Lockdowny i sanitaryzm, utrata kontroli nad pracą innych oraz własną, zdalne – będące iluzją prawdziwej edukacji – nauczanie, infodemia (czyli atakujące zewsząd informacje o straszliwej pandemii), przemęczenie, znużenie i depresje, a także powszechne „żyłowanie” pracowników – wszystko to stoi za coraz częstszym porzucaniem pracy. Czy jest to jedynie trend będący wynikiem splotu okoliczności? Czy może symptom nadciągającej kulturowej rewolucji?

Ketut Subiyanto/Pexels

Czymkolwiek jest to zjawisko, dziesiątkuje firmy. Przedsiębiorcy mają się czego obawiać. Zaczęło się w USA i Australii i niczym pożar ogarnęło kolejne kraje. W USA w 2022 roku pracę rzuciło 35 milionów ludzi. W Wielkiej Brytanii brakuje miliona rąk do pracy. W Australii jest oficjalnie 400 tys. wakatów. Według platformy HR Employment Hero 48 proc. australijskich pracowników będzie szukać w ciągu najbliższych sześciu miesięcy „nowych wyzwań”, a 15 proc. już aktywnie poszukuje nowego zajęcia.

Przeprowadzone w październiku ubiegłego roku przez Izbę Handlową Stanów Zjednoczonych i MetLife badanie wykazało, że 49 proc. małych firm ma trudności ze znalezieniem kandydatów z umiejętnościami niezbędnymi do wykonywania stawianych im zadań. Inne badanie (Ceridian) wskazuje, że w Wielkiej Brytanii aż 61 proc. pracowników rozważa zmianę dotychczasowej pracy. W Polsce gotowych jest zwolnić się czterech na dziesięciu specjalistów. Hays Poland pokazuje skalę determinacji pracowników: 44 proc. zamierza porzucić pracę w swojej firmie „z dnia na dzień”, bez zapewnienia sobie innej. Co się dzieje?

– W czasie pandemii wiele osób otrzymało okazję, aby zatrzymać się i z dystansem spojrzeć na własne życie, także na to, jak wygląda ich praca i zaczęli podważać wartość tego, co do tej pory robili – uważa dr Anthony Klotz z Texas A&M University. W wywiadzie w CNBC przekonuje on, że pracownicy dokonują przewartościowania ideałów, których dotąd się trzymali. „Starej normalności” już nie chcą. Na „nową normalność” patrzą z obawami.

To jest już nie do wytrzymania

Co bowiem mamy? Nadal ciśnienie na obroty i zyski. Praca po godzinach i ciągle tylko praca. Życie prywatne dalece zredukowane lub coraz bardziej wymieszane z zawodowymi obowiązkami. Depresje. Fugi. Samobójstwa.

„Wielka rezygnacja ” nie dotyczy już tylko młodych lub początkujących pracowników. Najnowsze badanie HiBob i Fiverr Business pokazuje, że odchodzą też menadżerowie i dyrektorzy. W ciągu ostatnich sześciu miesięcy 46 proc. wszystkich osób porzucających pracę zajmowało stanowiska kierownicze lub dyrektorskie. O ironio, na szczycie tej listy znajdowali się… specjaliści od HR. Ponad połowa osób, które wmówiły pracę była w wieku 36-45 lat, czyli takim, który teoretycznie daje podstawy do osiągnięcia przez pracownika najwyższej wydajności. W globalnym raporcie Microsoftu szukany jest winny takiego stanu rzeczy. Podobno jest nim praca hybrydowa. Według tego badania aż 41 proc. globalnej siły roboczej myśli o przekazaniu swojej rezygnacji działowi zasobów ludzkich. Odejście z pracy rozważa 54 proc. pracowników pokolenia Z, czyli ludzi w wieku od 18 do 25 lat.

Zrozumieć, co się dzieje

Na zaistniałą sytuację przedsiębiorcy usiłują stosować stare „lekarstwa”. Zwiększają wynagrodzenie. Przyznają nowe bonusy. Wydaje się jednak, że pracownikom nie chodzi już tylko o pieniądze. Szukają zrozumienia przez szefów, bezpieczeństwa i dobrych relacji w pracy. I nie znajdują: „relacja zawodowa nie zaspokaja ich faktycznych potrzeb” – diagnozuje sytuację McKinsey&Company, globalna firma doradztwa strategicznego. Raport tej firmy ukazał się we wrześniu ubiegłego roku, kiedy aż 19 milionów pracowników rzuciło wypowiedzeniami. Ci ludzie chcą zmienić swoje życiowe aspiracje i priorytety. Teraz liczy się dobrostan psychiczny, wypoczynek, szansa na spełnienie i prawdziwy rozwój oraz taka aktywność, która pozwala na robienie rzeczy przydatnych dla ludzi – często w obrębie lokalnej społeczności.

Coś się rodzi

„Wielka Rezygnacja” wydaje się nie być tylko ucieczką przed „starą normalnością”. Jest poszukiwaniem czegoś nowego, jakościowo lepszego. Przypomina bardziej rewolucję „dzieci kwiatów” niż leninowską rewolucję społeczną. Nie jest też „Wielkim Strajkiem”. Przy blaknięciu neoliberalnego mitu maksymalnej efektywności i wydajności pracownika jako miary sukcesu życiowego, a wcześniej wyczerpaniu się siły protestanckiego etosu pracy, coś innego może stać się kołem napędowym zachodniej cywilizacji. Czy mamy do czynienia ze zmianą paradygmatu określającego wartość człowieka?
Wartości człowieka nie będzie wyznaczał już sukces zawodowy ani nawet sama praca, którą sukcesywnie będą przejmować maszyny. Co zatem będzie o niej stanowić?