Nie pierwszy raz w ciągu ostatnich kilkunastu lat przekonujemy się w Polsce, że posiadanie własnej waluty ma ogromne znaczenie dla stabilizowania sytuacji makroekonomicznej. Potwierdzają się zatem opinie tych ekonomistów, którzy wskazywali, że rezygnacja ze złotego miałaby dla naszej gospodarki negatywne skutki.

Zatem co tak naprawdę daje posiadanie własnej waluty? Czy nie lepiej byłoby zastąpić polskiego złotego „wspólnotowym” euro? To przecież pieniądz, którym płacą w Paryżu, Berlinie czy Wiedniu. A to właśnie są państwa, do których poziomu ekonomicznego aspirujemy. Może zatem warto zrezygnować ze złotego na rzecz środka płatniczego obowiązującego w większości krajów zachodniej Europy?

Pozory mogą mylić

Polska wciąż ma do nadrobienia spory dystans do średniej unijnej, jeśli chodzi o poziom życia. Tyle że wydłużał się on wtedy, kiedy w tzw. Starej Unii obowiązywały waluty narodowe. Różnica w bogactwie nie bierze się z tego, że we Francji czy Niemczech płacą euro, a w Polsce nie. Można powiedzieć, że jest nawet odwrotnie.

Świadczy o tym przykład państw południowej części naszego Kontynentu. Potężnym ciosem dla ich gospodarek był światowy kryzys finansowy. Kraje te, w największym skrócie opisując stan rzeczy, utraciły wówczas swoją konkurencyjność, a ich gospodarki wpadły w poważne strukturalne problemy, takie jak wysokie bezrobocie czy rachityczna dynamika tempa wzrostu PKB. Książkowym działaniem w takich sytuacjach jest dewaluacja narodowej waluty, pozwalająca złapać drugi oddech i przynajmniej częściowo odzyskać wspomnianą utraconą konkurencyjność. Grecy, Hiszpanie czy Włosi nie mogli sobie jednak na to pozwolić. Mając euro, byli pozbawieni bardzo ważnego elementu prowadzenia polityki gospodarczej, nie mogli na nią oddziaływać poprzez dostosowaną do swoich potrzeb politykę pieniężną i kursową. Efekt? Od 2008 roku PKB per capita liczone z uwzględnieniem parytetu siły nabywczej spadło we Włoszech ze 108 średniej unijnej do 95 w 2019 roku, w Hiszpanii ze 102 do 91 dla analogicznego okresu. Najdramatyczniej ten spadek wyglądał w Grecji – z 95 do jedynie 68.

Oczywiście wskaźników tych nie da się zrzucić jedynie na euro. Miały one także inne przyczyny, niemniej wiele wskazuje na to, że gdyby zadziałał mechanizm dewaluacji, kraje te mogłyby znacznie szybciej stanąć na nogi. Nie miały jednak na to szansy. Również doświadczenia państw naszego regionu wskazują, że przyjęcie euro, o ile nawet nie przeszkadza, o tyle nie pomaga w poprawie najważniejszych zmiennych makroekonomicznych. Stosowna analiza w tym zakresie została przygotowana przeze mnie dla Rady Gospodarczej Strefy Wolnego Słowa. Mówiąc w skrócie, te kraje byłego bloku wschodniego, które weszły do unii walutowej, wcale nie radzą sobie ekonomicznie lepiej niż Polska.

Co zyskujemy z własną walutą?

Kryzys gospodarczy wywołany przez pandemię nie ma precedensu w najnowszej historii świata, licząc od połowy ubiegłego wieku. Oznacza to, że aby mu przeciwdziałać, konieczne są zupełnie wyjątkowe działania. W tym kontekście warto mieć na stole wszystkie opcje, tak aby do dyspozycji były narzędzia fiskalne i monetarne. Jeśli chodzi o te pierwsze, oczywistym jest zwiększanie się deficytu budżetowego i zawieszenie obowiązujących mechanizmów przeciwdziałających nadmiernemu zadłużaniu.

W Polsce jest nim stabilizująca reguła wydatkowa. Na czas poprawy sytuacji ekonomicznej w kraju jej stosowanie zostaje wstrzymane. Mamy jeszcze konstytucyjny próg 60 proc. relacji długu publicznego do PKB. W tym wypadku nie należy się raczej spodziewać rewolucji. Ta bowiem wymagałaby ponadpartyjnego konsensusu w parlamencie, a to w obecnej sytuacji politycznej w Polsce wydaje się mało prawdopodobne. Tym ważniejsze jest to, że nasz kraj może prowadzić suwerenną i odpowiednią do okoliczności politykę pieniężną i walutową.

Zaraz po pojawieniu się pierwszych zachorowań na koronawirusa w Polsce i wynikającym z nich lockdownie, Narodowy Bank Polski ruszył z odsieczą. Po pierwsze obniżył główną stopę procentową, do maja spadła z 1.5 proc. do zaledwie 0.1 proc. Gospodarcze skutku pandemii nie pozostały bez wpływu także na polską walutę. W marcu złoty mocno osłabił się wobec euro i dolara. W szczytowym momencie za USD trzeba było płacić ok. 4,3 zł, za euro zaś ponad 4,6 zł. Na początku roku kosztowały one odpowiednio 3,8 zł i 4,24 zł. Po decyzjach NBP wydawać by się mogło, że złoty w dalszym ciągu może tracić na wartości. Tymczasem zaczął on szybko odrabiać straty, co wywołało nawet lekki niepokój w Radzie Polityki Pieniężnej. Czemu? Lockdown silnie wpłynął bowiem na polską wymianę handlową. W ujęciu nominalnym nasz eksport spadł w kwietniu aż o ponad ¼ (podobnie było z importem). W związku z tym pojawiły się obawy, że umacniający się złoty zaszkodzi, i tak poszkodowanym eksporterom. Mając jednak kontrole nad własną walutą, rodzimie władze monetarne samą tylko komunikacją mogą wpływać na jej kurs. Gdyby w Polsce obowiązywało euro, takiej możliwości by nie było.