Wznowiona stosunkowo niedawno książka „Władca Świata” Roberta Hugh Bensona ma już przeszło sto lat, ale pod względem przenikliwości i wizjonerstwa porównywana bywa do takich pozycji jak „My” Jewgienija Zamiatina z 1921r., „Nowy wspaniały świat” Aldousa Huxleya z 1932 r., czy nawet do „Roku 1984” Orwella. Niesłusznie. Stanowi całkiem inną, chociaż nie mniej wartościową strawę intelektualną.

Sammy-Sander/Pixabay

Opowiedzianą przez Bensona historię można by od razu śmiało zaliczyć do literatury fantastycznej. A raczej można by było, gdyby nie uderzające podobieństwo do zdarzeń, trendów i zjawisk, z jakimi mamy do czynienia w obecnej, laicyzującej się i jednoczącej wokół modernistycznych idei, Europy. Ludzie łączyć się mają ponad narodowymi i kulturowymi podziałami w rodzaj paneuropejskiej społeczności, nad którą rządy obejmuje Parlament Europejski z namaszczonym przez niego, podobno charyzmatycznym prezydentem. Tenże parlament zorganizowany jest na wzór bardziej loży masońskiej niźli instytucji politycznej – z jej masońską strukturą, a nawet warstwą rytualną. Większości obywateli nowej Europy to jednak zupełnie nie przeszkadza. Zamiast znienawidzonej religii katolickiej, z której czyni się kozła ofiarnego wszelkich historycznych i obecnych wojen i występków, społeczności otrzymują gotową do wierzenia „papkę” w postaci synkretycznej idei nazywanej przez propagandę „humanitaryzmem”. Zaspakajać ma ona zarówno głód intelektualny, jak i potrzeby duchowe, a przede wszystkim cementować zachodnie społeczeństwo, organizowane według „nowego porządku świata”. Czy wydaje się to znajome?

To, co niewątpliwie łączy „Władcę Świata” z innymi antyutopiami, a zwłaszcza z „Nowym, wspaniałym światem”, jest dystopijna wizja schyłku zachodniej cywilizacji opartej o korzenie łacińskie i chrześcijańskie, zwieńczona (pozornie tylko) pesymistycznym i katastroficznym akcentem. Otóż działacze „nowego porządku” mają na ustach piękne hasła, nawiązujące wprost do najlepszych tradycji Odrodzenia i Oświecenia. Faktycznie jednak antagonizują ludzi. Ofiarą odwiecznej zasady „dziel i rządź” stają się tu chrześcijanie, a zwłaszcza znienawidzona hierarchia Kościoła rzymskokatolickiego z papieżem na czele – zaciekle tropiona i tępiona.

Warto pamiętać, że autor powieści był synem anglikańskiego arcybiskupa Canterbury. Człowiek wszechstronnie wykształcony, uwarunkowany jednak wychowaniem w rodzinie o silnych korzeniach chrześcijańskich. We „Władcy Świata” Kościół niegdyś pastujący rząd nad duszami, opływający w bogactwa i triumfujący, zostaje najpierw przez nowych europejczyków publicznie ośmieszony, a potem odesłany, wraz z monarchami, do annałów historii, jego wierni zaś ulegają coraz gorszym prześladowaniom. Wierzący i duszpasterze tworzą więc coś na kształt konspiry, usiłując się w ten sposób chronić. Tymczasem w ramach nowego porządku dochodzi nawet do… przebóstwienia. Antychryst ujawnia się w pełni swojej chwały, w eleganckim garniturze i pod krawatem, wieńcząc dzieło nowego totalitaryzmu zrodzonego na gruzach starego porządku. Przy milczeniu całej reszty świata.

Końcowy akcent opowieści jest tylko pozornie pesymistyczny. Męczeństwo katolików staje się męczeństwem dosłownym i oczyszcza Kościół Chrystusowy, przynosząc prawdziwe zarzewie nowego odrodzenia duchowego, a być może także kulturowego.

Poprzedni artykułRosja podporządkowuje gospodarkę celom wojskowym
Następny artykułNowy haracz – tym razem na rzecz artystów