– Doszliśmy do takiego paradoksu, że w kraju, w którym brakuje węgla na poziomie 12 mln ton, budżet państwa nadal dotuje likwidację kopalń, nadal dotuje odejścia górników z pracy w kopalniach, dając im zachęty w postaci 120 tys. zł i nadal akceptuje eksport węgla na poziomie 2 mln ton – zauważa dr Jerzy Markowski, były wiceminister gospodarki i były dyrektor kopalni „Budryk”.

Dr Jerzy Markowski

Według „Bilansu zasobów złóż kopalin w Polsce” opublikowanego przez Państwowy Instytut Geologiczny, udokumentowane zasoby bilansowe złóż węgla kamiennego na koniec 2021 r. wyniosły 64,7 mld ton, z tego 71 proc. to węgle energetyczne. Przy aktualnym poziomie wydobycia, węgla kamiennego energetycznego starczyłoby nam na ponad 800 lat. Zgadza się Pan z tym wyliczeniem?

Tak. Przecież wyliczyli to geolodzy na podstawie badań geologicznych. Trudno to podważać. Przy dzisiejszym poziomie wydobycia, udokumentowanych zasobów węgla kamiennego mamy na ponad 800 lat. To czysta matematyka.

Kto jest odpowiedzialny za aktualną sytuację górnictwa i braki węgla: UE, kolejne polskie rządy, same spółki węglowe czy ktoś jeszcze inny?

To byłoby uproszczenie, gdyby można było powiedzieć, kto jest odpowiedzialny. Odpowiedzialna jest polityka państwa w stosunku do górnictwa w ciągu ostatnich 30 lat, która generalnie polega na tym, żeby odchodzić od górnictwa węgla, co motywowane jest argumentami przede wszystkim ekologicznymi, równocześnie bez tworzenia alternatywy energetycznej w kraju. Generalnie taką politykę kreuje Unia Europejska, natomiast wszystkie rządy po kolei od 1989 r. tę politykę bezkrytycznie realizują z efektem takim, jaki mamy dzisiaj. Poziom wydobycia jest za mały na potrzeby gospodarcze kraju.

Państwo nie tylko nie inwestuje w państwowe górnictwo, ale co więcej, uniemożliwia nawet podmiotom prywatnym inwestycje w górnictwie polskim i zagranicznym.

To jest niestety prawda. Nakłady inwestycyjne w Polsce maleją co roku mniej więcej o połowę. Ostatnią wybudowaną kopalnią węgla kamiennego jest kopalnia „Budryk”, którą ja miałem okazję budować, uruchomiona w 1994 r. Podobnie jest z węglem brunatnym, gdzie nakłady inwestycyjne również maleją i z trzech dużych złóż węgla brunatnego pozostały nam dwa: Bełchatów i Turów. Eksploatacja Turowa skończy się w 2044 r., a Bełchatowa w 2035 r. i w związku z tym, że nie ma nowych inwestycji w udostępnienie nowych zasobów węgla brunatnego, należy się spodziewać, że w tym czasie skończy się ponad 30 proc. bilansu energetycznego kraju. Natomiast przy dzisiejszym poziomie eksploatacji węgla kamiennego wydobycie w Polskiej Grupie Górniczej powinno się skończyć w 2049 r. Co do prywatnych inwestorów zagranicznych – od ponad 10 lat zabiegają oni o realizację inwestycji w Polsce. Są tylko dwa przypadki, kiedy państwo zgodziło się na to, żeby inwestor zagraniczny kontynuował eksploatację złóż, a nie budował nowych kopalń: w Zabrzu na starym złożu kopalni „Pstrowski”, gdzie powstała prywatna kopalnia „Siltech” oraz w Czechowicach-Dziedzicach kopalnia „Silesia”. Tę ostatnią Kompania Węglowa skazała na likwidację, ale pojawił się czeski inwestor, który postanowił ją kupić. Związki zawodowe potrafiły to zorganizować, kopalnię uratowano i jest to jedna z najlepszych polskich kopalń. Z przykrością trzeba przyznać, że wszyscy inni prywatni inwestorzy również zaangażowali swoje pieniądze w swoje projekty, natomiast nigdzie nie doszło do ich realizacji, ponieważ państwo odmawiało koncesji albo odmawiało procedowania postępowania koncesyjnego na różnych etapach.

Czy te działania nie idą wbrew polskiemu interesowi publicznemu?

Zdecydowanie tak. Inwestorzy prywatni chcieli wybudować kopalnie za własne pieniądze, dając w Polsce pracę, zostawiając w Polsce podatki, wykorzystując polskie urządzenia związane z wydobyciem, jedynie za zgodę na ich eksploatację, pozostawiając w Polsce cały wydobyty przez siebie węgiel. Dzisiaj by nie było problemu deficytu węgla. Mam na myśli takie inwestycje jak australijskiej grupy Balamara w Nowej Rudzie, Prairie Mining w inwestycji „Jan Karski” czy inwestycję „Orzesze” realizowaną przez spółkę amerykańsko-szwajcarsko-niemiecką. To są ewidentne dowody na to, że można było dzisiaj nie mieć w ogóle deficytu węglowego, a mieć wybudowane, za cudze pieniądze, kopalnie i dostępny na polskim rynku węgiel – jak się okazuje, czterokrotnie tańszy od węgla importowanego.

Ale niektórzy komentatorzy twierdzą, że wszystkie złoża węgla kamiennego w Polsce zalegają głęboko i są geologicznie trudno dostępne, przez co koszt ich wydobycia jest bardzo wysoki.

Złoża zalegają głęboko, tak jak w całym świecie. Koszt wydobycia jest wysoki, tak jak w całym świecie. Ale finalnie dziś stan jest taki, że koszt wydobycia tony węgla w Polsce wynosi ok. 70 dolarów, a tona węgla importowanego do Polski ma cenę 380–400 dolarów. Gdyby Polska wydobywała swoje zasoby węgla, miałaby na rynku węgiel czterokrotnie tańszy.

Ile czasu i pieniędzy potrzeba, by uruchomić nowy pokład węgla w istniejącej kopalni, a ile, by zacząć eksploatować całkiem nowe złoże?

Budowa kopalni od zera, patrzę na kopalnię „Budryk”, którą ja wybudowałem, to jest koszt rzędu 350 mln dolarów. Procedura koncesyjna dla uruchomienia takiej inwestycji trwa w Polsce około 10-15 lat, a budowa – ok. 15-20 lat. Tyle czasu trzeba, żeby wydrążyć szyby, wykonać wyrobiska, udostępnić całe złoża. Państwo nie powinno takich inwestycji podejmować, ponieważ nigdy nie osiągnie takiego efektu inwestycyjnego, żeby ten węgiel stał się użyteczny w bilansie energetycznym kraju. To ryzyko mogą ponosić inwestorzy zagraniczni, jeśli chcą – a co najważniejsze: chcą. Niekoniecznie zawsze trzeba budować kopalnię od nowa. Potrafimy eksploatować złoża sąsiednie do kopalń czynnych, sąsiednie do kopalń likwidowanych, potrafimy udostępniać nowe partie złóż sąsiadujące z kopalniami czynnymi. To wszystko jest w zakresie kompetencji inżynierskich polskiego górnictwa. Tyle tylko, że państwo tego nie robi, a innym nie pozwala. Cały problem polega na tym, że my od lat deklarujemy przemiany w energetyce. Przecież węgla nie wydobywa się po to, żeby go wydobyć i trzymać w sejfach, bo to nie jest złoto. Węgiel wydobywa się po to, żeby zrobić z niego energię w elektrowni. Poziom wydobycia węgla dyktowany jest użytecznością węgla w systemie elektroenergetycznym. Jeśli nie ma innej energetyki jak węglowa, to węgla trzeba szukać u siebie. Jeszcze rok temu szukanie go było o tyle proste, że w świecie węgla wydobywa się ponad 8 mld ton i teoretycznie można było powiedzieć, że zawsze można go gdzieś kupić. Tyle tylko, że od tamtego czasu ceny tak bardzo wzrosły, że będziemy węgiel kupować po cenach 4-5-krotnie wyższych niż oferowane przez kopalnie polskie.

Czy zgodzi się Pan z tezą, że prowadzona pod wpływem UE dotychczasowa polityka polegająca na odchodzeniu od węgla, czyli surowca, który mamy, na rzecz gazu, czyli surowca, którego nie mamy (od 2004 r. zużycie gazu ziemnego w Polsce zwiększyło się o połowę), oznacza rezygnację z bezpieczeństwa energetycznego kraju?

Finalnie tak. Taki jest rezultat. Mam to doświadczenie, że w latach 1995-1997 jako sekretarz stanu w polskim rządzie negocjowałem warunki przystąpienia Polski do UE w zakresie górnictwa, hutnictwa i energetyki. Wówczas nikt nigdy nie żądał od Polski likwidacji kopalń. Wszyscy żądali wyłącznie efektywności ekonomicznej i eliminacji dopłat z budżetu państwa do wydobywania węgla w Polsce. Cała procedura restrukturyzacji górnictwa pomyślana była na początku jako wydobycie węgla kamiennego bez tzw. pomocy publicznej przy założeniu, że górnictwo jest efektywne. To byłoby realne, gdyby nie świadoma polityka państwa, która w latach 90. uczyniła z węgla główny parametr inflacjogenny. Wszystkim ministrom finansów wówczas wydawało się, że cena węgla decyduje o inflacji. Rzeczywistość pokazała coś zupełnie innego. Wtedy tona węgla kosztowała 30-35 dolarów, a inflacja była rzędu 50 proc. Dzisiaj węgiel kupuje się po 380 dolarów, a inflacja wynosi 15 proc. Ta właśnie polityka państwa uniemożliwiała górnictwu dojście do efektywności ekonomicznej poprzez politykę kreowania niskich cen węgla kamiennego.

No ale teraz UE żąda likwidacji energetyki węglowej, co oznacza jednocześnie likwidację górnictwa…

Nie należy się tym w ogóle przejmować. UE to jest 10-proc. emisja CO2 w skali świata. Polska emisja to w skali świata 1 proc. Nawet jeśli w ciągu jednego dnia zatrzymalibyśmy wszystkie elektrownie węglowe w Polsce, to świat by tego zupełnie nie zauważył. Bo byłoby to ograniczenie emisji o 1 proc., podczas gdy co roku przybywa 10 proc. energetyki węglowej w skali świata. Chiny przekraczają 4 mld ton węgla rocznego wydobycia, Indie wydobywają ponad 1 mld, USA – ponad 1,2 mld ton, Rosja – ponad 500 mln ton, nie mówiąc o krajach afrykańskich, w których nikt nigdy nie liczył żadnych emisji CO2. To, co Unia Europejska robi w zakresie polityki energetycznej jest pozbawianiem się bezpieczeństwa energetycznego na rzecz importu, który – jak się dzisiaj okazało – jest rujnujący dla gospodarki Unii. Wszystkie państwa UE mają teraz ten sam dylemat – skąd wziąć energię w sytuacji, kiedy odeszły od tego, co miały, a nie zbudowały żadnej alternatywy.

Jak to jest z tym dotowaniem kopalń w Polsce, co wytykają różni przeciwnicy górnictwa?

Dotacje do górnictwa w Polsce skończyły się w 1992 r. To była decyzja wicepremiera Leszka Balcerowicza. Od tego czasu budżet państwa dotuje jedynie fizyczną likwidację wydobycia w Polsce i na to ma zgodę Unii Europejskiej. Pomoc publiczna do likwidacji jest akceptowana przez UE, mimo że ta pomoc pozbawia to państwo bezpieczeństwa energetycznego. Taki paradoks lekarze nazwaliby schizofrenią. Natomiast prawdą jest to, że na skutek świadomej polityki państwa wobec górnictwa, przez te 30 lat górnictwo, nie mając szans na wyjście na poziom efektywności, wpadało w kłopoty, z których trzeba było potem różnymi instrumentami finansowymi je ratować. Za czasów rządów premiera Jerzego Buzka, mimo odejścia od górnictwa 120 tys. ludzi, wszystkie spółki węglowe znalazły się na krawędzi upadłości. Trzeba było ogłosić postępowanie układowe, które spowodowało to, że zaniechano płacenia zadłużenia wobec budżetu państwa. To była pomoc publiczna, ale nie w realnym pieniądzu. Za rządów premiera Leszka Millera sytuacja była tego typu, że spółki miały wyniki ekonomiczne zbliżające się do upadłości i rząd podjął decyzję o umorzeniu górnictwu kwoty 18 mld zł. Potem wszystkie środki z budżetu państwa szły wyłącznie na likwidację kopalń, a dziś idą na likwidację kopalń oraz wspieranie wydobycia, ale pod warunkiem, że te kopalnie są jednocześnie likwidowane. Doszliśmy do takiego paradoksu, że w kraju, w którym brakuje węgla na poziomie 12 mln ton, tenże budżet państwa nadal dotuje likwidację kopalń, nadal dotuje odejścia górników z pracy dając im zachęty w postaci 120 tys. zł i nadal akceptuje eksport węgla na poziomie 2 mln ton. To po prostu kłóci się z logiką. W efekcie deficyt węgla i jego wysokie ceny przełożą się na koszty ciepła i energii elektrycznej na takim poziomie, że będzie to towar nie do kupienia.

Czy Pana zdaniem zimą zabraknie węgla dla ciepłowni i gospodarstw domowych, czyli tego importowanego?

Węgla może nie zabraknąć, ponieważ węgiel można sprowadzić. W obrocie światowym jest 1,4 mld ton węgla. Natomiast nie będzie zdolności do jego nabycia, chyba że budżet państwa będzie to finansował. Kwotą 3 tys. zł mają być dotowane gospodarstwa, które kupują węgiel. Ale zakładając, że tona węgla będzie kosztowała 3-4 tys. zł, a gospodarstwo domowe w mieście zużywa ok. 4 tony węgla na rok, to siłą rzeczy będzie musiało wydać na węgiel ok. 12-16 tys. zł, z czego 3 tys. zł pokryje im państwo, a 9-13 tys. zł będą musieli zapłacić sami. Na wsi sytuacja jest jeszcze gorsza, bo średnie gospodarstwo rolne potrzebuje na rok ok. 6 ton węgla, czyli będzie to wydatek ok. 18-24 tys. zł, z czego 15-21 tys. zł musi człowiek zapłacić sam. Na tak drogi węgiel mało kogo będzie stać. Ceny ciepła już są 3-4-krotnie wyższe. To jest klasyczne ubóstwo energetyczne, do którego się sami doprowadziliśmy swoim brakiem wyobraźni.

Jakie mamy wyjście z obecnej sytuacji?

Żeby zabezpieczyć potrzeby energetyczne kraju, nie obędzie się bez inwestycji. Nie tworzy się żadnej alternatywy energetycznej. Gaz nie jest alternatywą energetyczną. Można mówić o różnych alternatywach, jak mała energetyka jądrowa, ale to są jak na razie teorie. Należałoby uruchomić inwestycje w górnictwie, zwłaszcza te, które państwo nic nie kosztują – przez inwestorów prywatnych polskich i zagranicznych. Należałoby przestać słuchać wszystkich organizacji ekologicznych, które blokują w Polsce realizację inwestycji. Wszystkie inwestycje w zakresie węgla kamiennego i brunatnego wstrzymane są na wniosek i za namową zagranicznych organizacji ekologicznych. Oni robią, co chcą, a nasi robią, co oni chcą.

Rozmawiał Tomasz Cukiernik

Poprzedni artykułApel Polskiej Izby Handlu do premiera Morawieckiego
Następny artykułWyższe składki ZUS dla małych przedsiębiorców