to tylko po części sceny w okolicy ul. Płaskowickiej zaszły z powodu błędnej decyzji pracowników. Urzędnicy, którzy tworzą umowy o mało elastycznej treści, w takim wypadku również ponosiliby część winy za obserwowany w Warszawie absurd”.

Sprawa odbiła się szerokim echem w mediach społecznościowych. Ktoś z firmy koszącej śnieg podobno tłumaczył, że zrobiono to w celu załatwienia sprawy koszenia podczas jednego wyjazdu do Warszawy. Dzięki temu rzekomo zaoszczędzono na kosztach. Może zaoszczędziła firma, ale raczej nie podatnicy. Tym ostatnim bardziej by się opłacało, gdyby w ogóle nie wykonywano bezsensownej pracy. No ale wtedy firma nie wywiązałaby się z absurdalnej umowy z urzędem i nie dostałaby wynagrodzenia. Problemem podstawowym jest to, że jakiś urząd rozdysponowuje pieniądze podatników. Gdyby ich nie miał, nie byłoby problemu.

Inny internauta spekulował, że „Jeżeli wykonawca ma umowę podpisaną, a akurat się zdążyło, że spadł śnieg, to chyba lepiej kosić trawę pod śniegiem niż płacić karę. Nie wiem, ale mi się to nie wydaje idiotyczne, tylko raczej bardzo w porządku, bo firma mogła skasować kasę i powiedzieć, że nie nasza wina, że śnieg spadł, ale musicie zapłacić, a tak to wzięli kasę za wykonaną pracę. W tej Polsce to widzę wszystko każdemu przeszkadza, nawet jak ktoś jest bardzo w porządku i dotrzymuje umowy”. Jeszcze inni komentowali: „Jest plan, i trzeba wykonać, nieważne jaka pora roku”, „Czy wyznaczenie terminu koszenia trawników na listopad lub grudzień to nie dowód upośledzenia intelektualnego?”, „Tak działa socjalizm”, „Kasę obywateli trzeba wydać… nawet jak jest to pozbawione sensu”. Po prostu tak sektor publiczny gospodaruje pieniędzmi podatników, w tym także funduszami unijnymi.

Oczywiście nie jest to odosobniony przypadek. Niemal codziennie słyszymy o podobnych absurdach wokół siebie czy na drugim końcu Polski. Sprowadza się to do wspólnego mianownika, że władza marnuje pieniądze podatników. Tak dzieje się też w sporcie finansowanym z funduszy publicznych. Znam przykład, w którym dziewczyna trenująca jedną z dyscyplin sportowych wyjeżdżała na tydzień na zgrupowanie kadry narodowej. Zgrupowanie o tyle kompletnie zbędne, że nieskorelowane z kalendarzem jej startów, ale jej związek sportowy zaoszczędził przez przypadek jakieś pieniądze i musiał je wydać na kadrę narodową, żeby w 2023 r. nie zmniejszono mu dofinansowania na ten cel. Trener młodej zawodniczki pytał, czy nie można przeznaczyć tej kwoty na jej odnowę biologiczną, ale usłyszał odmowę, bo te pieniądze „mają zostać wydaje w ośrodku przygotowań olimpijskich”, a nie u jakiegoś fizjoterapeuty.

Podobnymi absurdami w wydawaniu pieniędzy podatników można sypać jak z rękawa. Jak donosi serwis SpottedLublin.pl, w Lublinie „od kilkunastu miesięcy nie działa ogromna multimedialna fasada [podlegającego marszałkowi województwa] Centrum Spotkania Kultur. Wszystko przez awarie sterowników paneli, których nie da się już naprawić, a gwarancja udzielona przez wykonawcę upłynęła w 2021 r.”. Budżet województwa lubelskiego zmarnował na fasadę ponad 2,7 mln zł. Na budowę całego Centrum Spotkania Kultur w Lublinie wydano 171 mln zł, z czego 126 mln zł (74 proc.) pochodziło z funduszy Unii Europejskiej.

Dla urzędników strategiczną inwestycją mogą być nawet… śmietniki. Otóż w ramach rządowego funduszu Polski Ład Program Inwestycji Strategicznych na budowę inteligentnych śmietników w Rumi wydano 5,4 mln zł. „Objęci programem mieszkańcy otrzymają komplet spersonalizowanych naklejek z kodami kreskowymi odpowiednimi dla każdego lokalu i rodzaju odpadów. Na wypełniony posegregowanymi śmieciami worek trzeba będzie nanieść właściwą naklejkę, a następnie zeskanować ją przy pojemniku. Klapa podniesie się automatycznie, chyba że naklejka nie będzie pasować do gromadzonych w nim odpadów. Dzięki Systemowi Indywidualnej Segregacji Odpadów (SISO) po wrzuceniu worka i zamknięciu się pojemnika śmieci zostaną zważone, a dane o ich wadze i frakcji przypisywane odpowiedniemu gospodarstwu domowemu” – wyjaśnił jeden z internautów. Nie dało się chyba bardziej skomplikować i podrożyć systemu odbioru śmieci. „To jest miś na skalę naszych możliwości” – wyśmiał ktoś. Ale wzory takiego marnowania pieniędzy idą z Zachodu. Podobnie inteligentne śmietniki funkcjonują np. w Niderlandach.

Poseł Wojciech Saługa z PO na forum Sejmu zwrócił się do premiera Mateusza Morawieckiego słowami: „Panie Premierze, poseł z Katowic, oszust z Wrocławia. Tak mówią o Panu, bo największym producentem „fake news’ów” jest właśnie Pan. Lata temu, startując z Katowic, napisał Pan „program dla Śląska”, w którym obiecał Pan cuda i kupił głosy wyborców. I co dzisiaj dzieje się z tym programem? Nic. Dosłownie NIC. A miała powstać: inteligentna kopalnia, instalacja zgazowania węgla, produkcja wodoru w JSW, PGG miała produkować paliwa bezdymne, w szybie byłej kopalni miała powstać elektrownia szczytowo-pompowa, w Rybniku miał zostać wybudowany nowy blok kogeneracyjny, Beskidzkie Centrum Narciarstwa miało powstać w Brennej, polskie huty stali czy produkcja ogniw wodorowych”. Jednak wbrew temu, co uważa poseł Saługa, bardzo dobrze, że to wszystko NIE POWSTAŁO, bo państwo nie powinno zajmować się prowadzeniem działalności gospodarczej. Energetyka, górnictwo i pozostałe państwowe sektory już dawno powinny zostać sprywatyzowane. Źle natomiast, że z powodu nadmiernej biurokracji i unijnych regulacji nie zajmuje się tym sektor prywatny. W tym leży wina Unii Europejskiej i rządów PiS. Co gorsze, władza przejmuje kolejne firmy i chce, by państwo zajmowało się prowadzeniem działalności gospodarczej w jeszcze większym zakresie.

Pod koniec października NBP wydał dwie nowe monety kolekcjonerskie z serii „Wielcy polscy ekonomiści”. Na jednej z nich znalazł się Władysław Zawadzki, który był przeciwny rozbudowanym wydatkom państwa i aktywnej polityce społecznej. Gdyby żył, z pewnością nie poparłby wymienionych wyżej wydatków państwa. Ale dla równowagi na drugiej monecie znalazł się Michał Kalecki, który zajmował się problemami planowania gospodarczego i pełnego zatrudnienia, czyli sprawami interwencjonizmu państwowego, a swoje koncepcje sformułował trzy lata przed Johnem Maynardem Keynesem. Czy Kalecki byłby w stanie wytłumaczyć konieczność marnotrawienia pieniędzy podatników w przytoczonych przykładach? A może jego zdaniem koszenie śniegu nie jest marnotrawstwem, bo tego typu działania zdaniem interwencjonistów takich jak Keynes prowadzą do gospodarczego raju, ponieważ jak twierdził, wydatki publiczne napędzają rozwój i zapewniają pełne zatrudnienie? Wydaje się jednak, że to Zawadzki miał rację, podobnie jak francuski ekonomista Frédéric Bastiat, który sformułował swoją tezę o tym, co widać (publiczne inwestycje), a czego nie widać (to, czego nie zrobił sektor prywatny, bo zabrano mu pieniądze w formie podatków na publiczne inwestycje).

Tomasz Cukiernik

Poprzedni artykułBroniąc Żabki, Ministerstwo Aktywów Państwowych dobrze wie, co robi
Następny artykułEko start-upy, które pomagają zarobić