Spór o nazwisko Dmowskiego na warszawskim rondzie nie jest tylko kolejnym polem bitwy w naszej wojnie kulturowej. Pokazuje też doskonale skalę centralizacji, w jakiej tkwi Polska. To zjawisko ma równie negatywne konsekwencje, co zaostrzająca się walka na symbole.

Pierwsza połowa grudnia to ten moment w roku, w którym dostajemy świąteczne kartki od tych, których byśmy o to nie podejrzewali. Hotele, w których spałem kilka lat temu, wydawnictwa, gdzie kupiłem dawno przeczytane książki, instytucje, z którymi znałem się przelotnie – wszyscy nagle przypominają sobie o mnie i wysyłają swoje życzenia. Jest tego plus, o ile mówimy o cyfrowych „kartkach” wysyłanych na mail. Łatwo jest wypisać się z dawno zapomnianych subskrypcji.

Prawdopodobnie mieszkańcy Warszawy poradziliby sobie bez świątecznych życzeń od ratusza. Skoro już jednak jakieś dostali, natychmiast rozpoczął się niezwykle przewidywalny spór o to, czy ujdzie taka kompozycja okolicznościowej grafiki, czy jest odpowiednia i co tak naprawdę autor miał na myśli, umieszczając na obrazku osiem gwiazdek. Przypominam, mówimy o życzeniach napisanych przez urzędników, bezosobowych i adresowanych do ludzi, których łączy tylko adres. Mniej więcej w tym samym czasie wróciła też sprawa Ronda Dmowskiego i pomysł przemianowania go na Rondo Praw Kobiet. Przepychanki o to, jak ma się nazywać rondo, trwają od 2019 roku i zdają się być wygodnym polem walki dla obu stron. Jako libertarianinowi daleko mi do Dmowskiego – nacjonalisty. Cenię go jednak jako pozytywistę, „Myśli nowoczesnego Polaka” uważam za odtrutkę na szkodliwy polityczny i organizacyjny romantyzm, dlatego też nie ukrywam, że bliżej mi w tym sporze do zachowawców niż rewolucjonistów i rewolucjonistek. Prawa wyborcze kobiet można uhonorować inaczej, nie sądzę, aby pamięć po Adamie Mickiewiczu jakoś ucierpiała, gdyby zastąpić nazwę ulicy jego imienia jakimś innym mianem. Oczywiście, koniecznie w Warszawie, żeby potem mogła o tym pisać reszta Polski.

Jak się bowiem okazuje, symbolicznie najdroższe grunty są właśnie tam, w stolicy. To dookoła sporów o warszawskie symbole toczą się mniejsze i większe debaty, angażują też, czego przykładem jest i ten tekst, uwagę ludzi spoza tego miasta. Ludzi, którzy Rondo Dmowskiego ostatni raz widzieli kilka lat temu, a może nawet wcale, którym topografia Warszawy nie jest szczególnie dobrze znana, którzy życzenia świąteczne dostają od rodziny i przyjaciół, a nie ludzi znanych (w jedną stronę) z telewizora. Nawet lokalne awarie, takie jak ta w oczyszczalni „Czajka”, angażują ogólnopolskie media i raczej tak by się nie działo, gdyby nie chodziło o Warszawę i Wisłę, tylko na przykład Wrocław i Odrę albo Poznań i Wartę.

Żyjemy w kraju do śmieszności scentralizowanym i widać to też w naszej debacie publicznej. Warszawa staje się w niej nie tylko stolicą, ale punktem odniesienia dla reszty. Nie najszczęśliwszym, bo wiele warszawskich specyfik jest zwyczajnie nieuchwytnych dla tych, którzy mieszkają gdzieś indziej. Jasne, Kraków, Poznań czy Wrocław bardzo wiele swoich problemów, ale też zalet i nadziei, dzieli z Warszawą, są tu wyraźne podobieństwa. Pozostałe duże miasta są jednak w ogólnopolskich mediach obecne dużo rzadziej, spadają do czegoś na kształt prowincji, co jest zabawne, bo właściwie cała Polska nie bardzo działa i wygląda jak metropolia. Ta centralizacja mająca wymiar symboliczny owocuje konsekwencjami natury politycznej i ekonomicznej. Wtłacza nas wszystkich w pewien sposób myślenia. Suboptymalny.

Nie chcę przy tym popadać w na poły humorystyczne „święte wojny” warszawsko-krakowskie czy warszawsko-poznańskie, tego typu rywalizacje prowadzone dla nich samych spokojnie można prowadzić na stadionach piłkarskich, tam zresztą wygrywamy ze stołecznym klubem, który miał nam odjechać za pieniądze z Ligi Mistrzów. Problem warszawocentryczności jest jednak niestety prawdziwy. Centralizacja debaty na specyficznie warszawskich tematach to generowanie jednej, niepodzielnej i stałej wizji rozwoju dla reszty kraju. To również patrzenie w przeszłość z jednej perspektywy, zubażającej lokalne dyskusje i robiące z Małopolan czy Ślązaków w najlepszym razie folklorystyczne ciekawostki. Myślę, że problem uznania języka śląskiego nie będzie rozwiązany wcześniej, niż zmieni się nasz sposób myślenia o miejscu stolicy i jej relacjach z Polską. Warszawa po prostu nie rozumie pogranicza, nie jest w stanie dostrzec jego uwarunkowań, stosuje bardzo ostre podziały. Bo takie przydawały się właśnie wtedy, kiedy to u zarania II Rzeczypospolitej trzecie największe miasto nieistniejącej już carskiej Rosji stawało się ponownie polską stolicą. I na zasadzie ideowego rozpędu to podejście, Warszawy jako miarki, według której powinniśmy odmierzać resztę kraju, dla libertarianina, zwolennika różnorodności, jest po prostu niebezpieczne, bo zubażające. Jest też niebezpieczne politycznie, bo nakłania do analizy całości zjawisk właśnie z tej jednej perspektywy.

Oczywiście, nie podważa to istotności Warszawy jako najważniejszej z polskich fabryk PKB, codziennie napędzanej pracą setek tysięcy ludzi. Krakowianie czy Gdańszczanie będą też wieść dużo bardziej podobne życia do Warszawian niż do na przykład mieszkańców Bełchatowa. To są oczywiste wspólne sprawy i jakoś współdzielona wyobraźnia mieszkańców polskich większych miast, którzy mają ze sobą wiele wspólnego. Brak jest jednak odpowiedniego miejsca Warszawy w debacie, skali, w jakiej powinniśmy interesować się problemami takimi jak kartka na święta czy rondo. Nawet nie wiem, czy prezydent Majchrowski w tym roku pokusił się o jakieś życzenia dla mieszkańców miasta, w którym sprawuje władzę, a w którym ja mieszkam.

Jeśli chcemy mieć silniejsze pozostałe „fabryki PKB” i liczyć na to, że Polska będzie miała więcej poważnych silników zapewniających nam wzrost, powinniśmy najpierw przemyśleć przestrzeń symboliczną naszego kraju. Skrajna centralizacja w tym wymiarze jest równie zła, co skrajna centralizacja gospodarki nakazowo-rozdzielczej. I tylko minimalnie bardziej zabawna.

Marcin Chmielowski