Nie jesteśmy na wojnie militarnej, ale jesteśmy na wojnie gospodarczej, w której zachowujemy się tak, jakbyśmy mieli zamiar oddać zwycięstwo walkowerem. Nie tylko Rosjanom, ale przede wszystkim tym partnerom, z którymi konkurowaliśmy na różne sposoby w UE – pisze w najnowszym felietonie Łukasz Warzecha.

Fot. PAP/Artur Reszko

„Nie warto kopać się z koniem, deszcz pada, trzeba wziąć parasol” – to jedna ze złotych myśli, zaprezentowanych podczas konferencji prasowej przez Adama Glapińskiego, prezesa NBP, dzień po decyzji Rady Polityki Pieniężnej o podniesieniu stóp procentowych o 75 punktów bazowych. Z deszczem w tym cytacie jest trochę jak kiedyś, dawno temu, za tak zwanego pierwszego PiS, ze stwierdzeniem Jarosława Kaczyńskiego o strajku pielęgniarek, że „inni szatani byli tam czynni”. Komentatorzy się oburzyli, a w istocie prezes PiS cytował jedynie „Chorał” Kornela Ujejskiego (1823–1897) – wiersz komentujący rabację galicyjską z 1846 r. Natomiast oberjastrząb Glapiński („jestem jak jastrząb na czele stada jastrzębi”) parafrazował „Traktat o prawdopodobieństwie” Johna Maynarda Keynesa z 1921 r.

W gruncie rzeczy wystąpienie prezesa Glapińskiego, gdyby oddzielić je od samego Gapińskiego, nie było złe. Było takie, jakiego spodziewalibyśmy się w bardzo trudnych czasach po prezesie banku centralnego i szef NBP zapewne chciał przede wszystkim uspokoić oraz upewnić rynki co do naszej stabilności, w tym i po to, żeby zahamować dramatyczną ucieczkę od złotówki. Problem w tym, że sposób mówienia, dygresyjność i maniera Adama Glapińskiego w dużej mierze neutralizują ten uspokajający przekaz. Pan prezes powinien mówić znacznie mniej – po prostu. A może w ogóle odzywać się nie powinien, a jedynie ograniczyć się do wydawania lakonicznych komunikatów.

Jeśli jednak pozostawimy na boku prezesa NBP i spojrzymy na same dane, to sytuacja okazuje się po prostu tragiczna. Tak źle nie było od początku lat 90. Prognozowana przez NBP inflacja ma sięgnąć w tym roku ponad 12 proc., a jest to prognoza optymistyczna, bo inne mówią nawet o 15 proc. I jest to inflacja średnia, zaś w poszczególnych segmentach dóbr może być znacząco wyższa. NBP zapowiedział też, że w ciągu trzech lat ceny nośników energii (w tym paliw) pójdą w górę o 60 proc., a żywności – o 25 proc. I znów – to są raczej optymistyczne szacunki. Inflacja ma nie sięgnąć celu inflacyjnego przez najbliższe trzy lata. Co dalej – nie wiadomo.

Jest też rewizja prognozy wzrostu gospodarczego, który od III kwartału tego roku ma spaść do ok. 3 proc., a to z kolei – znów przywołuję opinię analityków – jest wielkość, przy której historycznie rzecz biorąc w Polsce rosło bezrobocie. Wziąwszy pod uwagę obecność w naszym kraju milionów uchodźców, którzy chcieliby pracować – bo w przeciwnym wypadku wylądują na garnuszku naszego socjalu – nie jest to prognoza pomyślna.

O cenach benzyny, oddziałujących praktycznie na każdą niemal gałąź gospodarki, ale też choćby na ceny usług komunalnych (wywóz śmieci czy transport) nie będę nawet pisał, żeby nie dołować czytelników. Przyszłość jawi się w barwach w zasadzie wyłącznie ponurych, grożąc – to już moja ocena – wymazaniem przynajmniej dekady gospodarczego rozwoju i mozolnego budowania zamożności. Poczekajmy jeszcze na statystyki liczby zamykanych firm (nawet bez JDG) obejmujące marzec, ale myślę, że niczego optymistycznego tam nie dostrzeżemy.

Wszystko to dzieje się w momencie, gdy parlament pracuje nad Ustawą o obronie ojczyzny, zakładającą wzrost wydatków na armię do 3 proc. PKB już w przyszłym roku. 3 proc. PKB nie jest jednak stałą wartością nominalną. Jeśli PKB będzie spadał, będą też w tym ujęciu spadały wydatki na wojsko. To oczywista zależność, umykająca jednak tym, którzy gromko pokrzykują, że możemy się zagłodzić, byle dowalić Putinowi. Pomijam już, że takiemu podejściu chętnie przyklasną nasi rywale w UE: „A niech się tam Polacy zagładzają, jeśli chcą; potem znacznie łatwiej będzie ich gospodarczo zdominować”. Ale przede wszystkim zgoda na taki rozwój wypadków oznaczałaby odebranie nam samym zdolności do pomnażania naszej siły. Co jest nam dzisiaj po prostu niezbędne.

W tym wszystkim coraz bardziej niepokojąco przedstawia się całkowita bierność rządzących. Próżno szukać wypowiedzi dotyczących sytuacji gospodarczej. Ja odnotowałem dwie: bardzo ogólną zapowiedź pana premiera, który twierdził, że zostaną przygotowane jakieś kolejne pakiety osłonowe – ale mówił to już kilkanaście dni temu i od tego czasu do tematu nie wracał; oraz pana ministra Michała Dworczyka, który z rozbrajającą szczerością oznajmił, że będzie biednie, no ale koszty trzeba ponieść.

Coraz bardziej wygląda to na próbę częściowego usprawiedliwiania skutków własnych wcześniejszych decyzji wojną. Jest bowiem jeden ogromny słoń w pokoju, którego rządzący nie chcą zauważać, a który tak spęczniał, że dusi wszystkich obecnych, przyciskając ich swoim cielskiem do ścian: Polski Ład. Ten fatalny system, generujący olbrzymie obciążenia dla przedsiębiorców, powinien być pierwszy do skasowania w obecnej sytuacji. Ale o tym oczywiście ani mru mru.

Łatwo wygłasza się kolejne frazesy o staniu w jednym szeregu z Ukraińcami czy o walce z rosyjskim najeźdźcą. I choćby były najsłuszniejsze, po ponad dwóch tygodniach wywołują już tylko ziewanie, bo frazesami nie wygrywa się wojny – ani tej militarnej, ani gospodarczej. My na wojnie militarnej nie jesteśmy, ale jesteśmy na wojnie gospodarczej, w której zachowujemy się tak, jakbyśmy mieli zamiar oddać zwycięstwo walkowerem. Nie tylko Rosjanom, ale przede wszystkim tym partnerom, z którymi konkurowaliśmy na różne sposoby w UE.

Dlaczego rządzący o tym milczą? Dlaczego udają, że problem nie istnieje? Na to pytanie muszą sobie państwo sami odpowiedzieć. A też sądzę, że nie jest ono specjalnie trudne. Właściwie jest czysto retoryczne.

Łukasz Warzecha

Poprzedni artykułSpółki nieruchomościowe muszą złożyć informacje
Następny artykułTarcza antyinflacyjna zostanie przedłużona. Teraz czas na tarczę… antyputinowską