Współczesne państwo dobrobytu rości sobie prawo do dyktowania wszystkim wokół, jak mają żyć, ale ma problem, żeby zaspokoić podstawowe potrzeby ludności. Skoro dzięki naszym dobroczyńcom będziemy żyć po ciemku i w zimnie, to może cofnijmy się do jeszcze wcześniejszej epoki i nakażmy obywatelom noszenie pochodni po zmroku? – pisze w najnowszym felietonie Michał Góra.

Ostatnio coraz częściej słyszę, że największym problemem tego świata jest to, jakoby ludzie nie chcieli się słuchać. Rzecz w tym, że to zawsze był problem i oby ludzie dalej protestowali przeciwko tym, którzy chcą, aby słuchano tylko ich i nikogo innego. Nieważne zresztą, jak dostojni i wykształceni są ci moraliści, bo skoro tak o sobie myślą, to z miejsca grzeszą niewybaczalną pychą i arogancją. Trafnie to ujął Frédéric Bastiat w swoich Harmoniach Ekonomicznych: „(…) gdy chcecie powierzyć najwyższą władzę ludziom, dowiedźcież pierwej, że ci ludzie są z innej, niż my, gliny ulepieni; że oni nie będą poruszani fatalną zasadą interesu i że postawieni w położeniu, w którém żadnego hamulca ani oporu nie doznają, umysł ich wolnym będzie od błędu, ręce od chciwości, a serce od żądzy”.

Jedni mają więc problem z tym, że współobywatele nie chcą się słuchać jakiegoś wodza. Przecież to zdrada! Inni, że nie chcemy się słuchać proboszcza. Przecież to herezja! Dzisiaj natomiast problemem jest podobno to, że nie chcemy słuchać elit i naukowców. Przecież to wstecznictwo! Oczywiście żadna z tych grup, a więc ani faszyści, ani klerykałowie, ani też scjentystyczni technokraci nie zada sobie szczerego pytania: „a może problem tkwi w nas?”. Winy będzie raczej upatrywać w niedostatecznym oświeceniu pospólstwa, które nie dorosło do idei, jakie któraś z tych grup próbuje nam wspaniałomyślnie narzucić.

O ile problem z faszystami i klerykałami jest – moim zdaniem – w dzisiejszej Europie albo historyczny, albo marginalny i wyimaginowany, o tyle z technokratami i scjentystami jest już realny. I nie, nie zmienię zdania dlatego, że w Szwecji oddano trochę więcej głosów na „skrajną prawicę”, która jest „skrajna” głównie dlatego, że już dawno centrum przewaliło się na lewy bok i sobie tak na nim leży, a ostatnio głównie kwiczy. Większość bowiem ludzi, która opuszcza mury uniwersytetów, aby nie popaść w infamię, musi szczerze wierzyć w to, że to właśnie klasa ekspercka ma najlepsze predyspozycje do rządzenia. Oczywiście najchętniej bez jakiejkolwiek odpowiedzialności za negatywne konsekwencje zgłaszanych propozycji.

Najlepszym przykładem tego zjawiska są może w ostatnich latach naukowcy i lekarze, którzy chcieliby „tylko doradzać rządowi”, ale jak ktoś ich nie słuchał i podejmował odmienne decyzje polityczne albo życiowe, to się już śmiertelnie obrażali. Do tego dochodzi jeszcze ten wątek, że w Polsce jako grupa zawodowa zabiegają oni o uwolnienie się od właściwie wszelkiej odpowiedzialności, to znaczy zawodowej, karnej, administracyjnej i cywilnej. Wielu chciałoby mieć taki komfort pracy, ale jednak Polska nadal zostaje krajem, w którym właściwie każdy może przez przypadek zostać przestępcą z dnia na dzień. Jest tak głównie dlatego, że co rusz ktoś zabiega, aby rząd natychmiast załatwił jakiś palący petenta problem. A to dojdzie do jakiegoś nieszczęśliwego wypadku w jakimś Escape Roomie, a więc trzeba je wszystkie natychmiast skontrolować i szykanować. A to coś się stanie z jakąś rzeką, a więc teraz akcyjnie trzeba kontrolować wszystko, co związane z gospodarką wodną. A na przykład lekarzom bardzo zależało na tym, żeby zwalczyć epidemię. Mi, jako prawnikowi, też zależy choćby na tym, żeby zwalczyć kradzieże sklepowe, ale nie na tyle, żeby z tego powodu domagać się, aby rząd śledził wszystkich obywateli, także tych praworządnych. Innymi słowy, wolę mieć nierozwiązany problem kradzieży sklepowych niż państwo policyjne. Lekarze, jako przedstawiciele elit, na pewno się irytują, kiedy rząd idzie na skróty i załatwia problemy polityczne, nie bacząc na indywidualne prawa obywateli. Rzecz w tym, że gdy rząd zaspokaja postulaty (np. zwalczmy przestępczość, zwalczmy epidemię, zwalczmy mowę nienawiści), to oczywiście też musi się upewnić, że ten, kto się nie słucha, poniesie drakońską karę. I w ten sposób wpadamy w błędne koło, które lekarze może trafnie identyfikują, ale proponują dla siebie ledwie dyspensę, a nie systemowe rozwiązanie problemu. A tym systemowym rozwiązaniem jest rezygnacja z ciągłego interwencjonizmu, nadopiekuńczego państwa i przekonania, że świat zbawia się tabelkami w Excelu natychmiast przenoszonymi na język ustaw karnych i nakazów administracyjnych.

Kłopotów takich z elitami jest moim zdaniem zresztą więcej, ale największy jaki ostatnio zidentyfikowałem to taki, że nie są one w stanie zaproponować nam żadnej spójnej wizji świata. Bo co jest dla nich tak naprawdę najważniejsze? Czy jest to na przykład wolność, choćby wolny wybór w bioetyce? Jeśli spojrzymy na kwestię aborcji, to wydawałoby się, że tak. Głęboko wierzą oni, że kobieta jest na tyle autonomiczna, odpowiedzialna i mądra, że może sama podjąć decyzję o fakcie i momencie przerwania ciąży. Wtrącanie się państwa w te kwestie uważają za tyranię, a wszelkie „rejestry ciąż” za zapowiedź cyfrowej dyktatury. To dlaczego robili to, co robili, przez ostatnie dwa lata w kontekście pandemii? Nagle dokładnie ta sama kobieta jest już za głupia, bo nie może sama podjąć decyzji, czy się zaszczepić albo kiedy wyjść z domu? Państwo ma prawo kontrolować ten fakt poprzez użycie paszportów szczepień albo aplikacji śledzących? Innymi słowy, to człowiek jest w końcu głupi i trzeba go ciągle prowadzić za rękę, czy w biomedycynie ma jednak prawo decydować sam o sobie?

Weźmy inny przykład. Wydawałoby się może, że dla elit ważna jest darmowa edukacja publiczna. Powtarzano nam przecież, że to wielkie osiągnięcie, krytykowane przez oszołomów i radykalnych libertarian. W okresie pandemii okazało się jednak, że edukacja publiczna nie jest wcale taka ważna i ustępuje miejsca innym wartościom. Nie chcę tutaj kwestionować historycznego faktu i pewnie potrzeby krótkotrwałego zamykania szkół w epidemii. Rzecz w tym, że w Polsce – wbrew zresztą generalnym zaleceniom ECDC – zamknięto szkoły na ponad 40 tygodni, a od czci i wiary odżegnywano każdego krytyka tego niecodziennego pomysłu. Na kpinę zakrawa już natomiast fakt, że rzekomo „naukowe” blogi stosowały tanie chwyty erystyczne: „To zamknijmy w takim razie wszystkie szkoły i niech każdy na własny koszt zapewni swoim dzieciom guwernantkę. Korwin-Mikke będzie zadowolony”. Obecnie znowu plotkuje się o tym, że stacjonarna edukacja publiczna będzie musiała ustąpić miejsca innym wartościom, właśnie ze względu na problemy z dostawami energii. Trzeba w takim razie chyba dojść do wniosku, że oni zwyczajnie kłamali, że edukacja publiczna jest dla nich bardzo ważna. Co rusz okazuje się mniej ważna od wszystkiego innego, a powiedziano przecież, że „po owocach ich poznacie”. Co mi po tym, że ktoś deklaruje przywiązanie do wolności osobistej, jeśli ją przy każdej nadarzającej się okazji zadeptuje? Co mi po tym, że ktoś zachwala darmową edukację publiczną jako wielkie osiągnięcie ludzkości, skoro ją notorycznie odstawia na boczny tor?

Podobnie jest teraz z kwestią kryzysu energetycznego. W historii jako wielki wynalazca zapisał się choćby Antoine Lavoisier, tak naprawdę twórca współczesnej chemii. Jednym z jego istotnych osiągnięć praktycznych była propozycja usprawnienia oświetlenia ulic Paryża. Dzisiaj jednak czytam w prasie, że zagraniczne i polskie miasta będą zmuszone gasić oświetlenie uliczne w nocy, ze względu na oszczędności. Mam nadzieję, że przez to nie wrośnie liczba wypadków komunikacyjnych i brutalnych przestępstw. Nie możemy zatem dojść do innego wniosku jak ten, że współczesne państwo dobrobytu rości sobie prawo do dyktowania wszystkim wokół, jak mają żyć, ale ma problem, żeby zaspokoić podstawowe potrzeby ludności. I to pomimo tego, że Lavoisier podjął skuteczne próbę rozwiązania podobnej kwestii już w osiemnastowiecznej Francji. Jako że dzięki naszym dobroczyńcom będziemy żyć po ciemku i w zimnie, to może cofniemy się do jeszcze wcześniejszej epoki i nakażemy obywatelom noszenie pochodni po zmroku? Kto nie będzie szedł z zapaloną pochodnią, ten z automatu powinien zostać uznany za podejrzanego, bo przecież tylko rabusie kręcą się zupełnie po ciemku.

Na pewno znajdą się tacy, którzy powiedzą, że sobie dworuję, a przecież to wszystko ze względu na „szczególne i przejściowe okoliczności”. Po pierwsze jednak, na te „szczególne okoliczności” powołują się oni notorycznie i już zupełnie przestało to na mnie robić wrażenie. Ile bowiem rzeczy naraz może być zupełnie wyjątkowymi, jedynymi w swoim rodzaju, a które usprawiedliwiają ustawową ascezę i antydemokratyczne interwencje? Ciągle więc jest jakiś kryzys i stan wyjątkowy, począwszy od zmian klimatu, poprzez epidemie, a na wojnach kończąc. Niedługo, kiedy prezydent albo premier ukłuje się długopisem w palec, to też będzie kryzys. A kiedy będzie normalnie, tak po demokratycznemu i liberalnemu, nie wspominając już o tym całym obiecanym dobrobycie? Po drugie, jak można było doprowadzić do tego, że wojna między tylko dwoma państwami ościennymi, niebędącymi w ogóle członkami Unii Europejskiej ani NATO, powoduje tak istotne zakłócenia, że cofamy się społecznie do okresu sprzed obu rewolucji – francuskiej i przemysłowej – i nie jesteśmy sobie w stanie zapewnić nawet oświetlenia ulic w nocy ani odpowiedniej temperatury w domach? Mogę tylko podumać, jakiej to ekwilibrystyki retorycznej i umysłowej użyją elity, aby winę za to zwalić na pospólstwo, które nie podejmuje przecież dotyczących tego wszystkiego strategicznych decyzji. Innymi słowy, chodzi tutaj o problem peerelowskich „przejściowych trudności”, o których szerzej możecie Państwo poczytać na stronie Narodowego Centrum Kultury.

W kwestii energetyki ujawniają się jeszcze inne kłopoty. Z jednej strony wynika to z faktu policentryzmu, przyznaję. Chodzi o to, że ośrodek władzy skupiony wokół Unii Europejskiej mówi nam nierzadko zupełnie co innego, a rząd polski coś jeszcze innego. Samo to zjawisko stanowi zresztą problem polityczny, bo ludzie naprawdę nie wiedzą, której władzy mają się w takiej sytuacji słuchać. Prowadzi to do takich absurdów, że na przykład sędziowie donoszą na rząd Unii, Unia karze rząd, a rząd karze sędziów. Całkowita anarchia. Niemniej odnośnie do energetyki, to czytam w prasie, że wybuchła panika z powodu niedostatecznego wydobycia węgla. Jednak dlaczego miałby to być problem, skoro od lat powtarza się nam, że węgiel trzeba po prostu przestać wydobywać i zużywać, bo to szkodliwe dla klimatu? Nie jest to zarazem kwestia „mądrej” Unii i „głupiego” rządu polskiego, bo przecież Niemcy także mają problem z widmem braku gazu. W ich przypadku sprawa jest zresztą jeszcze bardziej durna, bo oni – w przeciwieństwie do nas – mieli elektrownie atomowe. Z powodu jednak wpływów nawiedzonych środowisk, najwyraźniej w tym przypadku prawdziwie antynaukowych, planowali je stopniowo wygaszać. Mam nadzieję, że w podobne tarapaty sami się nie wpakujemy, kiedy ludzie z powodów ideologicznych zaczną zwalczać wszelkie inne źródła energii niż te, które im się wydają ekologiczne.

I tutaj już Czytelnikom pozostawiam rozstrzygnięcie, czy powodem zagrożenia „przejściowymi” brakami w dostawach jest climate change i tak dalej, czy sposoby walki z tymi zagrożeniami. Skoro nagle w Europie zabrakło fossil fuels i wszyscy ich na gwałt potrzebują, żeby nie zamarznąć, to coś tutaj z całą pewnością jest nie tak. Jedna strona będzie najpewniej obwiniać drugą o ten stan rzeczy. Muszę przyznać, że pytanie „kto miał rację?” pozostawiam zarazem otwarte, bo się na tym po prostu w szczegółach nie znam. Czas pokaże.

Michał Góra

Poprzedni artykułPierwszy dzień VII Konferencji Naukowej „Bezpieczeństwo energetyczne – filary i perspektywa rozwoju”
Następny artykułPomoc dla firm dotkniętych kryzysem energetycznym